0
W majowym Wilnie brzmiały radosne modlitwy TAIZE

Podczas Drogi Krzyżowej młodzi na zmianę nieśli duży krzyż Fot. Dorota Tryk
Podczas Drogi Krzyżowej młodzi na zmianę nieśli duży krzyż Fot. Dorota Tryk

„Bóg jest miłością – nie lękajcie się” – takie  hasło w przeciągu trzech pierwszych dni maja towarzyszyło ośmiotysięcznej Pielgrzymce Zaufania młodzieży TAIZE prawie z całego świata, która po raz pierwszy  zawitała na Litwę.

Najwięcej młodzieży było z Litwy, bardzo liczną grupę stanowili przedstawiciele Polski. Wielu młodych ludzi przybyło  też z Ukrainy, Białorusi, Rosji, Łotwy, Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch. Był również młody człowiek z Nazaretu oraz hinduska, siostra zakonna z Indii.

„Pan jest mocą swojego ludu”, „Viešpats, Tautom stiprybė”,  „Jesteśmy silni w Bogu”, „The Lord is-sen al.-le-lu-ia” , „Surrexit Chrystus”.  Tak to w wielu językach w tych dniach w Wilnie wysławiano Pana Boga i Jego Zmartwychwstanie. Młodzi, rozśpiewani, pełni werwy i humoru, ludzie różnych wyznań chrześcijańskich i, pomimo że  mówiący różnymi językami, wychowani w bardzo różnych kulturach, zwyczajach i obyczajach, to jednak wszyscy mówiący jednym językiem – językiem Serca i Miłości.

– Pragniemy lepiej poznać siebie, świat, odnaleźć prawdziwy sens życia. Chcemy maksymalnie treściwie przeżyć to życie, by pozostawić po sobie jakiś ślad, a to jest możliwe tylko w dobrej harmonii z Bogiem, otaczającym nas światem i ludźmi – mówiła Oksana, studentka Mińskiego Uniwersytetu, która brała już udział w takiej imprezie w Brukseli.

Lesia, siostra zakonna wyznania greko-katolickiego, jest po raz pierwszy na takim zgromadzeniu. Wesoła, uśmiechnięta, zauroczona gościnnością i serdecznością gospodarzy bardzo szybko nawiązała kontakt z młodzieżą z innych grup. Zresztą, młodzi bardzo szybko się ze sobą zapoznali. Różnice kultur,  religii, czy języka nie miały tu w ogóle znaczenia. Cieszyli się wiosną, budzącą się ze snu przyrodą, a i same niebiosa zdały się im błogosławić, bo pogoda wyjątkowo dopisała. I śpiew, i radość i taniec – wszystko to było jedną wielką modlitwą na cześć Pana. Pana, który takie cuda stworzył człowiekowi.

Codziennie rano młodzi ludzie mieli nabożeństwa i spotkania przy parafiach. Po południu grupy zbierały się przy kilku kościołach w centrum: katedrze, kościele bernardynów, franciszkanów i św. Janów. Podczas tych spotkań odbywały się dyskusje, a tematy były naprawdę bardzo ciekawe i dobrze przemyślane przez organizatorów. Między innymi to: wiara i zobowiązania wobec społeczeństwa; czy wiarę można pogodzić z karierą; dlaczego powinno nas obchodzić ocieplenie klimatu; litewskie, rosyjskie, polskie i żydowskie pieśni i tańce ludowe itp.

Młodzież z byłych republik sowieckich dyskutowała i dzieliła się własnym doświadczeniem o tym, jak jej się udało zachować wiarę w okresie terroru komunistycznego. A doświadczenia te były bardzo różne.

– Nasza rodzina zawsze była religijna, ale nie mogliśmy często chodzić do kościoła, bo mieszkaliśmy ponad 100 kilometrów od świątyni. Dlatego modliliśmy się codziennie w domu. Wspólny poranny i wieczorny pacierz był najważniejszy. Mama zawsze mi mówiła, że Bóg jest wszędzie,  wszystko widzi i najbardziej się liczy nasza intencja. Trudności były też z przystąpieniem do sakramentów świętych, bo w pewnym momencie nawet w tym odległym kościele zabrakło księdza. Pamiętam, jak wówczas ojciec postawił na stole krzyż i powiedział: “Teraz tu, przed tym krzyżem, każdy z nas odbędzie spowiedź”. I spowiadaliśmy się po kolei. Nie wiem, jak na to spoglądał Bóg, ale myślę, że nas rozgrzeszył i pobłogosławił – opowiedziała swoją historię Ania z Ukrainy.

Takich i być może podobnych zwierzeń w ciągu tych dni było wiele. Młodzi ludzie byli tak bardzo otwarci, czasem aż do bólu. Nie wstydzili się opowiadać  nawet o swoich upadkach. Ktoś nałogowo pił, ktoś w ogóle szydził z Boga i w pewnym momencie, tak zupełnie niespodziewanie, coś się w nim zmieniło. I dziś już wie, czego chce w życiu, wie, kim jest i jakimi ścieżkami ma podążać.

Rozmodleni radośnie wracali  ścieżkami Kalwaryjskimi Fot. Dorota Tryk

Rozmodleni radośnie wracali ścieżkami Kalwaryjskimi Fot. Dorota Tryk

Ci młodzi, tak bardzo różni ludzie przyjechali tu  z bardzo wieloma intencjami. Każdy z nich miał jakieś swoje, bardzo osobiste, przyziemne  i intymne. Jednak mieli też takie intencje, jak modlitwa o pokój, o Kościół i jego kapłanów, o zapobieżenie nędzy materialnej i duchowej.

– Na tego rodzaju spotkaniach jestem nie po raz pierwszy, zawsze są bardzo fajne, ale na Litwę jechałam jakoś bez większego entuzjazmu, bo to wszak były kraj komunistyczny. I tu tymczasem zostałam bardzo mile zaskoczona. Jestem zaskoczona waszą ogromną wiarą, młodzieżą, przepiękną Kalwarią Wileńską, po której ścieżkach wypadło mi iść i wspólnie z młodzieżą z różnych krajów się modlić. Zachwycona jestem przepiękną Kaplicą Ostrobramską i tymi rozmodlonymi w niej ludźmi – powiedziała „Kurierowi” siostra zakonna Arczena ze zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa z Indii, których podstawowym celem nie jest dokonywanie jakichś wielkich bohaterskich czynów, ale tych drobnych oraz służenie ludziom w bardzo przyziemny sposób.

Wielki egzamin do zdania mieli nie tylko młodzież, księża parafialni, gospodarze miasta, ale też rodziny, które przyjmowały pielgrzymów w swoich domach. Sporo z tego powodu było zakłopotania, emocji i tremy.

– Bałam się przyjąć do siebie młodzież, bo mieszkanko mam bardzo skromne, nie stać mnie także na wystawną gościnę, ale zaryzykowałam i jestem bardzo zadowolona, bo były to chyba najbardziej radosne w moim  szarym życiu dni – zwierzała się starsza pani z kalwaryjskiej parafii.

Podobnych zwierzeń było wiele. Była to jedna wielka uczta duchowa zarówno dla pielgrzymów, jak i dla przyjmujących w swoich domach młodzieży z Pielgrzymki Zaufania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.