0
W majowym Wilnie brzmiały radosne modlitwy TAIZE

Podczas Drogi Krzyżowej młodzi na zmianę nieśli duży krzyż Fot. Dorota Tryk
image-464
Podczas Drogi Krzyżowej młodzi na zmianę nieśli duży krzyż Fot. Dorota Tryk

„Bóg jest miłością – nie lękajcie się” – takie  hasło w przeciągu trzech pierwszych dni maja towarzyszyło ośmiotysięcznej Pielgrzymce Zaufania młodzieży TAIZE prawie z całego świata, która po raz pierwszy  zawitała na Litwę.

Najwięcej młodzieży było z Litwy, bardzo liczną grupę stanowili przedstawiciele Polski. Wielu młodych ludzi przybyło  też z Ukrainy, Białorusi, Rosji, Łotwy, Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch. Był również młody człowiek z Nazaretu oraz hinduska, siostra zakonna z Indii.

„Pan jest mocą swojego ludu”, „Viešpats, Tautom stiprybė”,  „Jesteśmy silni w Bogu”, „The Lord is-sen al.-le-lu-ia” , „Surrexit Chrystus”.  Tak to w wielu językach w tych dniach w Wilnie wysławiano Pana Boga i Jego Zmartwychwstanie. Młodzi, rozśpiewani, pełni werwy i humoru, ludzie różnych wyznań chrześcijańskich i, pomimo że  mówiący różnymi językami, wychowani w bardzo różnych kulturach, zwyczajach i obyczajach, to jednak wszyscy mówiący jednym językiem – językiem Serca i Miłości.

– Pragniemy lepiej poznać siebie, świat, odnaleźć prawdziwy sens życia. Chcemy maksymalnie treściwie przeżyć to życie, by pozostawić po sobie jakiś ślad, a to jest możliwe tylko w dobrej harmonii z Bogiem, otaczającym nas światem i ludźmi – mówiła Oksana, studentka Mińskiego Uniwersytetu, która brała już udział w takiej imprezie w Brukseli.

Lesia, siostra zakonna wyznania greko-katolickiego, jest po raz pierwszy na takim zgromadzeniu. Wesoła, uśmiechnięta, zauroczona gościnnością i serdecznością gospodarzy bardzo szybko nawiązała kontakt z młodzieżą z innych grup. Zresztą, młodzi bardzo szybko się ze sobą zapoznali. Różnice kultur,  religii, czy języka nie miały tu w ogóle znaczenia. Cieszyli się wiosną, budzącą się ze snu przyrodą, a i same niebiosa zdały się im błogosławić, bo pogoda wyjątkowo dopisała. I śpiew, i radość i taniec – wszystko to było jedną wielką modlitwą na cześć Pana. Pana, który takie cuda stworzył człowiekowi.

Codziennie rano młodzi ludzie mieli nabożeństwa i spotkania przy parafiach. Po południu grupy zbierały się przy kilku kościołach w centrum: katedrze, kościele bernardynów, franciszkanów i św. Janów. Podczas tych spotkań odbywały się dyskusje, a tematy były naprawdę bardzo ciekawe i dobrze przemyślane przez organizatorów. Między innymi to: wiara i zobowiązania wobec społeczeństwa; czy wiarę można pogodzić z karierą; dlaczego powinno nas obchodzić ocieplenie klimatu; litewskie, rosyjskie, polskie i żydowskie pieśni i tańce ludowe itp.

Młodzież z byłych republik sowieckich dyskutowała i dzieliła się własnym doświadczeniem o tym, jak jej się udało zachować wiarę w okresie terroru komunistycznego. A doświadczenia te były bardzo różne.

– Nasza rodzina zawsze była religijna, ale nie mogliśmy często chodzić do kościoła, bo mieszkaliśmy ponad 100 kilometrów od świątyni. Dlatego modliliśmy się codziennie w domu. Wspólny poranny i wieczorny pacierz był najważniejszy. Mama zawsze mi mówiła, że Bóg jest wszędzie,  wszystko widzi i najbardziej się liczy nasza intencja. Trudności były też z przystąpieniem do sakramentów świętych, bo w pewnym momencie nawet w tym odległym kościele zabrakło księdza. Pamiętam, jak wówczas ojciec postawił na stole krzyż i powiedział: „Teraz tu, przed tym krzyżem, każdy z nas odbędzie spowiedź”. I spowiadaliśmy się po kolei. Nie wiem, jak na to spoglądał Bóg, ale myślę, że nas rozgrzeszył i pobłogosławił – opowiedziała swoją historię Ania z Ukrainy.

Takich i być może podobnych zwierzeń w ciągu tych dni było wiele. Młodzi ludzie byli tak bardzo otwarci, czasem aż do bólu. Nie wstydzili się opowiadać  nawet o swoich upadkach. Ktoś nałogowo pił, ktoś w ogóle szydził z Boga i w pewnym momencie, tak zupełnie niespodziewanie, coś się w nim zmieniło. I dziś już wie, czego chce w życiu, wie, kim jest i jakimi ścieżkami ma podążać.

Rozmodleni radośnie wracali  ścieżkami Kalwaryjskimi Fot. Dorota Tryk
image-465

Rozmodleni radośnie wracali ścieżkami Kalwaryjskimi Fot. Dorota Tryk

Ci młodzi, tak bardzo różni ludzie przyjechali tu  z bardzo wieloma intencjami. Każdy z nich miał jakieś swoje, bardzo osobiste, przyziemne  i intymne. Jednak mieli też takie intencje, jak modlitwa o pokój, o Kościół i jego kapłanów, o zapobieżenie nędzy materialnej i duchowej.

– Na tego rodzaju spotkaniach jestem nie po raz pierwszy, zawsze są bardzo fajne, ale na Litwę jechałam jakoś bez większego entuzjazmu, bo to wszak były kraj komunistyczny. I tu tymczasem zostałam bardzo mile zaskoczona. Jestem zaskoczona waszą ogromną wiarą, młodzieżą, przepiękną Kalwarią Wileńską, po której ścieżkach wypadło mi iść i wspólnie z młodzieżą z różnych krajów się modlić. Zachwycona jestem przepiękną Kaplicą Ostrobramską i tymi rozmodlonymi w niej ludźmi – powiedziała „Kurierowi” siostra zakonna Arczena ze zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa z Indii, których podstawowym celem nie jest dokonywanie jakichś wielkich bohaterskich czynów, ale tych drobnych oraz służenie ludziom w bardzo przyziemny sposób.

Wielki egzamin do zdania mieli nie tylko młodzież, księża parafialni, gospodarze miasta, ale też rodziny, które przyjmowały pielgrzymów w swoich domach. Sporo z tego powodu było zakłopotania, emocji i tremy.

– Bałam się przyjąć do siebie młodzież, bo mieszkanko mam bardzo skromne, nie stać mnie także na wystawną gościnę, ale zaryzykowałam i jestem bardzo zadowolona, bo były to chyba najbardziej radosne w moim  szarym życiu dni – zwierzała się starsza pani z kalwaryjskiej parafii.

Podobnych zwierzeń było wiele. Była to jedna wielka uczta duchowa zarówno dla pielgrzymów, jak i dla przyjmujących w swoich domach młodzieży z Pielgrzymki Zaufania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.