17
Helena Juchniewicz: „Wciąż chodzę do tej samej szkoły…”

Choć nie marzyła o pracy nauczyciela, bardzo ją pokochała i nigdy nie żałowała wyboru  Fot. Marian Paluszkiewicz

Choć nie marzyła o pracy nauczyciela, bardzo ją pokochała i nigdy nie żałowała wyboru tego zawodu Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy rodzice wysyłali małą Helenkę do szkoły, na myśl nikomu nie mogło przyjść, że spędzi w tych murach więcej niż 11 lat, że powróci tu już jako nauczycielka, a potem awansuje na stanowisko dyrektora. Los tak chciał, że przez całe życie jest z tą szkołą związana. Również jej zawdzięcza… męża.

— Wciąż jeszcze chodzę do tej szkoły, co dzień tą samą drogą. Nic się nie zmieniło — mówi Helena Juchniewicz, dyrektor mieszczącej się w Nowej Wilejce Szkoły Średniej im. Kraszewskiego.

28 września pani Helena obchodzi jubileusz 50-lecia. Bieżący rok jest osobiście dla pani Heleny i jej rodziny szczególnie bogaty w jubileusze. W sierpniu 80 lat ukończył jej ojciec, Stefan Błażewicz, w tym roku 50 lat ukończył mąż Adam. Również w tym roku akurat przypada 25 lat, odkąd pani Helena sprawuje funkcje administracyjne, 15 — odkąd jest dyrektorem szkoły. Jubileusz — jak mówi — to dla niej przede wszystkim wytężony, pracowity okres. Przyznaje, że za urodzinami nie przepada, ale imieniny — to dopiero! Śmieje się, że jako Helena jest w lepszej sytuacji od trochę „pokrzywdzonego” męża Adama, którego imieniny przypadają w Wigilię Bożego Narodzenia, a w jej katolickiej rodzinie te święta zawsze były na pierwszym miejscu.

Choć jest dzieckiem miasta, mówi, że wychowała ją wieś. Urodziła się w Nowej Wilejce i tu przez całe życie mieszka, ale w dzieciństwie bardzo dużo czasu spędzała w okolicach Miednik u dziadków.

— To sielankowe życie na „chutorze” mnie w znacznej mierze ukształtowało — jest przekonana.

Do szkoły miała kilka minut drogi. W latach szkolnych nawet narzekała, że jest tak blisko, bo chciała więcej czasu spędzać z koleżankami. Dziś natomiast to sobie bardzo ceni. Jak mówi, sprawując funkcje dyrektora trzeba być w szkole non stop. I w dzień, i nieraz w nocy. Przypomina sobie, że  musiała być w szkole nawet na sylwestra, bo z powodu siarczystych mrozów wynikły pewne kłopoty z kotłownią.

Jak żartuje — już sama nie wie, głównie za sprawą tej bliskości — gdzie praca, a gdzie dom…

Zawsze była odpowiedzialnym człowiekiem i pilną uczennicą. Dziś z uśmiechem przypomina sobie, jak jeszcze z wieczora potrafiła ubrać mundurek i… czekać rana, bo bała się spóźnić do szkoły! Czy od dzieciństwa marzyła o zawodzie nauczyciela? Mówi, że raczej nie, choć pedagogika pewnie była przesądzona odgórnie i ten temat ciągle się przewijał w jej rodzinie. Bo aż sześć sióstr babci po stronie ojca zajmowało się pracą oświatową! Najpierw — tu, na Wileńszczyźnie. Potem wyjechały do Konstancina-Jeziorny pod Warszawą i tam już jako członkinie Zgromadzenia Sióstr od Aniołów kontynuowały tę pracę. Wielokrotnie odwiedzały ojczyznę i tu również wiele pracowały z młodzieżą. Mama była przedszkolanką. Pracowała z dziećmi w wieku 3-6 lat. Mała Helenka temu się przyglądała, ale siebie jako nauczyciela nie widziała.

— Nie wyobrażałam siebie stojącej przed uczniami. Jeśli już pedagogika, to wyobrażałam raczej siebie jako metodyka pedagogiki. W przedszkolu było takie stanowisko. Może mnie ta nazwa pociągała… — rozważa.

Los chciał tak, że zanim ukończyła studia, najpierw zdobyła trochę doświadczenia pedagogicznego. Już jako uczennica poznała tę pracę, bo latem trochę dorabiała w przedszkolu. W szkole nie miała jeszcze wyraźnie określonych zainteresowań co do przedmiotu przyszłych studiów. Pasjonowała się językami obcymi, myślała również o studiach prawniczych. Ale w ostateczności — jak mówi — m. in. za namową nauczyciela historii, wybrała dzisiejszy Uniwersytet Pedagogiczny. Studiowała nierozerwalnie ze sobą związane przedmioty — język polski, literaturę i historię.

Choć nie marzyła o pracy pedagoga, bardzo ją pokochała i nigdy nie żałowała wyboru, choć niewątpliwie zawód nauczyciela to wcale niełatwy chleb powszedni, a odpowiedzialność wielka. O tym się przekonała już od pierwszego dnia w szkole. Jako młody specjalista, na starcie swej kariery pedagogicznej, otrzymała największą liczebnie wówczas w szkole klasę. Jak się wkrótce okazało, również — bardzo niezdyscyplinowaną. Musiała sobie poradzić i poradziła. Mówi, że pewnie dlatego, że była bardzo odważna.

Bardzo się ucieszyła, kiedy otrzymała możliwość pracy właśnie w tej placówce. Zdawała sobie jednak sprawę, że to nie tylko zaszczyt, ale również bardzo duża odpowiedzialność, bo w tej szkole zawsze stawiano bardzo wysokie wymagania wobec nauczycieli. Była już wtedy mamą niespełna rocznego synka Wojciecha. Nie zraziła się, że nie będzie mogła się skupić tylko na rodzinie i synku. Postanowiła wykorzystać szansę.

Ucieszyła się, kiedy zaproponowano jej stanowisko wicedyrektora ds. zajęć pozalekcyjnych. Czuła się w tym jak ryba w wodzie. Jak mówi, scena to jej żywioł, a z nią wówczas miała wiele do czynienia jako wicedyrektor. Dlatego nie myślała o nadgodzinach, angażowała się w pracę bez reszty. Zdolności organizacyjne i pracowitość zostały docenione i wkrótce awansowała na stanowisko dyrektora.

Otrzymała szkołę z tradycjami i dziś chętnie je pielęgnuje i tworzy nowe.

— Nasza szkoła to nie tylko placówka oświatowa, ale również ośrodek polskości w Nowej Wilejce. Staramy się angażować w nasze przedsięwzięcia również społeczność naszej dzielnicy. Nasz bal zapustowy, rozmowy sąsiedzkie cieszą się dużą popularnością.

Podkreśla, że swój sukces zawodowy zawdzięcza w dużej mierze rodzinie. Cieszy się, że syn i mąż zawsze ze zrozumieniem się odnosili do tego, że większość swego czasu poświęca szkole.

— Cudów nie ma, gdyby nie pomoc najbliższych, zapewne bym nie mogła sprawować takiej funkcji. Mąż obiecał mnie wspierać i dotrzymał słowa. Wiem, że nie było łatwo — opowiada.

Wyjazdy, szkolenia, wreszcie dodatkowe studia… Ciągle się dokształcała — ukończyła studia magisterskie na kierunku edukologii i zarządzania oświatą, w Polsce — 3-letni kurs metodyki wspierania dzieci. Jak mówi, zdobyła spore doświadczenie i chciała się przekonać, czy zmierza jako kierownik we właściwym kierunku. Potwierdziło się, że stosowany przez nią sposób zarządzania zgadza się z opracowaną teorią. A do tego przecież doszła sama poprzez praktykę. Trudności, z którymi trzeba było się zmierzyć, nigdy przecież nie brakowało.

Określa siebie jako tolerancyjnego, ale jednocześnie wymagającego kierownika.

— Może jestem zbyt tolerancyjna — zastanawia się, ale zaraz dodaje, że ma szczęście do ludzi, z którymi pracuje. Bo cóż jest ważniejsze dla nauczyciela niż zdolność wyczuwania potrzeb dziecka. A nauczyciele, z którymi współpracuje, posiadają taką zdolność.

Syn Wojciech też jest absolwentem szkoły Kraszewskiego. Ukończył kierunek handlu międzynarodowego i zarządzania na Uniwersytecie Wileńskim i obecnie realizuje się w zdobytym zawodzie.

Również męża zawdzięcza tej samej szkole. Uczyli się w jednej klasie.

— Zafascynował mnie inteligencją, wiedzą z literatury i historii. Bardzo mi imponowało, że jest oczytany. No, i potrafił mnie ze sobą ożenić! — śmieje się kokieteryjnie pani Helena.

Na pytanie: „Czy jest Pani szczęśliwą kobietą?” — odpowiada bez chwili zastanowienia: „Tak! Niczego mi nie brakuje. Mam dom, rodzina jest moją ostoją. Jestem spełnioną żoną, matką, odniosłam sukces zawodowy”. Ale to bynajmniej nie oznacza, że nie poniosła nigdy porażki. Jest przekonana, że o powodzeniu w życiu w większym stopniu decyduje stosunek do porażek i umiejętność przekształcania ich w sukcesy.

— Były łzy, niepowodzenia. Są nieodłączną częścią życia. Przyjmuję je jednak z pokorą, wiem, że trzeba to wszystko przełknąć. Są potrzebne, bo nie dają spocząć na laurach, tylko mobilizują i bardzo często pomagają znaleźć odpowiedzi na wiele pytań — dzieli się swoją filozofią życiową pani Helena.

— Moje hobby — to również praca. Może to nie brzmi atrakcyjnie, ale faktycznie praca pochłonęła całkowicie mój wolny czas — opowiada, ale po chwili dodaje, że ostatnio trochę czasu poświęca ogrodnictwu. Zaczęła się również interesować ziołami leczniczymi: „Z mężem sprawiliśmy sobie nawzajem z okazji jubileuszy prezent. Wybudowaliśmy dom letniskowy 50 km od Wilna. Mam możliwość zająć się tam ogrodem. Tam zamierzam również zorganizować imprezę jubileuszową”.

17 odpowiedzi to Helena Juchniewicz: „Wciąż chodzę do tej samej szkoły…”

  1. Reutt mówi:

    no i miło,powodzenia dla tej Pani ale ja tutaj chce popelnic mala errate-cyt.,,Potem wyjechały do Konstancina Jeziornego,, a winno byc-Konstancina Jeziornej albo nie kombinowac i zwyczajnie napisac-do Konstancina.
    To niby,z przeproszeniem -pierdola,ale konstanciniacy mogliby sie poczuc urazeni z lekka 😉

  2. hm mówi:

    Z całym szacunkiem do pani Heleny. Ale mam pytanie, czy Szkole Średniej im. Kraszewskiego nie należy się nareszcie status GIMNAZJUM? Polacy w Nowej Wilejce stanowią około 40% mieszkańców, szkoła jest jedną z najstarszych szkół w dzielnicy z bogatą historią i doświadczeniem. Rosjanie i Litwinie mają gimnazja w tej dzielnicy, a Polacy nie. I czy to nie jest w tym przypadkiem Pani wina?

  3. Reutt mówi:

    zmieniono-ciesze sie

  4. Kmicic mówi:

    Z wyrazami sympatii dla Pani Heleny,ale jednocześnie popieram pytanie z postu.2

  5. ktos mówi:

    Bez wyrazów szacunku, popieram pytaniw z postu 2.

  6. andrea mówi:

    kolejna kurierowa lurka. Czy gazzety nie stac na jakies problenmowe podejście do tematu. Czasami mi sie wydaje, że “Czerwony Sztandar” był bardziej profesjonalnie redagowany.

  7. obywatelka mówi:

    Do postu 2:
    Rosjanie nie mają gimnazja w tej dzielnicy.

  8. Ewa mówi:

    Rosjanie nie tylko nie mają gimnazjum tu, ale i od tego roku mają 10kl zamiast 12kl…

  9. obywatel mówi:

    No tak zamiast mieć pooddawali swych dzieci na wynarodowienie do litewskiego gimnazjum. A Polacy powinni mieć w tej dzielnicy gimnazjum.

  10. wanda mówi:

    obywatel:rosjanie,stanowią mniejszą grupę narodowościową,są rozproszeni,brak im kilkuwiekowych korzeni i znacznie łatwiej się wynaradawiają niż Polacy.Ale należy im się gimnazjum,a Polakom dwa gimnazja się należą.

  11. obywatel mówi:

    wanda: Rosjanie mieli w tej dzielnicy dwie średnie szkoły 25 i 51 w której rozwijali się też klasy polskie. Ale z góry było rozporządzenie 25 zamknąć i oddać pod litewską gimnazję, a z 51 polskie klasy wyprawić do Kraszewskiego, a teraz nawet z 51 chcą zrobić podstawową. Wiadomo tym Rosjanom, których jest około 30% zostaje oddawać do litewskich szkoł w Nowej Wilejce, aby ich dzieci mieli perspektywę na przyszłość – tak i jest, chociaż mogliby mieć i swoją gimnazję. Niełatwo tam uczyć się powiadają, że za trochę słabszą naukę ciągle grożą wywaleniem z gimnazjum. Szkoła Kraszewskiego znajduje się w oddali od nowej dzielnicy, ale ma wysoki poziom nauczania i zasługuje na miano gimnazjum. Wyższy status szkoły przyciągnąłby znacznie więcej uczni do tej szkoły, chociaż ona i tak pustkami nie świeci, teraz podobno ponad 700 uczni ma. W Nowej Wilejce polska szkoła początkowa Zielone Wzgórze zaczęła w tym roku całkiem nieżle funkcjonować jako polska szkoła-przedszkole. Bardzo dużo jest rodziców, którzy oddają i chcą oddać swych maluchów do tej szkoły przedszkola, bo w polsko-rosyjskim przedszkolu, które jest przepełnione – zawsze brakowało miejsc. Szkoła przedszkole Zielone Wzgórze znajduje się na początku nowej dzielnicy w Nowej Wilejce i ma na przyszłość niezłą perspektywę do rozwoju.

  12. Tomasz mówi:

    Szanowna Redakcjo, interesuje mnie postać ks. Tadeusza Makarewicza (ps. Kalina), jego działalność literacka. Czy może są jakieś publikacje na jego temat? Poza tym postać Jana Popławskiego , nauczyciela rysunków w Nowej Wilejce (1925 r.), czy może są w Wilnie jacyć regionaliści, którzy może mają stare zdjęcia z owego okresu? Proszę o pomoc. Z poważaniem: Tomasz Śmigielski

  13. Wojtek mówi:

    Droga PANI Helenko !!!!! Widze na zdjeciu ze jest Pani piekna kobieta a z tresci artykulu ze rowniez bardzo aktywna i odwazna. Gratuluje jubileuszu i zycze wesolych Swiat Bozego Narodzenia oraz szczesliwego Nowego Roku 2o10 Pani jak rowniez calej szkole i wszystkim Polakom na Litwie. Warszawa jest z WAMI.

  14. konta mówi:

    Niestety miałam nieszczęście poznać p. Helenę osobiście. Łasa na łapówki od podwładnych jej nauczycieli i rodziców.

  15. miejscowy mówi:

    Jakie gimnazjum, skoro najpierw trzeba nabic wlasna kieszen

  16. tak mówi:

    Tak, Pani Krolowa szkoly,
    absolutna wladza, objekt do podziwiania wszystkich.Oj byloby co powiedziec!

  17. Barbara Dłużewska mówi:

    Witam, chciałabym nawiązać kontakt z panem Tomaszem Śmigielskim (wypowiedź z 20 grudnia 2009 r.) w sprawie ks. Tadeusza Makarewicza, który był stryjem mego ojca. Mam dużo materiałów dot. Księdza oraz jego powojenne listy.
    Pozdrawiam.
    Barbara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.