2
Jubileusz kanwą do wspomnień

Są rodziny, których koleje losów śmiało mogą służyć fabułą filmów fabularnych, czy też powieści. Tak są ciekawe i zawiłe. Bynajmniej nie są łatwe. Zresztą tak jest często z historią, że lubi płatać figle — przemieszczać ludzi z pozycji wysokich i rzucać do warunków bardzo trudnych, gdzie trzeba każdą chwilę walczyć o przetrwanie. W takich to momentach człowiek traci dobrobyt, pozycję, ale na szczęście, zostają mu rzeczy najcenniejsze: wiara, poczucie patriotyzmu i szacunek do innych.

Tak jest w przypadku naszej dzisiejszej jubilatki Marii Liliany Magalińskiej (z domu Samoszuk), o której chlubnym jubileuszu przypadającym na dzień 20 lipca poinformował naszą redakcję jej były uczeń Czesław Litwinowicz.

„Och, ci moi uczniowie, ciągle coś wymyślą” — na naszą prośbę o spotkaniu odpowie telefonicznie pani Maria. Zgadza się, byśmy sobie po domowemu przy ulicy Grodzkiej — tak po dziś tę urokliwą uliczkę Zwierzyńca (obecna Liubarto) nazywa — pogawędziły o latach przepracowanych w szkołach polskich (całych 50 lat!) i oczywiście sięgnęły po te dalsze — nie tylko dzieciństwa Marii, ale jej szlachetnego rodowodu.

Do tego zresztą skłania dziedziczna kamienica, w której Maria się urodziła i całe życie mieszka, stare zabytkowe meble, przepiękne lustro, pamiątki, obrazy.

Wracamy więc o kilka pokoleń wstecz, gdy to jej babcia (również Maria) przyjechała w roku 1900 z Łodzi do Wilna, by zamieszkać, wraz ze swym nowopoślubionym Wacławem, przy ulicy Mickiewicza (dziś aleja Giedymina).

Młoda i energiczna kobieta, z zawodu ginekolog, doskonale się zaaklimatyzowała na gruncie wileńskim i wielu wilniuków przez jej ręce szczęśliwie na ten świat przyszło.

Błogosławieństwo Boże objęło też tę rodzinę — na świat przychodziły dzieci zdrowe, dorodne, a jak się potem okazało — zdolne i mądre. Rodzina Brzezinów doczekała się sześciu synów i córki, którą nazwano Irenka. To właśnie ona była mamą naszej dzisiejszej bohaterki.

Wujkowie — to cała karta historii lotnictwa, bo prawie wszyscy ten zawód obrali. Niestety, wojna nie dla wszystkich się skończyła pomyślnie.

Najsłynniejszy z Brzezinów był Stanisław. W roku 1939 był komendantem Wyższej Szkoły Lotniczej w Dęblinie, uczestniczył w bitwie o Wielką Brytanię, był pierwszym dowódcą 317 Dywizjonu Myśliwskiego „Wileński” i 2 Polskiego Skrzydła Myśliwskiego, a w roku 1943 szefem Sztabu PSP, attaché Wojska Polskiego przy rządzie brytyjskim. To taka jego króciutka notka bibliograficzna. Może nieco skromniejsze, tym niemniej niebezbarwne, było życie pozostałych wujków naszej rozmówczyni.

No, ale znów cofnijmy się do „okresu babcinego”, bo to właśnie dzięki niej istnieje dom dziedziczny na Zwierzyńcu.

Jak dziś wspomina Maria Magalińska, babcia była tak energiczna, że wystarczało jej i na pracę zawodową, i na rodzinę (oczywiście, przy pomocy służby), i na budowę domu. Bo zamarzyła sobie, że ma być koniecznie dom –— biały, murowany, w tej naówczas cichej dzielnicy willowej, gdzie to dawniej biegały sarny, łosie… Zwierzyńcu. No, a jak zamarzyła — to tak się i stać musiało. Budowę zaczęto w roku 1914, a po kilku latach przenieśli się do tej dwupiętrowej kamienicy.

Maria dokładnie nie wie, gdzie jej ojciec, major Roman Samoszuk wypatrzył mamę — urodziwą Irenkę, ale prawdopodobnie było to właśnie tu, w ich saloniku, gdzie się odbywały przyjęcia, bale, rauty…

Salon na piętrze pozostał ogołocony z mebli, białego fortepianu (który po latach jej siostra Lusia zabrała do Polski), ale stare tapety datowane na rok 1914 — pozostały. Starannie odnawiane, obecnie przez mieszkającego na piętrze z rodziną syna Jerzego.

Na parterze, w obecnym mieszkaniu Marii Magalińskiej stoi zabytkowy komplet — ludwikowski, wisi przepiękne lustro w złoconej ramie…

Mimo że było bardzo trudno w czasie wojny i po niej — pozostały, a raczej wróciły…

Czas niby się tu zatrzymał. Ale życie nie stało i nie stoi w jednym miejscu. Bo tak się ułożyło, że Irenka (mama Marii) Wilno i ten dom porzuciła, bo jej męża jako oficera wysłano do Brześcia, gdzie służył w 82 pułku aż do samej wojny. Było piękne pięciopokojowe mieszkanie na dwa poziomy, była służąca, był dobrobyt. A najważniejsze, była miłość rodzicielska. W takim to sielskim okresie zaskoczyła wojna.

Ojciec trafił do niewoli. Nie wrócił. Mama z dwoma córeczkami (starszą Lusią i młodsza Marią, w domu pieszczotliwie zwaną Musią) tak jak stały, uciekły z Brześcia, przy pomocy tejże energicznej babci, do Wilna.

Nie pytam, jak przetrwały. Intuicyjnie wiem, że o tych latach, miesiącach, chwilach, gdzie czasami w ciągu jednej sekundy ważyło się życie ludzkie, mogłaby dziś pisać książki. O rzeczach dla innych może błahych, ale dla ich rodziny tak ważnych, jak to, że z jakim wielkim trudem udało się jej mamie przewieźć niektóre meble z Brześcia. Etapami, początkowo do Bezdan, a potem po wojnie już do Wilna. Bardzo ważne było zabrać te meble jako cenną relikwię ich dawnego domu, bo one były przypomnieniem tych lat beztroskich i aby nieco tuszowały smutne wspomnienia z okresu niewoli ojca. Świadectwem tego strasznego okresu są jego listy z oflagu, gdzie nie utyskiwał na los. Listy były pięknymi poematami do tych, których najbardziej na świecie kochał — żony i dwóch córeczek. Więcej ich nie zobaczył.

Maria pokazuje te wojenne relikwie, pożółkłe i takie kruche, przesiąknięte miłością i szeptanymi nad nimi najczulszymi słowami…

Aby te smutne wspomniana przerwać, proszę, by Maria przeniosła się do lat szkolnych. A naukę, jak za chwilę się dowiem, rozpoczęła jeszcze w wileńskiej przyklasztornej szkole nazaretanek na Górze Bouffałowej. Ale, gdy w roku 1940 do Wilna weszli Litwini, wszystkie polskie szkoły zamknięto. Wtedy razem ze starszą siostrą Lusią uczęszczać zaczęły na tajne komplety. A kiedy przy Ostrobramskiej otwarto polską szkołę (obecna Lelewela na Antokolu) — to tu. Jednocześnie uczyła się muzyki (fortepian) w szkole Tallat-Kelpšy (obecne Konserwatorium).

Starsza siostra, jak wielu znanych muzyków wileńskich, razem z profesorem Szpinalskim repatriowała do Polski, wiele lat mieszkała w Łodzi. Zginęła w katastrofie samochodowej. Maria wraz z mamą zostały w Wilnie, w swej kamienicy, którą z wielkim trudem udało się zachować.

Cały czas używam pełnego imienia Maria, a prawie wszyscy jej koledzy nazywają ją Muchą, rodzice i siostra nazywali Musia. Początkowo ta Mucha trochę ją irytowała, ale każdy z kolegów, kto znał Marysię od dzieciństwa, wie, że takie przezwisko do tej żywej i energicznej dziewczynki bardzo pasowało. Tak i zostało…

Maria wspomina, jak to jej wszędzie pełno było, jak podczas wakacji, które spędzała w majątku wujka Magazynek, który był niedaleko Rzeszy. Właśnie tam dziewczynka wyżywała się hasaniem po polach, jazdą na koniu, i… objadaniem się truskawkami, do których, jak żartuje, na całe życie pozostał u niej wstręt.

„Bo tak było u wujostwa, że na każde śniadanie, dopóki były te jagody, otrzymywałyśmy z rana z siostrą pełen talerz truskawek polanych bitą śmietaną. Bardzo mi początkowo smakowało, ale widocznie przebrałam miarę i całe życie na nie patrzeć nie mogę” — śmieje się Maria.

Zawsze do wszystkiego była chętna, jak w szkole był koncert, to każdy nauczyciel wiedział, że Musi do tańców nie trzeba namawiać.

Po ukończeniu szkoły zdecydowała, że ma być medycyna, ale wystarczyło, jak dziś sama wspomina, tylko do pierwszej wizyty w prosektorium. Od razu zrozumiała, że medycyna — to nie dla niej. A ponieważ w tym czasie utworzono kursy nauczycielskie, bo nowo otwierane polskie szkoły na Wileńszczyźnie potrzebowały kadry — poszła tu. A po ich ukończeniu młoda nauczycielka trafiła do wsi Taranda (dziś dzielnica wileńska). A z Tarandy na cztery lata do Czarnego Boru, a już stamtąd na ponad lat czterdzieści w szkole na Krupniczej, która stała się jej drugim domem, nie mniej kochanym, jak podstawowy.

Bo podstawowy, oczywiście, był — mąż, syn Jerzy no i stara mama, którą Maria opiekowała się aż do samej śmierci.

O szkole Magalińska może mówić godzinami. O tych, których uczyła, o bardziej i mniej zdolnych, ale wszystkich kochanych.

Sama też się doskonaliła — ukończyła najpierw Instytut Nauczycielski, a potem Uniwersytet im. Kapsukasa, czyli dawny Batorego, obecnie Wileński. Co wykładała? Od początku — prawie wszystko jak to w szkołach wiejskich, a potem historię, polski, rosyjski, no i prawie zawsze muzykę.

Od roku 1992 jest na emeryturze. Przepracowała jako pedagog równo półwiecze. Nie pracuje, ale jest nadal związana ze szkołą — przez te równiutko według roczników ułożone zdjęcia swoich promocji. Przez dyrektora Czesława Dawidowicza, jej byłego ucznia. Ileż to wspaniałych, zdolnych uczniów miała! Wyliczanka ta byłaby niezwykle długa, poczynając od ks. prałata Jana Kasiukiewicza, głównego komisarza wileńskiej policji kryminalnej Antoniego Mikulskiego, znanego przedsiębiorcy Czesława Litwinowicza i wielu, wielu innych. Nigdy o nich nie zapomniała. Oni też nie zapominają, dzwonią, pytają, odwiedzają, razem wspominają chwile spędzone nie tylko podczas lekcji, ale też podczas obozów letnich, podczas wycieczek, które organizowała. Cały były Związek Radziecki wzdłuż i wszerz zwiedzili. Ileż to ciekawych zdarzeń jest z tym związanych.

Co jest najciekawsze, sama Maria ze swą szkołą, czyli „piątką” nie zerwała nigdy. Jej klasa rokrocznie się spotyka, powspomina, pośpiewa i pacierz odmówi za tych, co już odeszli.

A ostatnio zebrali się wszyscy, na zlocie absolwentów lat 1945-1957. Cała wielka rodzina „szkoły na piaskach”, oni, absolwenci tego trudnego okresu powojennego, których życie i doświadczyło, i nauczyło rzeczy najważniejszej — zachować miłość do Ojczyzny, domu rodzinnego, szkoły, ludzi, których się poznało.

Od lat Maria mieszka sama. Nie jest samotna, bo na piętrze jest rodzina syna, więc jak tylko potrzeba — są razem.

A na co dzień jest Fafik, uroczy pudel, który jakże zazdrośnie spogląda na nas, bo całą uwagę jego pani odciągamy od niego. Magalińska musi nawet wziąć do rąk szpicrutę, która zachowała się z majątku wuja Magazynek. Nie, bynajmniej jej nie użyje, ale Fafik musi wiedzieć, że grzeczność w tym domu wobec gościa i od niego się należy.

2 odpowiedzi to Jubileusz kanwą do wspomnień

  1. czarek mówi:

    Gdzies tam ktos pisze ze pomnik bedzie wzniesiony ,inny mowi ze komos innemu sie nalezy. Ja mysle ze dla niej jeden by sie przydal- MATCE POLCE, ktora jest zawsze tam gzie jej potrzebuja.Czasami z nazwiska znana,naiczesciej anonimowa.100 lat dla pani Mari.

  2. wilnianka mówi:

    Panią Marię znam tylko z widzenia i ze słyszenia, ale z przyjemnością i wzruszeniem przeczytałam tę bardzo serdeczną i jakże zasłużoną publikację o niej. Autorce życzeń kolejnych spotkań z tak ciekawymi i zasłużonymi ludźmi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.