2
Deszcz nie zepsuł finału konkursu „Moje dziecko w obiektywie”

Wideo: Marian Paluszkiewicz

„Tato, tato zobacz i nasze zdjęcie tu jest” — takie radosne okrzyki słyszało się co chwilę Fot. Marian Paluszkiewicz

„Tato, tato zobacz i nasze zdjęcie tu jest” — takie radosne okrzyki słyszało się co chwilę Fot. Marian Paluszkiewicz

Nawet przypadkowi  przechodnie starali się przez płot popatrzeć co  się działo przedwczoraj  na  boisku przedszkola – szkoły „Šaltinėlis” (Źródełko), które znajduje się w dzielnicy Naujininkai.

Bo to właśnie ta wyżej wymieniona  placówka już po raz drugi przygotowała  finał konkursu fotograficznego „Moje dziecko w obiektywie”, który  tradycyjnie  organizuje „Kurier Wileński”. W tym roku odbył się już po raz jedenasty, bynajmniej nie tracąc na popularności (redakcja otrzymała ponad 200 zdjęć), wręcz odwrotnie zdobywając coraz więcej zwolenników i coraz więcej wyróżnionych. Bo takie jest założenie  tej tradycyjnej imprezy, że laureatów ma być tyle,  ile lat liczy nasze codzienne jedyne  polskie pismo na Litwie.  A więc w tym roku równo 56.

Ale co tam mówić o takiej liczbie, kiedy  piszemy o tej chwili, kiedy to właśnie na tym nowiutkim boisku, ufundowanym dla danego  przedszkola – szkoły przez samorząd  miasta Wilna  za chwilę miał się odbyć ten wspaniały koncert – zabawa przyszykowany staraniem wychowanków danej placówki, jak też  wręczenie  nagród  zwycięzcom. Przecież ta liczba pomnaża się kilkakrotnie, poprzez rodziców, dziadków, krewnych i znajomych, którzy  gremialnie towarzyszyli  pociechom.

Takich chwil opisać się nie da, bo  nawet aparat fotograficzny nie jest w stanie w pełni przekazać emocji, łez wzruszeń tej widowni. I tych, tak różnych wiekowo widzów.

Wśród 56  zdjęć finalistów – niełatwo jest odnaleźć swoje Fot. Marian Paluszkiewicz

Wśród 56 zdjęć finalistów – niełatwo jest odnaleźć swoje Fot. Marian Paluszkiewicz

5–miesięczny Tomek jest najmłodszym nie tylko widzem, ale też zwycięzcą konkursu. Ale, jak za chwilę dowiemy się, od jego mamy, Marzeny Guleckiej, jest na takim konkursie już  po raz (!?) drugi.  Co prawda, pierwszą imprezę „oglądał”, jeszcze w brzuszku mamy.  Wtedy to  nagrodę konkursową, piękny samochód, z rąk naszej  stałej sponsorki Zofii Matarewicz odbierała jego starsza, dziś 3,5 latka licząca siostrzyczka  Agatka. Od razu powiedziała mamie: „Jak będę miała braciszka, to tym samochodem przywiozę go na takie święto”.

Braciszek  urodził się 1 stycznia, czyli 1 czerwca na Międzynarodowy Dzień Dziecka [z którym regularnie jest łączony finał konkursu], liczył równiutko pięć miesięcy. A szczęśliwy los sprawił, że razem ze starszą siostrzyczką trafił do grona zwycięzców.

Mama Marzena Gulecka z zawodu jest nauczycielką.  Prowadzi język angielski w dwóch szkołach:  St. Moniuszki w Kowalczukach  i  M. Balińskiego w Jaszunach.  Obecnie  jest na urlopie macierzyńskim, opiekuje się dziećmi i stara się dla nich zapewnić wszelkie rozrywki.  Kiedy tylko ogłoszono kolejny konkurs, wysłała zdjęcie obu pociech z nikłą nadzieją, że może choć jedno dziecko znajdzie się wśród laureatów. Trafiło dwoje i mały Tomek stoicko, na rękach mamy, siostrzyczki i znajomych przetrwał cały maraton koncertowo – zabawowy,  wraz  z wręczaniem  nagród, które odbyło się [z powodu tego deszczu] już w  sali.

Tancerki młode, ale jakże zdolne Fot. Marian Paluszkiewicz

Tancerki młode, ale jakże zdolne Fot. Marian Paluszkiewicz

Ale jak  żartobliwie  zaznaczył  w swym  słowie powitalnym prezes  „Kuriera Wileńskiego”  Zygmunt Klonowski: „Powiodło się  wszystkim, bo mamy nie jedną imprezą, ale  dwie – jeden występ pod otwartym niebem, natomiast drugi – kameralny, ale niemniej jednak wesoły. Zresztą, podczas deszczu rosną nie tylko grzyby, ale też dzieci”.

Te momentalne przenosimy z jednego miejsca na drugie, zostały przyjęte  przez wszystkich jako zabawa, bo  gospodarze i w tym miejscu okazali się na wysokości zadania – odbyło się to błyskawicznie. A  że w sali było nieco ciasnawo – no to trudno, ale ciepło, swojsko i jakoś  bardziej rodzinnie.

Co prawda,  widząc jak  deszcz psuje dekoracje tej sali pod otwartym niebem – żal ogarniał, bo tu pracujące panie tak dużo czasu, starań i pomysłów tu włożyły.

Do „Źródełka” na finał konkursu „Moje dziecko w obiektywie” przyszli przedstawiciele  oświaty samorządu miasta Wilna, kierownicy  innych przedszkoli stołecznych, starosta  danego starostwa, na którego terenie  znajduje się przedszkole – szkoła. Zresztą, czy wszystkich wymienisz!

Na scenie: najurokliwsi, najmłodsi Fot. Marian Paluszkiewicz

Na scenie: najurokliwsi, najmłodsi Fot. Marian Paluszkiewicz

Ale  niewątpliwie najważniejszymi gośćmi tego dnia byli  finaliści konkursu. 56 odświętnie ubranych, uroczych i tak różnych wiekowo dzieci. To z myślą o nich i dla nich, staraniem „Źródełka” został przygotowany program artystyczny.  Takiego krakowiaka, jakim zainaugurowana została  impreza,  nie powstydziłaby się nawet  scena zawodowa.  Kto  zna Marzenę Grydź  i  kierowany przez nią zespół „Sto uśmiechów”, doskonale wie, jak wysokie wymagania ma wobec  tych, których uczy. Dlatego poszczęściło się  dzieciom, uczęszczającym  do  „Šaltinėlisu”, bo tu także Marzena  tańce  prowadzi.

Młoda, energiczna, ambitna, pracowita — te wszystkie przymiotniki dotyczą  dyrektorki tej placówki, Wiolety Kuczinskiej. Przy tym skromnej i bardzo koleżeńskiej. Zapytana, kto najbardziej się przyczynił do powodzenia całej imprezy, odpowiedziała: „Cały zespół”. I wiemy, że nie było to jedynie kurtuazyjne zdanie, a szczera ocena pracy każdego z kim od lat pracuje, a od kilku lat kieruje, jako dyrektor.

Jolanta Szwabowicz oraz Danuta Gołubowska, panie na co dzień pracują jako przedszkolanki, a podczas imprez  artystycznych  prowadzą  konferansjerkę. I  to jak prowadzą! Miały więc dla każdego  miłe, serdeczne słowa, kto tu był. I tym słowem szczodrze się dzieliły z każdym, kto wstąpił w progi  „… naszego  Domu, gdzie w tym dniu spotkała się cała rodzina – rodzina Czytelników „Kuriera Wileńskiego”. A przepustką do tego spotkania  był dobry humor, który każdy z sobą  przyniósł.

Robert Mickiewicz, redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”,  witając zebranych, nie omieszkał pozdrowić z Międzynarodowym Dniem Dziecka, z którym łączony jest  finał tego konkursu fotograficznego, jak też podziękować sponsorom, bez których nie odbyłaby się żadna, w tym też ta impreza”.

A mówiąc o sponsorach  „Kurier” ma  wyjątkowe szczęście.  Bo, na przykład, w tym roku każde dziecko zostało obdarowane ciastkami  piekarni „Kamion”, którą to sukcesywnie w Zujunach prowadzi rodzina państwa Andrzejewskich. Szczodrze sponsorując wiele imprez, dołączyli się też w tym roku po raz pierwszy [ale sądzimy, że nieostatni] i do naszego konkursu fotograficznego „Moje dziecko w obiektywie”.

Andrzejek najlepiej się czuje w objęciu mamy – Joli Żało Fot. Marian Paluszkiewicz

Andrzejek najlepiej się czuje w objęciu mamy – Joli Żało Fot. Marian Paluszkiewicz

To tylko jedyny przykład „wyłapanych” przez    kierownika działu promocji naszego pisma Zbigniewa Markowicza, sponsorów.  Zbyszek umie dojść  do każdego, porozmawiać o życiu i  tak jakoś nienatrętnie zachęcić  do udziału. I co najważniejsze,  zachować te kontakty na  następne lata. Co prawda,  stały organizator wszystkich naszych konkursów, w tym i tego,  czyli nasz kolega, tym razem zorganizowany przez siebie konkurs nie mógł oglądać, bo znajduje się w szpitalu, ale sercem, duszą był w tej chwili na sali  i na pewno przeżywał o wiele więcej niż zazwyczaj.

Piosenkę zamieniał taniec a  taniec wesoła zabawa, a chmury coraz szybciej zbliżały się   do „Źródełka”. Widocznie też chciały zabawę pooglądać.  Próbowały, co prawda,  dzieci je rozpędzić,  biorąc do rączek wesołe jasne promyki,  ale niestety,  deszcz uparciuch  nie chciał się wycofywać.

I kiedy na scenie  na całego  rozbawiły się smerfy, zaczęło… kap, kap….  Ale, smerfy nie byłyby wesołymi smerfami, żeby  ich  krople przestraszyły – doskonale  zabawę kontynuowały  w sali, a dzieciaki na widowni  aż piszczały z zachwytu, kiedy  na nich posypał się inny deszcz –  cukierkowy. A  po nim… nagród.

9–letnia Marta Stankiewicz chyba więcej cieszyła się z nagrody, którą otrzymał jej 1,5– roczny braciszek Karol niż sama. Bo ona, niepierwszy raz w takim konkursie uczestniczy, a on pierwszy. Trzeba było widzieć, jak opiekuje się braciszkiem i jak stara się mu wytłumaczyć, co dalej będzie, i jak on ma „po męsku” się trzymać, bo już, już będą prezenty.

Ano i był ten deszcz upominkowy, o który zatroszczyli się hojni sponsorzy, których też szczerość i otwartość dzieci tak ujęła, że od lat w takiej imprezie,  nie zważając nawet na ogólny kryzys ekonomiczny, uczestniczą.

Nie żałowali też sił i wysiłku rodzice, by przyjechać na finał konkursu, szczególnie ci, mieszkający dosyć daleko od Wilna. Od lat na finał do stolicy kuzynów  Wiktorię i Eimutisa Okstin przywozi Helena Ališkevičienė, która  nie tylko nie żałuje fatygi, ale też nie omieszka podziękować gazecie i  podstawowemu organizatorowi panu Markowiczowi za tak oczekiwaną nie tylko przez dzieci imprezę.

Nie pożałowała też trudu Wioleta Dulko z Rakańc, by pokonać w jedną stronę 24 kilometry autobusem  (tato był w pracy), by pokazać  małej dwuletniej Adrianie i o dwa lata starszej Gabrieli  tę wspaniałą zabawę.

A to, że 2,5–letni  Andrzej Żało znalazł się wśród finalistów — to zasługa babci, czyli Czesławy Romanczyk z Niemenczyna. Bo to ona wyczytała w „Kurierze”,  że taki konkurs odbywa się. Powiedziała o tym córce Joli Żało, no, i w ten sposób zdjęcie Andrzejka zostało wysłane na  konkurs.

Wszystkie panie pracujące z dziećmi są śliczne i mają dobre serca Fot. Marian Paluszkiewicz

Wszystkie panie pracujące z dziećmi są śliczne i mają dobre serca Fot. Marian Paluszkiewicz

A z tą gazetą, to już,  jak mówi pani Czesława, to zasługa córki, czyli Joli. Bo to ona dla rodziców „Kurier” zaprenumerowała w prezencie (oby więcej takich przykładów) i w ten sposób rodzina seniorów, czyli Czesława  i Bernard Romanczyk  wciągnęli się  od nowa do lektury gazety. Kiedyś  ją regularnie prenumerowali  i teraz obowiązkowo zaprenumerują, bo bez niej dnia nie rozpoczynają. A teraz proszę i wnuka finalistę mają. Przyjechała  oczywiście cała rodzina — babcia, dziadek, mama, tato. Mama  nawet własną fryzjernię, którą  w Niemenczynie  prowadzi, na te godziny porzuciła, no, bo jakże, przecież to pierwsza wygrana synka.

Takich spotkań na sali mieliśmy wiele. Nie sposób je wszystkie wymienić. Ale nie można ominąć milczeniem spotkanie z nader sympatycznym panem z Warszawy, czyli Witoldem Semikiem, który na tę imprezę do „Źródełka” wraz z córką Beatą przyjechał.

Pan Witold reprezentuje Stowarzyszenie „Dobry Duszek” i jak przystało nazwie, którą sam wymyślił, jest rzeczywiście dobrą duszą na Wileńszczyźnie, wszędzie tam, gdzie potrzebna jest  pomoc. Jaką tylko da się zebrać — przybory szkolne, aparatura itd. Przekazuje je szkołom, przedszkolom,  dzieciom. I tak już od 2002 roku  przyjeżdża na Wileńszczyznę, dotąd  znaną tylko z literatury, historii. I mimo że żadnych korzeni rodzinnych tu  nie ma, to jak sam mówi, jest już wilniukiem i ten bakcyl wileński chce córce przekazać. Dlatego do Wilna po raz pierwszy ją przywiózł.

Wszystko, co dobre, prędko się kończy. Dobiegł końca finał jedenastego już tradycyjnego konkursu „Moje dziecko w obiektywie”.

Pozostały tylko wspomnienia. Jak najlepsze.  A do tych pozytywnych wspomnień przyczyniły się wszystkie  niestrudzone panie ze „Źródełka”, które  wraz ze swą  dyrektorką zrobiły wszystko, by każdy czuł się tu dobrze i swojsko.

2 odpowiedzi to Deszcz nie zepsuł finału konkursu „Moje dziecko w obiektywie”

  1. Czytelnik mówi:

    Jak mozna byloby dowiedziec się calą liste zwycięzcow?

  2. oho mówi:

    Ach ten deszczyk. Potrafi ,,zmoczyc” wszystko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.