8
Jeszcze jedno życie Czerwonej Róży

90 lat temu Kazimierz Luksemburg wziął udział w pogrzebie swej ciotki Róży Luksemburg. Dziś się zastanawia, kogo naprawdę pochowano na berlińskim cmentarzu Friedrichsfelde.

Miałem pięć lat. Mój ojciec zabrał mnie do Berlina — mówi „Rz”.

Bardziej utkwił mu w pamięci fakt, że polecieli z Warszawy małym, dwupłatowym samolotem, niż szczegóły uroczystości.

Kilka tygodni temu do bratanka Róży Luksemburg dotarł patolog z berlińskiego szpitala Charité, dr Michael Tsokos, by pobrać od niego próbkę DNA. To właśnie dr Tsokos poinformował dziennikarzy, że w instytucie medycyny sądowej szpitala prawdopodobnie znaleziono ciało słynnej rewolucjonistki. Pozbawione głowy, stóp i rąk, zmumifikowane zwłoki zostały przez niego starannie przebadane. Tomografia komputerowa wykazała, że należą one do kobiety, która cierpiała na artretyzm i kulała. Zmarła około 90 lat temu, a jej wiek to 40-50 lat.

Róża Luksemburg

Róża Luksemburg

„Charakterystyka zdumiewająco podobna do Róży Luksemburg” — oświadczył natychmiast dr Tsokos, co wywołało sensację nie tylko wśród historyków. Dlaczego jednak zamiast zamordowanej przez przeciwników politycznych rewolucjonistki do grobu złożyć by miano ciało nieznanej kobiety?

Historyk Jörn Schütrumpf, najbardziej znany biograf Luksemburg, wierzy, że dr Tsokos się nie myli. Władzom Republiki Weimarskiej zależało, by „ciało Luksemburg jak najszybciej znalazło się pod ziemią”. Pochowano wyłowione z kanału zwłoki, nie przejmując się, do kogo naprawdę należą. W powojennych Niemczech panował chaos, spacyfikowano robotnicze bunty, ale sytuacja ciągle była niestabilna.

Sprawa tożsamości zwłok z Charité budzi spore emocje. Gwałtownie zareagowali na wiadomość o odkryciu niemieccy postkomuniści, żądając śledztwa pod nadzorem prezydenta i rządu. Gdyby potwierdziła się hipoteza, że Róża Luksemburg nigdy nie została pochowana, lewica domagałaby się uroczystego państwowego pogrzebu.

Róża Luksemburg podczas przemówienia

Róża Luksemburg podczas przemówienia

Urodzona w Zamościu Róża Luksemburg jest nadal ikoną lewicy. Co roku, w rocznicę śmierci jej i Karla Liebknechta, na cmentarz, gdzie znajduje się jej grób, przychodzą dziesiątki tysięcy ludzi, by złożyć czerwone goździki. W dziwnej symbiozie idą skromnie ubrani starsi ludzie z byłego NRD i alternatywna młodzież z dawnego Berlina Zachodniego, trockiści, maoiści, anarchiści i feministki.

Nie ma wątpliwości, że jeśli odbędzie się powtórny pogrzeb słynnej rewolucjonistki, to stanie się olbrzymią manifestacją.

A tuż za trumną będzie szedł Kazimierz Luksemburg. Jedyny człowiek, który dwa razy weźmie udział w uroczystościach żałobnych Róży Luksemburg.

Droga do Katynia

W wileńskim mieszkaniu Kazimierza Luksemburga na regale z książkami różnojęzyczne biografie Róży Luksemburg sąsiadują z „Bożym igrzyskiem” Normana Daviesa i tomami poezji Słowackiego. Najwięcej chyba jednak jest książek o Katyniu.

Otwierając bez wahania na właściwej stronie trzeci tom publikacji „Katyń. Dokumenty zbrodni”, Kazimierz Luksemburg odnajduje list przedstawiciela Czerwonego Krzyża, który pyta o los lekarzy przetrzymywanych w Starobielsku. Pod listem znajduje się adnotacja, że Jerzy Edward Luksemburg, doktor nauk medycznych, chirurg stomatologii, znalazł się na liście śmierci sporządzonej przez NKWD.

— To mój brat. Był docentem na uniwersytecie, został zmobilizowany — mówi Kazimierz Luksemburg. Jego polszczyzna jest bez śladu wschodnich naleciałości, krystalicznie czysta. Warszawska. To największy komplement, jaki można mu powiedzieć, bo Warszawa, którą opuścił na zawsze kilkadziesiąt lat temu, jest nadal centrum jego świata. Właściwie 95-letni Kazimierz Luksemburg, trochę nieufny, jak czasem bywają starsi ludzie, zgodził się ze mną spotkać, bo się upewnił, że jestem z Warszawy.

— WKS Legia. To mój klub — mówi pan Luksemburg, prezentując wycinek z „Expressu Porannego” z 1933 roku. Na zdjęciu grupa młodych mężczyzn dumnie pozuje obok rowerów. Notatka informuje, że mają objechać 35 miast europejskich, a wśród nazwisk kolarzy figuruje: Luksemburg.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że mieszkający w Wilnie bratanek Róży Luksemburg nadal w wyobraźni przemierza ulice przedwojennej Warszawy. Tam było mieszkanie rodziców — na placu Grzybowskim, niedaleko kościoła Wszystkich Świętych, i w tym mieście działy się rzeczy naprawdę ważne i interesujące. To, co potem zdarzyło się w jego życiu, było dziwne, a czasem straszne — jak pobyt na Syberii. W pewien sposób chyba obce — bo Kazimierz Luksemburg, tak doskonale władający językiem polskim, po rosyjsku mówi z wyraźnym akcentem, choć ożenił się z Rosjanką.

Jego córka wspomina, że zawsze odczuwała, jak bardzo ojciec jest inny. W sowieckiej rzeczywistości naprawdę musiał być egzotycznym zjawiskiem — elegancki pan, który latem zakłada jasne garnitury, zawsze ma nienaganne maniery, a szczególnie szarmancki jest wobec kobiet.

Ale jego córki nie wiedziały, skąd bierze się ta inność. Dopiero kiedy były już dorosłe, usłyszały od niego, że był obywatelem II RP i został zmuszony do oddania paszportu w sowieckim więzieniu. Po raz pierwszy zaczął mówić, kim był w przeszłym życiu, gdy w Związku Radzieckim zaczęła się pieriestrojka. Zaszokowane dzieci zaczęły poznawać jego losy i historię rodziny. Chociaż i tak nie dowiedziały się wszystkiego.

Niezidentyfikowany adiutant

— Kiedy słuchałam opowieści ojca, miałam zawsze wrażenie, że oglądam film, w którym część taśmy została porwana. Później ją sklejono, ale pozostały luki. Pewne wątki są poszarpane, pojawiają się nagle i nie mają finału lub początku — mówi Marina, córka Kazimierza Luksemburga.

Wyparcie bolesnych przeżyć, a także lęk, że mówienie o niektórych sprawach może być nadal niebezpieczne. To musiał być powód, dla którego Kazimierz Luksemburg przemilczał pewne rzeczy. Dziś na to świadome milczenie nałożył się inny problem związany z wiekiem: nawet gdyby chciał opowiedzieć wszystko do końca, to po prostu nie potrafi tego już zrobić.

— Zaraz to sobie przypomnę i wtedy powiem — mówi z zażenowaniem, gdy pytam, kim jest mężczyzna w mundurze legionów, którego zdjęcie widnieje na honorowym miejscu w starym rodzinnym albumie. Jednak nie może sobie tego przypomnieć, choć twierdzi, że mężczyzna na fotografii był adiutantem Piłsudskiego.

Jego córka nie potrafi pomóc — trudno nie pomyśleć, że nie tylko Kazimierz Luksemburg nie opowiedział dzieciom wszystkiego, ale i one nie zawsze chciały słuchać. Żyli w dwóch różnych światach — to, co było ważne dla niego, im, wykształconym w radzieckich szkołach, wydawało się nieistotne i wręcz nierealne.

Już wiem, że na spotkanie z bratankiem Róży Luksemburg spóźniłam się o kilka lat. Są rzeczy, które na zawsze zostaną zapomniane.

— Jeden, jedyny raz usłyszałam od ojca bardzo dziwną historię. Na progu jego mieszkania w 1940 roku pojawił się człowiek, który zdążył tylko powiedzieć, że ma ważną wiadomość o jego bracie, i stracił przytomność. Kiedy po czterech dniach nieznajomy ocknął się z maligny, powiedział, że Jerzy Luksemburg ma zostać rozstrzelany i nie ma chwili do stracenia — opowiada Marina Luksemburg.

— Ojciec miał wziąć dokumenty świadczące, że Jerzy jest bratankiem Róży Luksemburg. Ale było już za późno.
Opowiadając tę historię, Kazimierz Luksemburg był przekonany, że koneksje ze słynną rewolucjonistką nie uratowałyby jego brata. — Powiedział, że gdyby tamten człowiek nie przeleżał nieprzytomny cztery dni, w Katyniu zginąłby nie tylko Jerzy, ale i Kazimierz Luksemburg — mówi jego córka.

Legenda w stylu męczeńskim

Gdy oddział cywilów uzbrojonych w karabiny wszedł 15 stycznia 1919 roku do mieszkania mieszczącego się w burżuazyjnej kamienicy w berlińskiej dzielnicy Wilmersdorf, w jednym z pokoi znalazł leżącą na łóżku kobietę. Podała dokumenty — opiewały na nazwisko inne niż Luksemburg, ale bojówkarze z Frei-korpusu nie mieli wątpliwości, że jest to „Czerwona Róża” . Kobieta czytała „Fausta” Goethego i tę książkę, zawiniętą w szary papier, wzięła ze sobą, kiedy wyprowadzono ją z domu.

Detal o „Fauście” podają wszyscy autorzy piszący o śmierci Róży Luksemburg, przydając mu najwyraźniej osobliwe znaczenie.

Opowieść o ostatnich godzinach jej życia ma wymiar niemal kanoniczny — biografowie odnotowują każdy szczegół, skrupulatnie i jakby z dziwną satysfakcją cytując nawet najbardziej wulgarne wyzwiska, jakimi obrzucali Różę Luksemburg bojówkarze.

Można odnieść wrażenie, że intencją autorów — mniej lub bardziej świadomą — jest wykreowanie historii męczeństwa. Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, w opowieści o śmierci Luksemburg, takiej, jaką tworzą zafascynowani nią wyraźnie autorzy, można odnaleźć topos męczeństwa znanego z Biblii.

Szyderstwa żołdaków, które nie potrafią poniżyć ofiary, a jedynie pokazują ich podłość. Im prześladowcy są bardziej brutalni, tym bardziej wzniosła jest postać cierpiącej z godnością ofiary.

— Jeśli pan tak uważa — mówi obojętnie Róża Luksemburg, kiedy przesłuchujący ją oficer kapitan Waldemar Pabst upiera się, że posługująca się fałszywymi papierami kobieta jest właśnie Różą Luksemburg.

Kiedy Luksemburg doprowadzono na przesłuchanie do hotelu Eden, jej los był już przesądzony. Musiała zginąć, tak jak zginąć miał zatrzymany wraz z nią w mieszkaniu kupca Markussona Karl Liebknecht.

Gdy Różę Luksemburg wśród szyderczych okrzyków zgromadzonych w hotelowym hallu gości wyprowadzają przez obrotowe drzwi, jeden z członków gwardii cywilnej, strzelec Runge uderza ją dwukrotnie kolbą karabinu w głowę. Nieprzytomna kobieta pada, a jej bezwładne ciało zostaje wrzucone do samochodu, który natychmiast rusza. Na stopnie samochodu wskakuje porucznik Vogel i strzela Róży Luksemburg w skroń. Samochód dojeżdża do kanału, gdzie zostaje wrzucone ciało.

Kilka godzin później agencja telegraficzna Wolff podała wiadomość, że Róża Luksemburg nie żyje. Oficjalna wersja jej śmierci była dość osobliwa. Zgodnie z nią, gdy Luksemburg opuszczała hotel Eden, została zaatakowana przez tłum. Uratowali ją strażnicy, wpychając nieprzytomną do samochodu. Po chwili na stopnie auta wskoczył niezidentyfikowany osobnik i oddał do niej kilka strzałów. Koło kanału grupa ludzi zatrzymała samochód. Krzyczeli: „To jest Róża!”. Wyciągnęli ją z auta i przepadli w ciemnościach. Ciała nie odnaleziono.

Opinia publiczna miała więc uwierzyć, że zabójstwo Róży Luksemburg — jak uważają historycy — zlecone przez ówczesnego ministra wojny z ramienia SPD jest dziełem nieznanych sprawców. A zresztą można domniemywać, że opinia publiczna niespecjalnie się tą śmiercią przejęła.

Jak pisze Elżbieta Eltinger, autorka wydanej w Londynie biografii „Rosa Luksemburg, A life”, w niektórych komentarzach gazetowych stwierdzono, że można zrozumieć niechęć, jaką czuł wobec Róży Luksemburg atakujący ją tłum.

Inny biograf odnotowuje, że wielu ludzi w Niemczech po prostu cieszyło się ze śmierci Luksemburg. Ale — jak pisze autor, zafascynowany postacią rewolucjonistki — po latach wyrażali głęboki żal z powodu swej postawy. Na zmianę ich nastawienia do Czerwonej Róży miało wpłynąć wydanie jej korespondencji, również więziennej, z której wynika, że była osobą wrażliwą, wzruszającą się losem motyla dogorywającego na więziennym oknie.

Nieufni Sowieci

Mimowolnie robię przykrość Marinie Luksemburg. Patrząc na jej płonące, ciemne oczy, spiętrzone nad czołem czarne włosy i nerwową, często ściągniętą w napięciu twarz, mówię, że jest uderzająco podobna do swej stryjecznej babki.

— Nie znoszę takich porównań. Bo Róża Luksemburg była bardzo brzydka — mówi Marina. Ona sama nigdy nie pozwala się fotografować z profilu, a kiedy ktoś zrobi jej takie zdjęcie, drze je na kawałki.

Pomysł, by jej fotografię zestawić w „Rz” z portretem Róży, jest więc chybiony. Zresztą słynna rewolucjonistka nigdy nie była jej idolką, a nawet wydała jej się postacią cokolwiek dziwną.

— Zastanawiałam się, po co jej była ta działalność rewolucyjna? W końcu doszłam do wniosku, że może jej chodziło o prawa kobiet? A może chciała swobody obyczajowej? Gdyby siedziała w domu, musiałaby żyć inaczej. A tak, zmieniała kochanków, że nie wyrażę się o niej mocniej — zastanawia się Marina.

Czasami ktoś w czasach radzieckich pytał ją, czy ma coś wspólnego z rodziną Róży Luksemburg. I był pod wrażeniem, gdy się okazywało, że tak. Ale KGB nie potrzebowało zadawać takich pytań. Wyraźnie uznało też takie pochodzenie za podejrzane. Kompletnie paranoiczny wydaje się fakt, że Kazimierz Luksemburg — chociaż władze NRD zapraszały go zawsze na obchody związane ze słynną ciotką — nie dostawał paszportu. Za to na uroczystości wyjeżdżało zamiast niego kilkanaście osób z wileńskiego Instytutu Marksizmu i Leninizmu. Ostatecznie pozwolono mu pojechać tuż przed upadkiem muru berlińskiego i wtedy został przyjęty przez samego Ericha Honeckera.

Związek Radziecki miał kłopot z Różą Luksemburg. Z jednej strony była orlicą rewolucji, jak patetycznie ją nazwał sam Lenin. Jednak z drugiej strony tego właśnie Lenina skrytykowała, zarzucając mu dążenie do dyktatury. Oczywiście nie było o tym wzmianki w żadnym podręczniku radzieckim, ale oficjalny stosunek do słynnej rewolucjonistki był dość ambiwalentny.

Zaczynała od „Pana Tadeusza”

Kazimierz Luksemburg uśmiecha się lekko, gdy pytam, jak rodzina odnosiła się do działalności Róży Luksemburg.
— Wszyscy w naszej rodzinie się bardzo kochali — mówi. Odbieram to jako odpowiedź prawdziwą, ale i wymijającą. Z pewnością wszyscy w rodzinie solidarnie wspierali najmłodszą krnąbrną córkę Eliasza (Edwarda) i Liny Luksemburgów, która już w warszawskim gimnazjum związała się z partią Proletaryat i stale miała kłopoty z policją.

— Mama opowiadała mi, że gdy Róża przyjechała, posługując się fałszywym paszportem, ze Szwajcarii i zatrzymała się u moich rodziców, przyszedł jakiś mężczyzna. Pytał o nią, chciał się spotkać. Mama wyczuła niebezpieczeństwo i powiedziała, że Róży nie ma — opowiada Kazimierz Luksemburg. — Potem się okazało, że ten nieznajomy był pułkownikiem warszawskiej ochrony.

Sięgając po rodzinny album, pan Luksemburg z dumą prezentuje kopię doktoratu „Summa cum laude”, jaki w Szwajcarii zrobiła Róża Luksemburg, pisząc na temat rozwoju przemysłowego Królestwa Polskiego. W jego rodzinie zawsze ceniono wykształcenie. Sam Kazimierz Luksemburg, noszący tytuł doktora nauk medycznych, był znanym na Litwie epidemiologiem, który razem z naukowcami moskiewskimi pisał prace publikowane w Oksfordzie.

Na rewolucji socjalistycznej‚ która — jak marzyła Róża Luksemburg — miała ogarnąć cały świat, jej krewni tylko stracili.
W albumie, który pokazuje mi jej bratanek, znajduję zdjęcie monumentalnej kamienicy z warszawskich Alei Ujazdowskich, podobno kiedyś należącej do części rodziny, i willi na Saskiej Kępie.

— Mój ojciec, Józef, był sekretarzem w Ministerstwie Zdrowia, w pierwszym po I wojnie światowej rządzie — podkreśla pan Luksemburg.

Kiedy miał osiemdziesiąt kilka lat, spisał dzieje swej rodziny. „Piszę dla swoich dzieci i krewnych ”— zaznaczył w maszynopisie. Historię rodziny wywodzi od słynnego rabina z Salamanki. Dziadek Kazimierza, czyli ojciec Róży, był zaś kupcem drzewnym, a zarazem sadownikiem w dobrach hrabiego Marcina Zamoyskiego. Jak twierdzą rodzinne przekazy, na prośbę hrabiego uczestniczył w przygotowaniach do powstania styczniowego, przywożąc ze Szwecji broń.

Nic w historii spolonizowanej żydowskiej rodziny nie wskazywało, że Rozalia — takie naprawdę imię, zaczerpnięte z katolickiego kalendarza, nosiła Róża — będzie z pasją zwalczała niepodległościowe poglądy PPS i twierdziła, że walka o wolną Polskę jest niepotrzebna.

Te jej poglądy musiały szokować Kazimierza Luksemburga. W sporządzonej dla użytku potomnych historii rodzinnej nie znajduję o nich ani słowa, obszerny zaś fragment dotyczy nadzwyczajnych zdolności Róży Luksemburg, która w wieku ośmiu lat podziwiana przez całą rodzinę recytowała księgi „Pana Tadeusza”.

Ślady prowadzą do zielnika

W instytucie medycyny sądowej berlińskiego szpitala Charité   prawdopodobnie znaleziono ciało słynnej rewolucjonistki

W instytucie medycyny sądowej berlińskiego szpitala Charité prawdopodobnie znaleziono ciało słynnej rewolucjonistki

Róża Luksemburg naklejała znaczki na listy, posługując się zwilżoną wodą gąbką. Ten cywilizowany sposób nie znajduje uznania w oczach dr. Tsokasa, bo brak śladów śliny uniemożliwia pobranie jej DNA. Szef wydziału medycyny sądowej z Charité od kilku tygodni przeszukuje archiwa różnych krajów w poszukiwaniu przedmiotów należących do zamordowanej rewolucjonistki. Wyśledził nawet pukiel włosów, który jeden z kochanków Róży Luksemburg zabrał do Nowego Jorku.

Ale najbardziej obiecujący ślad, który może pozwolić z całą pewnością stwierdzić, czy ciało znalezione w podziemiach szpitala Charité należy do Róży Luksemburg, znajduje się w Warszawie.

Właśnie w Warszawie w Archiwum Akt Nowych spoczywa zielnik Róży Luksemburg. Nikt nie wie, w jaki sposób tam trafił. Kolekcjonowanie zasuszonych roślin było jej pasją od czasu, gdy podczas studiów z zakresu filozofii i ekonomii w Zurychu uczęszczała również na wykłady z biologii. Nawet kiedy siedziała w berlińskim więzieniu, pieczołowicie wklejała w zielnik kwiaty i rośliny dostarczane jej przez przyjaciółkę i starannie opisywała je po niemiecku i łacinie.

— To może być gorący trop — oświadczył po powrocie z Warszawy dr Tsokas, obiecując, że tego lata będą znane wyniki badań. Na razie jednak w kwestii ewentualnych śladów DNA zebranych z zielnika panuje milczenie. Tak samo zresztą jak w kwestii DNA pobranego od żyjących krewnych Róży Luksemburg.

Może się okazać, że na zielniku nie ma DNA rewolucjonistki, a materiał genetyczny pobrany od krewnych jest niewystarczający, bo przecież Luksemburg nie miała własnych dzieci.

Być może szef patologów z berlińskiego Charité w pogoni za sławą trochę się zagalopował. A może ma rację, lecz nigdy nie uda się jej udowodnić.

Pusta trumna

Żaden z artykułów czy doniesień agencyjnych, jakie ukazały się po sensacyjnym odkryciu dr. Toksasa, nie wspomina o tym, że 90 lat temu po wyłowieniu zwłok z kanału dokonano identyfikacji. Przyjaciółka Róży Luksemburg, Mathilde Jacob oraz dr Maxim Zetkin, obejrzeli policyjne zdjęcia. Zwłoki były już w stanie zaawansowanego rozkładu — znaleziono je dopiero po czterech miesiącach — ale Mathilde Jacob bez wahania poznała rękawiczki, które kupiła przyjaciółce. Rozpoznała także aksamitną suknię, w której chodziła Róża. A wreszcie, co wydawało się przesądzać sprawę, również i złoty amulet należący do zamordowanej.

Hipoteza, że ktokolwiek miałby zakładać na rozkładające się ciało nieznanej kobiety rzeczy należące do Luksemburg, wydaje się absurdalna. Czy mogło się zdarzyć, że z kanału wyłowiono zwłoki ubrane identycznie jak Róża Luksemburg? Takie prawdopodobieństwo także wydaje się znikome.

A więc czy należy przyjąć, że przyjaciele rewolucjonistki dokonali fałszywej identyfikacji? Czy dwie osoby mogłyby się pomylić, zwłaszcza że rozpoznały przedmiot nietypowy — amulet? A może ugięły się pod presją policji, która żądała, by rozpoznano zwłoki, kończąc w ten sposób całe zamieszanie wokół śmierci Luksemburg?

Protokół obdukcji zwłok, zachowany w jednym z berlińskich archiwów, jest zastanawiający. Dwóch profesorów medycyny sądowej — najwybitniejszych ówczesnych ekspertów — zaznaczyło w nim, że nie znaleźli „widocznej różnicy w długości nóg”. Trudno odebrać to inaczej jak czytelny sygnał, że ciało nie należy do kulejącej Róży Luksemburg.
Czy więc 90 lat temu pochowano urodzoną w Zamościu rewolucjonistkę czy kogoś innego? W czyim pogrzebie wziął udział Kazimierz Luksemburg?

Dowiemy się tego wkrótce lub nigdy. Jedno jest pewne — choć raczej nie wiedzą tego sympatycy lewicy, co roku składający goździki na jej grobie. Cynkowa trumna jest pusta. Ciało leżącej tam kobiety wyrzucili w latach 30. naziści.


Maja Narbutt
Współpraca Piotr Jendroszczyk
„Rzeczpospolita”

8 odpowiedzi to Jeszcze jedno życie Czerwonej Róży

  1. józef mówi:

    Zapewne “daleko pada jabłko od jabłoni” a skąd innąd sympatyczny tow./pan Kazimierz zasługuje na uwagę. Po co jednak i to w tak znacznym rozmiarze hagiografia zaciekłej komunistki, wroga wszelkiej tradycji i zagorzałej przeciwniczki wolności Polski ? Podobno Dzierżyński także cytował publicznie Słowackiego ! I co z tego ? Nieszczęściem R. Luxemburg było to, że nie przeżyła i nie objęła eksponowanego stanowiska we władzach Kraju Rad jak wielu Jej krewnych oraz znajomych. Po co ta hagiografia ? Zostawmy tę postać badaczom ruchu robotniczego i komunistycznego. Nie byłą przecież komunistyczna “Hamletką” jak niektórzy później. “I to, by było na tyle”.

  2. pšv mówi:

    Nie zgadzam się z Józefem- jest to całkiem ciekawa historia, i do tego jest częścią wielkiej Vilniany. Historia nie musi być kastrowana!

  3. Tomek z Warszawy mówi:

    Artykuł ciekawy. Czytałem już w “Rzeczpospolitej”. Warto było zamieścić, bo pokazuje jak skomplikowane bywają ludzkie losy… I jak w tej samej rodzinie mogą być prezentowane różne postawy… Podobno siostra Dzierżyńskiego (patriotka i katoliczka) uratowała po wojnie dzięku swemu pokrewieństwu wielu ludzi związanych z AK. No, bo jak tu odmówić siostrze wielkiego Feliksa. Co prawda ponoć do czasu…
    A co do Róży Luksemburg: czytałem u Kołakowskiego, że była marksistką, ale robotników nie bardzo lubiła. Natomiast wierzyła, że do nich należy przyszłość.

  4. Agatka mówi:

    A kiedy “ci” wyznawcy Marksa lubili robotników?Córunie i synalkowie żydowskich kupców,hurtowników,bankierów czy rabinów zawsze mieli ich w głębokim poważaniu.To była tylko ciemna masa,wytrych dzięki,któremu można było dorwać się do władzy!!!Dzieje I i II Solidarności,a w szczególności rola “doradców” na czele B.Geremkiem, są również ciekawym przykładem tego “lubienia”

  5. tomasz mówi:

    Wszędzie są Żydzi! To oni rządzą światem! 🙂 🙂 🙂
    Czy mogę zapisać się do Żydów?

  6. RB mówi:

    W USA mają bardzo duży wpływ na biznes i politykę. Cały świat to może przesada.

  7. wilniuk mówi:

    Co do lubienia Róży, to rzeczywiście, za co ją lubić? Ale że “Kurier Wileński” nic o tym krewnym nie wiedział, na pewno nie przysparza mu chwały dziennikarskiej.

  8. tomasz mówi:

    do RB: Zgadza się.A dlaczego?Tu uczyć się trzeba a nie pomstować.Bo w wykonaniu niektórych to wygla tak jak modlitwa Pawlaka do Boga: A na całe Kargulowe plemie i pole, spóść dobry Boże wszystkie plagi egipskie…

    do wilniuk: Co fakt to fakt. 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.