1
Na wileńskich rynkach — jednym za tanio sprzedawać, innym za drogo kupować

Czasem da trochę zarobić jakiś zagraniczny turysta — mówią sprzedający przy  trockiej szosie Fot. Marian Paluszkiewicz
image-3632

Czasem da trochę zarobić jakiś zagraniczny turysta — mówią sprzedający przy trockiej szosie Fot. Marian Paluszkiewicz

Są borowiki duże, wielkości dłoni, nieco mniejsze i całkiem malutkie prawie jak groch. Kurki, pierwsze kołpaczki i rydze. Aż się roi od nich na Kalwaryjskim rynku. Uginają się też stoły od jagód: czernic i malin. W tym roku las obficie obdarzył nas swoimi darami. Gorzej natomiast z pogodą, bo, pomimo że las pełen dóbr, to człowiek nie bardzo może sięgnąć po nie, ponieważ tego lata leje prawie każdego dnia.

Lasy chyba od wieków dawały, a i dziś dają ludziom pożywienie. To zwierzyna, grzyby, jagody. Podwileńskie lasy wprawdzie nie są wprawdzie bogate w zwierzynę, a i tradycji łowieckich tu nie ma. Ale jagody i grzyby niejednemu pomogły przetrwać zimę. Od lat bardzo wiele osób trudni się tu zbieraniem jagód i grzybów. Jedni to robią amatorsko, tak tylko i wyłącznie na własny użytek. Ot, kilka słoiczków marynowanych grzybków na zimę zrobić, trochę jagód ugotować do zimowej herbatki. Ale są też tacy, dla których las jest pracodawcą i przez całą zimę karmi. Przez lato prawie nie wychodzą z lasu: zbierają grzyby, jagody na sprzedaż, żeby mieć w czasie zimy chociażby za mieszkanie zapłacić. Trudnią się tym najczęściej emeryci, bezrobotni oraz dzieci, szczególnie ci, co mieszkają blisko lasu i nie muszą daleko jechać.

Pojechać wprawdzie też można, ale jak się zapłaci za autobus w mieście, następnie za pociąg w obie trony, to te jagody i grzyby staną się wprost „złote”. Inna sprawa jak mieszkasz przy lesie.

Pani Lena mieszka niemal w lesie, bo w Landwarowie, ale na grzyby i jagody jeździ aż pod Orany.

— W pobliżu Wilna jest raczej goło, wszystko wybrane. Tu można tylko tak sobie pochodzić, by na jedną zupę nabrać, ale grosza z tego nie zarobisz. Zresztą w Oranach też, bo w lasach aż gęsto od zbieraczy i do lasu wyjeżdżać trzeba już o czwartej rano, ale tam przynajmniej coś jest. Najgorsze jest to, że w tym roku nikt nie kupuje. Czasem da trochę zarobić jakiś zagraniczny turysta — mówi pani Lena, która przy trockiej szosie potem sprzedaje to, co uzbiera w orańskich lasach.

Pamiętać jednak trzeba, że zarówno jagoda, jak i grzyb — to towar jednego dnia. Jeśli się dziś nie sprzeda, to wieczorem trzeba przynajmniej na własny użytek dla siebie coś z nich zrobić.

Cieniutko jednak w tym roku idzie sprzedaż. Biedak nie kupuje, bo jemu za drogo, bogaty nie chce się brudzić czyszczeniem, gotowaniem itp. Po prostu pójdzie do sklepu i bez kłopotu kupi słoiczek marynowanych borowików.

— To strasznie ciężki trud, bo jeśli samemu wyjść rano do lasu nazbierać, potem samemu sprzedać, to wieczorem,  to ani rąk, ani nóg się nie czuje — mówi starsza pani, którą akurat spotkałam podczas wypadu do lasu.

Pani Helena spod Mejszagoły, która sprzedawała na Kalwaryjskim rynku czernice, — na targowisku z dużym wiadrem jagód była już wczesnym rankiem, mówi, że latem to mają w domu podzielone role. Dzieci (cała trójka) zbierają jagody i grzyby, a ona lub mąż sprzedają. Tylko tak zorganizowany „biznes” coś daje.
A ile można zarobić dziennie lub przez lato na darach lasu? To zależy od bardzo wielu czynników. Jeśli znajdziemy dobrą polanę czernic, to za godzinę ręcznie (niektórzy drą maszynkami) można zebrać od litra do półtorej. A więc trzy godziny w lesie, to mniej więcej 5 litrów jagód, a litr średnio kosztuje od 6 do 7 litów. Mamy więc już 35 litów, ale z tego prawie 20 należy odrzucić na przejazd autobusem lub pociągiem, bo, żeby coś zebrać, trzeba przynajmniej do Olkienik pojechać. Marny więc zarobek. Zresztą, w tym roku jest znacznie mniej i kupujących i zbierających, bo i jednym i drugim jest drogo. Inna sprawa, gdy własnym samochodem cała rodzina wyruszy na cały dzień do lasu. Wówczas można wrócić z niejednym pełnym koszem lub wiadrem i wtedy to się już opłaca.

Jest ósma rano na rynku Kalwaryjskim. Stoły się uginają od grzybów Fot. Marian Paluszkiewicz
image-3633

Jest ósma rano na rynku Kalwaryjskim. Stoły się uginają od grzybów Fot. Marian Paluszkiewicz

Jeszcze kilka  lat temu, gdy jeździłam do mojej przyjaciółki do Rudziszek, trzeba było n łokciami się przepychać do pociągu. Już od bardzo wczesnych porannych godzin stały tłumy z wiadrami, koszami, plecakami. Wszyscy ciągnęli do lasu. Wieczorem, gdy wracali z pełnymi koszami, czasem niemal na jednej nodze trzeba było stać w pociągu. Droga kolejowa do Wilna stawała się prawdziwym koszmarem. Ale te kilkanaście lat temu bilet do Rudziszek kosztował zaledwie 1,70 Lt, dziś strach pomyśleć — ponad 8 Lt.

Jak się więc obliczy koszty podróży, jak się uwzględni, ile to karku trzeba ponaginać, by te kilka lub kilkanaście litrów jagód nabrać, to wychodzi bardzo cieniutki interes.

— „Złote” jagody i „złote” grzyby jak się policzy wydatki. Na drogach mało kupują, na rynek też trzeba czymś dowieźć i rynkowe zapłacić. A żeby tak kupowali, to nie powiem. Kiedyś zdarzali się klienci, którzy całe wiadro brali. Dziś litr, dwa, niektórzy nawet szklankę. Dla wielu nie jagody w głowie teraz — mówi pan Antoni, który sprzedawał czernice pod jednym z wileńskich domów towarowych.

Jeszcze 5-7 lat temu niektórzy zbieracze w ciągu lata zarabiali na tym interesie po 7-8 tysięcy litów, za co potem praktycznie cała rodzina żyła, dziś nawet przy największych chęciach i staraniach, nawet połowy tego nie da się zarobić.

Jest ósma rano na rynku Kalwaryjskim. Stoły się uginają od czernic, malin, wiśni, grzybów (głównie borowiki i kurki). Wydaje się, że nie brakuje też kupujących. Wielu jednak tylko podchodzi, pyta o cenę i odchodzi. Co z tą ogromną ilością dóbr ludzie zrobią, jeśli nie sprzedadzą? Wpadłam więc jeszcze raz na rynek około szesnastej. Kupujących bardzo mało, a towaru jeszcze sporo. Co te kobiety z tym zrobią?

— Grzyby posuszymy, może przed Bożym Narodzeniem uda się sprzedać, jagody sobie ugotujemy albo na wino postawimy — mówią niektórzy, kiwając głowami.
Ci, co mniej mieli towaru, to oddawali go już za pół ceny i błagali, by tylko ktoś się zlitował i to wziął, ale i na tak zniżkową cenę chętnych raczej niewielu było. Zaczęły nadciągać chmury i mały deszczyk zaczął kropić.  Kupujących coraz mniej, a ten i ów sprzedający piwko sobie już w beznadziei pociągał. Rynek coraz bardziej się wyludniał i sprzedawcy zaczęli już zwijać swoje leśne bogactwa. Gdy jedna z kupujących spytała o cenę czernic i nie kupiwszy, odeszła — młody sprzedawca zdenerwował się i walnął za nią słoikiem jagód o asfalt, wypił jeszcze kilka haustów piwa i wybiegł, klnąc.
Zmęczeni i zrezygnowani sprzedawcy, wystraszeni cenami kupujący — wszystko to sprawia, że rozczarowane są obie strony. Jednym bowiem jest za tanio sprzedawać, innym za drogo kupować.

Jedna odpowiedź do Na wileńskich rynkach — jednym za tanio sprzedawać, innym za drogo kupować

  1. Hall mówi:

    a moze by tak zalozyc jakas spolke, wszyscy ci zbieracze runa, spiknac sie z jakims hurtownikiem z polski, ktory podjedzie i skupi towar. to ciezki kawal chleba jak sie robi to osobno. zbierzcie sie, znajdzcie kontrachenta w polsce lub gdzie indziej, i sprobowac czy to sie kreci. albo przerabiajcie te runo na ekologiczne przetwory, te kurki, jagody, inne. jak zobaczyl bym w polsce dzem z jagod z litwy to bym doplacil, nie mowiac o kurkach. przy drodze to slabo idzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.