1
Tam, gdzie Wielka Miłość się narodziła

Dla każdego chrześcijanina podróż do Ziemi Świętej jest zarówno wielkim wezwaniem, jak też wielkim błogosławieństwem. Początkowo trudno uwierzyć, że jeszcze trochę, a twoje stopy dotkną tej samej Ziemi, po której ponad 30 lat chodził nasz Zbawiciel.

Opuszczaliśmy właśnie pełen zgiełku Tel – Awiw, gdy oczy pielgrzyma z Litwy natrafiają na niezwykły krajobraz, krajobraz, który zachwyca i jednocześnie niepokoi. Potrzeba jest trochę czasu, by rozdygotane od wrażeń serce odzyskało spokój i dar słuchania.

Pomimo że Izrael nie jest dużym państwem (od Północy na Południe 470 km, a od Wschodu do Zachodu zaledwie 135 km) jest on bardzo ważnym historycznie, kulturowo i religijnie aż trzem wyznaniom: żydowskiemu, chrześcijańskiemu i muzułmańskiemu. Dlatego naturalne jest, że nawet spędzone tam 9 dni, były tylko jakby wstępem zapoznawczym, że znowu i znowu będzie się chciało tam wrócić, wrócić na Ziemię, na której urodził się Zbawiciel świata.

To był już siódmy dzień podróży. Gdy zbliżaliśmy się do autonomii Palestyny, dotąd przez cały czas towarzyszące nam słońce schowało się za ciemnymi chmurami. Samo Betlejem też nie spotkało nas zbyt gościnnie. Kiedy autobus nasz podjechał właśnie pod wysoki betonowy mur, który opasuje cały teren Palestyny, poczuliśmy się niczym przed wejściem do poprawczaka. Tu musieliśmy zostawić autobus i do Betlejem podążać pieszo i to tylko dlatego, że zarówno kierowca, jak i nasza przewodniczka byli Żydami. Dla nich na wjazd do Betlejem potrzebne było specjalne pozwolenie, którego nie mieli. Po „przekroczeniu granicy” wsiedliśmy do miejscowych mikrobusików i tutejszy przewodnik zaprowadził nas do miejscowej restauracji.

Nie była ona wprawdzie ekskluzywna, ale schludna i przestrzenna. Wkrótce przybyła jeszcze grupa z Rosji oraz Hindusi. Tradycyjnie zaserwowano szwedzki stół, gdzie za określoną sumę, był duży wybór różnego jedzenia. Ale jako że do Betlejem przyjechaliśmy nie delektować się jadłem, to bardzo szybko „wykonaliśmy to zadanie”. Tak szybko, że nawet kierowca się tego nie spodziewał i w międzyczasie zdecydował trochę zarobić „podrzucając” innych turystów na miejsce narodzin Jezusa. Musieliśmy więc na niego nieco czekać. Przewodnik kilkakrotnie nas przepraszał za owe nieporozumienie, ale na nudy nie było ani miejsca, ani czasu. Co rusz to bowiem, handlarze zachęcali do kupienia różnych pamiątek, na oko nawet ładnych, ale takich raczej jednorazowych.

Przyjechał właśnie autobusik, wsiadł miejscowy „przewodnik”. Wcześniej uprzedzono nas, że w Betlejem przewodnik będzie też osobą odpowiedzialną za nasze bezpieczeństwo. Wszystko doskonale zrozumieliśmy i udaliśmy, że przyjmujemy go za prawdziwego przewodnika i jak przystoi na turystów, zaczęliśmy wypytywać o wiele rzeczy, które były związane z tym miejscem. Nasz „przewodnik” szybko zrozumiał, że znalazł się w opałach, bo po pewnym czasie przepadł jak kamień w wodzie.

Właśnie woda. Woda, która jest tak bardzo ceniona w Izraelu. Jeden z księży powiedział: Tylko w Izraelu można zrozumieć, dlaczego niegodziwiec będzie jak trawa, która rano się zieleni, a wieczorem usycha. Nam, pielgrzymom z Litwy trudno to raczej zrozumieć, bo u nas zieleni się trawa nie dzień i nie dwa, a uschnąć może dopiero po miesiącu posuchy. W Izraelu jest zupełnie inaczej. Miejsca zamieszkania wprawdzie są obficie upiększone zielenią, ale tylko dlatego, że do każdego krzaczka, drzewka, czy łąki są doprowadzone gumowe węże zraszające glebę. W przeciwnym wypadku wszystko by bardzo szybko uschło.

Właśnie tego zielonego Izraela tak bardzo zabrakło mi w Palestynie. Betlejem wyglądało niczym opuszczone pustkowie i tylko gdzieniegdzie napotkasz biedne drzewko lub krzew. Ale i tam, w tej ubogiej krainie, staraniem braci franciszkanów, jest oaza tryskająca zielenią — miejsce, gdzie aniołowie pasterzom ogłosili Dobrą Nowinę. Gdy tu nieco pospacerowaliśmy i pomodliliśmy się w miejscu, gdzie przed ponad dwoma tysiącami lat, zastała pasterzy dobra wieść, skierowaliśmy swe kroki na drogę prowadzącą w stronę „Mlecznej Groty”. Mówi się, że w tej to grocie, gdy Maria karmiła Jezusa, kropla mleka spadła właśnie na tę skałę, która w tej chwili z czarnego głazu stała się białą. Na to miejsce z całego świata przyjeżdżają rodziny, by w gorącej modlitwie prosić Boga o potomstwo.

A oto kolejny etap naszej pielgrzymki — Bazylika Narodzenia Jezusa. Niskie drzwi wejściowe przypominają wchodzącemu o akcie pokory i uniżenia, z jakimi to człowiek powinien zbliżać się do Boga.

We wnętrz spotkały pielgrzymów w zmierzchu pogrążone sklepienia bazyliki oraz głośny gwar turystów i pielgrzymów. Pomimo zmierzchu, nie było trudno zorientować się dokąd dalej iść, ponieważ do miejsca Narodzenia prowadziła długa kolejka ludzi. Spędzone w tej kolejce minuty każdy przeżywał szczególnie i na swój, tylko jemu odpowiadający sposób. Jednym była to możliwość „zaliczenia” kolejnego obiektu wycieczkowego, a jako dowód utrwalony na zdjęciu fakt jak całuje srebrną gwiazdę, którą jest opasane miejsce Narodzenia. Dla innych była to możliwość odwiedzenia miejsca narodzonego tu Człowieka, który rzeczywiście istniał, ale w ich życiu jeszcze nie ma swego miejsca. Ale są tu i tacy, którzy przybyli wiedzeni swoją wiarą i głębokim pragnieniem chwilę tu pobyć, dotknąć miejsca, gdzie się narodził Zbawiciel przynoszący światu Dobrą Nowinę.

Po wejściu do ciasnej groty nie ma raczej czasu na zbytnie rozglądanie się, bo stojący za tobą w kolejce ludzie z niecierpliwością drepcą po piętach. „Ceremonia” jest bardzo prosta: przez jedno wejście wchodzimy, na krótko z modlitwą w sercu klękamy, całujemy miejsce Narodzin i w ten sposób oddając hołd, zaraz wychodzimy.

Tyle tysięcy przemierzonych kilometrów, tyle oczekiwania i tylko kilka minut radości bycia? Stanowczo za krótko, powiedziałbym, nie po ludzku za krótko. A przecież tak się chciało przytulić, wyciszyć się i doświadczyć tej wielkiej radości…

Z uczuciem takiego niedosytu z grupką innych księży oddzieliłem się od swojej grupy i przysiedliśmy na ławeczce przy jednej ze ścian. Zamknąłem oczy, by się skupić. Początkowo rozpraszała dobiegająca nas wrzawa turystów, trzaskanie fleszy aparatów fotograficznych, ale po chwili wszystko to było już gdzieś poza mną. Okazało się, że nawet przy panującej wrzawie można się też skupić, spotkać się z narodzonym Dzieciątkiem i tak bardzo osobiście z Nim porozmawiać. Bez pośpiechu, znów i znów w myślach powracałem do wydarzeń sprzed 2 tys. lat. Starałem się je sobie tak bardzo uzmysłowić, przytulić się do nich całym swoim sercem. A serce zalewały głęboki spokój i radość, dziękczynienie i chwała za wszystko to, co On uczynił dla ludzkości, za wszystko, co ciągle czyni dla mnie, za powołanie kapłańskie, za dar życia.

Czas nieubłaganie leciał i raptem ktoś dotknął mego ramienia i powiedział, że musimy już iść. Iść do średniowiecznej kaplicy pw. św. Katarzyny, gdzie będziemy uczestniczyć w Mszy św. Zgodnie z tradycją pielgrzymów, w każdym świętym miejscu jest sprawowana Msza św. związana z wydarzeniami, jakie tu kiedyś zaszły. Wydaje się, że wszystko w porządku, bo gdzie jak nie tu w miejscu narodzenia Chrystusa możemy świętować to Narodzenie, ofiarować Mszę św. bożonarodzeniową? Myśmy jednak mieli trochę dziwne uczucie. Była to bowiem pierwsza niedziela Adwentu. Jeszcze nigdy nie przytrafiło się powitać Adwentu Bożym Narodzeniem i Bożym Narodzeniem go zakończyć.

Po Mszy św. wyszliśmy z rozpierającą serce radością, by znów powrócić do realiów. Spotkali nas ci sami zmęczeni ludzie, czasem wydawało się, że całkiem pozbawione jakiejkolwiek nadziei ludzkie twarze.

W miejscu, gdzie narodziła się wcielona Miłość, wszystko dookoła obwieszczało ubóstwo, nienawiść, niebezpieczeństwo i beznadziejność. Miejsce, które jest wyrazem największej miłości Boga do człowieka, tym samym ludziom stało się miejscem nienawiści i zatargów miejscowej ludności.

To właśnie dlatego, nam ludziom Narodzonego Jezusa, nie powinno wystarczyć tylko swojej radości z Narodzenia. W swoich modlitwach powinniśmy stale pamiętać o Ziemi, po której chodził Zbawiciel, o tu mieszkających teraz ludziach. Powinniśmy prosić w modlitwach, by wreszcie tę radość Narodzonego, który dla nas cierpiał, umarł i Zmartwychwstał — usłyszał każdy człowiek po same krańce ziemi. Dziękuję więc Najwyższemu, że było mi dane być w miejscu, gdzie narodziła się Wielka Miłość, że było mi dane wiele przeżyć i zrozumieć.

ks. Povilas Narijauskas

Jedna odpowiedź do Tam, gdzie Wielka Miłość się narodziła

  1. Lubomir mówi:

    Chyba w Izraelu już nie jest tak żle z wodą. Od niedawna płynie ona rurami z Międzyrzecza Tygrysko-Eufrackiego. Wcześniej dowożona była cysternami m.in. z Turcji. W końcu przecież wojna iracka miała jakiś głębszy sens…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.