13
Prezydent Grybauskaitė: „…a Ušackas do dymisji!”

Vygaudas Ušackas jest trzecim ministrem z gabinetu premiera Andiusa Kubiliusa który nie potrafił współpracować z prezydent Dalią Grybauskaitė Fot: ELTA

Rozmowa premiera Andriusa Kubiliusa z prezydent Dalią Grybauskaitė nie uchroniła ministra spraw zagranicznych Vygaudasa Ušackasa przed dymisją. Prezydent w środę potwierdziła premierowi swoje stanowisko, że minister stracił jej zaufanie i musi odejść.

Premier próbował załagodzić narastający od dłuższego czasu konflikt między prezydent i ministrem — dwoma decydentami w sprawie polityki zagranicznej. Zaapelował do Ušackasa, żeby ten postarał się odbudować zaufanie głowy państwa, sugerując w taki sposób, że inaczej minister będzie musiał podać się do dymisji. Ušackas raczej nie przejął się sugestiami premiera. Oświadczył, że nie widzi podstaw do swojej dymisji i jeszcze przed popołudniowym spotkaniem prezydent z ministrem próbował przejąć inicjatywę. Przedstawił strategię polityki zagranicznej na najbliższe lata i zaproponował partiom politycznym podpisanie porozumienia w sprawie realizacji tej strategii. Była ona jednak przysłowiową łyżką po obiedzie, bo „po obiedzie” w środę prezydent Dalia Grybauskaitė oświadczyła premierowi, że jego minister spraw zagranicznych utracił jej zaufanie i musi odejść. Będzie to już trzecia dymisja w ciągu roku istnienia rządu Andriusa Kubiliusa.

Najpierw do dymisji podał się minister finansów Algirdas Šemeta, a jego miejsce zajęła pełniąca stanowisko wiceministra Ingrida Šimonytė, która jest uważana za człowieka prezydent. Šemeta wprawdzie nie stracił stanowiska z powodu swojej złej pracy, lecz na odwrót był chwalony zarówno przez premiera, jak i samą Grybauskaitė. Zaproponowała ona też jego kandydaturę na swoje miejsce w Komisji Europejskiej.

Dziś, po kompromitującym przesłuchaniu Šemety w Parlamencie Europejskim niektórzy obserwatorzy mówią, że wysłanie ministra do Brukseli rękoma premiera było sprytnym sposobem, jakim prezydent pozbyła się najbardziej zaufanego człowieka Kubiliusa w rządzie.

Później prezydent zmusiła do dymisji ministra spraw socjalnych i pracy Rimantasa Dagysa. Stanowczy ton prezydent w środowej rozmowie z premierem sugeruje, że Ušackas będzie trzecim ministrem wyeliminowanym z gry przez Dalię Grybauskaitė, która już od dłuższego czasu krytycznie wypowiadała się o pracy ministra.

Prawdziwą kością niezgody między prezydent a ministrem stała się ostatnio sprawa tajnego więzienia CIA na Litwie. Rozgłos w tej sprawie między Grybauskaitė i Ušackasem posłużył też pretekstem do żądania dymisji nieposłusznego ministra, co też prezydent uczyniła w czasie popołudniowej rozmowy specjalnie przeprowadzonej na ten temat z premierem Andriusem Kubiliusem.

Dymisji Ušackasa chce nie tylko prezydent. Przewodnicząca Sejmu Irena Degutienė oświadczyła niedawno, że byłaby również za dymisją ministra.

13 odpowiedzi to Prezydent Grybauskaitė: „…a Ušackas do dymisji!”

  1. KTO mówi:

    kto jest nominowany?

  2. Czesiek mówi:

    Vygaudas Ušackas dał się poznać polskim dziennikarzom na konferencjach jako typowy lanser opowiadający pod wpływem alkoholu na spotkaniach z dziennikarzami w Polsce o swoich szlacheckich korzeniach, czym w wprawiał obecnych na konferencji w zdumienie i zażenowanie, bo na tematy bilateralnych stosunków polsko-litewskich miał mało do powiedzenia.

  3. józef III mówi:

    Uszacki

  4. Astoria mówi:

    To jest niestety niepraktyczny ustrój, jeśli pozwala prezydentowi ingerować w sprawy rządu w tak bezpośredni i nachalny sposób – usuwać ministrów na zasadzie widzimisię. Rząd ma, lub powinien mieć, mandat niezależny od mandatu prezydenckiego. Władza w państwie powinna płynąć z jednego centrum – czy to parlamentarnego, czy prezydenckiego, wszystko jedno – byle z jednego. W przeciwnym razie pomieszanie kompetencji prezydenckich z rządowymi rodzi chaos – i nie wiadomo, kto prowadzi politykę zagraniczną, kto gospodarczą, kto w ogóle rządzi.

    Niestety większość państw poskomunistycznych (w tym Litwa, Polska, Ukraina), zamiast wybrać jednoznaczny system ustrojowy – albo prezydencki, jak w Stanach, albo parlamentarny, jak w Wielkiej Brytanii, wybrała ustrojowe potworki – pomieszanie jednego z drugim, gdzie kompetencje prezydentów i premierów zachodzą na siebie, zacierają się, gdzie prezydenci walczą z premierami – zgodnie zresztą ze źle napisanymi konstytucjami – o władzę. O władzę walczy się w wyborach, nie po nich. Po wyborach władzę trzeba kontrolować, ale nie można włazić w jej kompetencje.

    W Polsce jest z dwuwładzą istotny problem. Cóż to bowiem za dziwny kraj, który prowadzi dwie niezależne polityki zagraniczne: jedną prezydencką, a drugą rządową. Cóż to za dziwny kraj, którego prezydent może szantażować wetem programy rządu – rządu, który uzyskał w wyborach niezależny mandat do ich realizacji. W godle mamy jednogłowego orła w koronie, a w politycznej rzeczywistości nasz orzeł ma dwie ukoronowane głowy – paradoksalnie, jak carski.

    Taki system pomieszania władzy prezydenckiej z rządową najgorzej się sprawdził na Ukrainie, gdzie 5 lat Pomarańczowej Rewolucji zostało zmarnowanych na utarczki o kompetencje między prezydentem i premierem, zamiast przeznaczyć ten czas na reformy i rozwój kraju. Taki system najlepiej pasuje do autokratycznej Rosji, gdzie nie ma znaczenia, kto siedzi na stołku prezydenta, a kto premiera, bo i tak rządzi jeden car Putin.

  5. Do Astorii mówi:

    dwie uwagi na marginesie:

    1. system semiprezydencki jest najbardziej rozpowszechnionym na swiecie (a nie tylko w krajach postkomunistycznych) ustrojem. prezydencki w formie czystej wystepuje jedynie w USA.

    2. “To jest niestety niepraktyczny ustrój, jeśli pozwala prezydentowi ingerować w sprawy rządu w tak bezpośredni i nachalny sposób – usuwać ministrów na zasadzie widzimisię.”

    problem w tym, ze system litewski nie pozwala prezydentowi na taka ingerencje, ale koalicja rzadzaca chce sie przypodobac naszej pani prezydent wzorujacej sie na Putinie. poza tym Usackas jest bezpartyjny, wiec mozna go bezproblemowo poswiecic i wstawic na jego miejsce jakiegos kumpla z partyjnej ferajny.

  6. Astoria mówi:

    “Do Astorii”:

    ad 1. System semiprezydencki – jak Pan to nazywa – jest po to, bo ktoś musi dbać o ciągłość państwa między wyborami rządów. Do tego powinna się sprowadzać rola prezydenta, czy króla. Rządzi jednak rząd, a prezydent, czy król, nie powinien się mieszać do bieżącej polityki. W Wielkiej Brytanii królowa nie ma żadnego wpływu na politykę rządu, podobnie jak król w Hiszpanii, jak prezydent Niemiec, Włoch czy Izraela. We Francji te sprawy się trochę komplikują czasem, gdy dochodzi do kohabitacji. Ale zasadniczo tylko w demokracjach postkomunistycznych jest takie nieciekawe pomieszanie władzy prezydenckiej z rządową.

    ad 2. Niestety nie rozumiem Pana argumentu. System nie pozwala, ale koalicja chce się przypodobać, wzorując się na Putinie? Co to znaczy?

  7. Rolnik mówi:

    do Styczeń 21, 2010 at 08:32 –
    Masz racje, niestety

  8. macenas mówi:

    Prezydent na Litwie ma 85 % zaufania wyborcow, Rzad zas- zaledwie do 45%. Polityka zagraniczna na Litwie wedlug Konstytucji jest domena Prezydenta. Nie rozumiem tych rozwazan Astorii. Po co Prezydent gdyby on nie mogl integrowac w sprawy Rzadu. Nie rozumiem jak to idzie w Polsce. Prezydent musi byc wplywowym w panstwie.

  9. Do astorii mówi:

    1. + cala Ameryka Lacinska i wiekszosc krajow Azji, Afryki itp. System semiprezydencki jest nie po to by ” bo ktoś musi dbać o ciągłość państwa między wyborami rządów”, a raczej tworczym rozwinieciem idei checks and balances, Panu dobrze znanej z konstytucji USA, tyle ze w wiekszosci wymienionych krajow z uwagi na historii dazano do oslabienia pozycji ustrojowej prezydenta (z obawy przed powrotem do autorytaryzmu).

    2. mecenas juz to wyjasnil. dodam jedynie – prezydent pochodzi z tego samego obozu co i koalicja rzadzaca, wiec tak na prawde jest to jedynie symulacja aktywnosci na potrzeby pospolstwa. a cel jest jeden – obsadzenie konserwatystami wszystkich wazniejszych stanowisk w panstwie. z Putinem nasza pania prezydent laczy retoryka.

  10. krzysztof mówi:

    Drogi Panie Astorio ! Czy w USA prezydent nie może “szantażować vetem” ustaw parlamentarnych ? Przecież instytucja zawieszającego veta prezydenckiego w Polsce wzorowana jest na amerykańskim prawie konstytucyjnym. W Polsce prezydent nie wetuje żadnych “programów rządowych”, a jedynie ustawy uchwalone przez parlament. Tak jak w USA veto może zostać w Polsce obalone. Wystarczy zebranie większości 2/3 posłów. To nie jest dużo, skoro rząd, aby mógł normalnie funkcjonować, musi mieć poparcie 50 procent plus jeden głos w sejmie.

  11. Astoria mówi:

    Krzysztof:

    Analogia z USA nie jest dobra. Klasyczny system “checks and balances” (USA) opiera się na trójpodziale, na wzajemnym kontrolowaniu się władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. W Polsce, na Litwie, na Ukrainie, w Rosji wprowadzono dodatkowy “check” – wewnątrz władzy wykonawczej: prezydent kontroluje premiera i odwrotnie. W rezultacie mamy do czynienia z czteropodziałem władzy: prezydent, premier (rząd), parlament, sądy. Taki system kontroluje przesadnie – spowalnia lub wręcz uniemożliwia legislację i koherentne rządzenie. Najgorszym tego przykładem jest Ukraina, gdzie nie wiadomo, kto rządzi, bo rządzi i prezydent, i premier, każdy na swój sposób, z wykluczeniem drugiego, zgodnie zresztą ze złą konstytucją. Polska też z powodu takiego systemu ucierpiała przy Tusku i Kaczyńskim, nie mogąc przeprowadzić koniecznych reform – do czego rząd Tuska uzyskał mandat, ale prezydent zapowiedział ich wetowanie, a premier się tego przestraszył.

    Powodem wprowadzenia takiego systemu dwuwładzy wykonawczej w krajach postkomunistycznych był, oczywiście, pototalitarny lęk przed skupieniem zbyt silnej władzy w jednych rękach. Ale taki system wcale temu nie przeciwdziała, czego chorym przykładem jest Rosja, gdzie nie ma znaczenia, czy Putin jest prezydentem, czy premierem, bo i tak on “osobiście” rządzi. Nie miał też znaczenia w demokratycznej Polsce, gdy premierem i prezydentem byli bracia bliźniacy, po których trudno było oczekiwać, że będą względem siebie stosować zasadę “checks and balances”.

    System taki z pozoru najefektywniej działa, gdy zdarza się tak, że prezydent i premier należą albo do jednej partii i mogą się dogadać po linii partyjnej, jak teraz na Litwie, albo są kolegami z jednej mafii – Putin z Miedwiediewem, albo bliźniakami, których skrzyczałaby mama, gdyby się pokłócili.

    A gdy zdarzy się tak, że prezydent i premier są z różnych partii, a przy tym jeszcze się nie lubią, to mamy do czynienia z katastrofą rządzenia – z dwiema niezależnymi politykami zagranicznymi, z żadną polityką gospodarczą, z armią, którą – jak w Polsce – ma zbroić i której doktrynę ustalać premier, ale której kadry powołuje prezydent, którą do wojny ma przygotowywać premier, ale którą w czasie wojny ma dowodzić prezydent. Słowem, paranoja.

    Mecenas:

    “Po co Prezydent gdyby on nie mogł integrowac w sprawy Rzadu”.

    A po co rząd, jeśli prezydent może ingerować w sprawy rządu kiedy chce i z jakiegokolwiek powodu? Po co wybory parlamentarne dla wyłonienia rządu, jeśli szarą eminencją stojącą za rządem, jego składem, jego działaniami, będzie i tak prezydent?

    “do Astorii”:

    “System semiprezydencki jest nie po to by ” bo ktoś musi dbać o ciągłość państwa między wyborami rządów…”

    Oczywiście, że jest m.in. właśnie po to. W systemie prezydenckim (USA) nie ma żadnego problemu z kontynuowaniem władzy wykonawczej od wyborów do wyborów. Jeden prezydent ustępuje, drugi przejmuje po nim władzę. W takim systemie nie ma potrzeby zwierzchnika, arbitra, nad ciągłością władzy wykonawczej. Natomiast w systemie parlamentarnym są kłopoty z kontynuowaniem władzy – może wygrać partia, ale z mandatem za niskim do efektywnego rządzenia; partie przegrane mogą utworzyć zdolną do rządzenia koalicję; funkcjonującemu rządowi parlament może odebrać władzę w każdej chwili. Nad tym wszystkim ktoś musi czuwać, wyższy arbiter, i tym kimś jest prezydent, albo król.

    Moim zdaniem, niezależny parlament i niezależne sądy są wystarczające do kontrolowania władzy wykonawczej. Ta władza powinna być skupiona, a nie rozmyta, o jednoznacznie określonych kompetencjach, a nie walcząca o nie w trakcie rządzenia. Polityka zagraniczna i obronna powinna płynąć z jednego źródła wykonawczego. O ty, kto prowadzi politykę gospodarczą powinien decydować wyłącznie mandat tych, którzy są powołani do jej prowadzenia. Słowem, albo mocny prezydent w systemie bez premiera, albo mocny premier z prezydentem o bardzo ograniczonej władzy wykonawczej.

    Niedawno w Polsce zmianę konstytucji i ograniczenie władzy wykonawczej prezydenta zaproponował Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski. Nieoficjalnie, przedkładając propozycje politykom. Tusk i PO przyjęło to przychylnie, Kaczyński nie. Myślę, że jeśli PO uda się przejąć prezydenturę i rząd jednocześnie, konstytucja zostanie szybko zmieniona, rola prezydenta ograniczona do symbolu państwa, dbania o ciągłość rządzenia i do funkcji reprezentacyjnych. Daj Boże. A gdy to się stanie, pójdzie za tym przykładem Ukraina. I być może też Litwa.

  12. Astoria mówi:

    PS. Tu artykuł w bieżącej “Rzepie” o jednym ze skutków dwuwładzy w Polsce, konkretnie – o Kancelarii Prezydenta, zwanej też “drugim rządem” lub “dobrym wujkiem”, która nie posiada żadnych uprawnień konstytucyjnych do rządzenia, ale udaje rząd alternatywny, istnieje tylko po to, żeby rządowi przeszkadzać:

    http://www.rp.pl/artykul/422667_Orzechowski__Nie_potrzebujemy_drugiego_rzadu.html

  13. krzysztof mówi:

    Panie Astoria : USA oparły system konstytucyjny na Monteskiuszu, ale Monteskiusz pisał swoje dzieła w pierwszej polowie XVIII wieku, czyli 300 lat temu. Od tego czasu świat się nieco zmienił. Wcale nie jestem przekonany, czy najlepszym rozwiązaniem jest skupienie tak dużej wladzy w rękach jednego człowieka, jak ma to miejsce w USA. Przecież prezydent USA faktycznie zastąpił monteskiuszowego monarchę, tyle, że jest on monarchą elekcyjnym.
    Niemniej, instytucję veta przydenckiego uważam za rozwiązanie ze wszech miar słuszne. Chodzi tutaj o to, aby nieznaczna większość nie narzucała swoich rozwiązań prawnych znacznej mniejszości. Istotne dla społeczeństwa rozwiązania prawne powinny być przegłosowane wyraźną większością ( powtórzę, że 60 procent, to nie jest aż tak dużo, ale stanowi już pewną gwarancję).
    Wszystkie uwagi na temat dwóch polityk zagranicznych czy gospodarczych w Polsce wiążą się właśnie z realizacją wyżej wskazanej przeze mnie zasady. Są jej pochodną. W praktyce zresztą wiele razy veto prezydenckie było w tej kadencji sejmu odrzucane, gdyż częstokroć Tuska wspomagała lewica. Oczywiście wtedy, gdy miała podobne pogląd. Ostatni przykład to ustawa o rozdzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości oraz prokuratora generalnego (veto odrzucone m.in. głosami lewicy).
    Reasumując, władza nie ma lekko. Jeśli ktoś przymierza się do rządzenia krajem, musi zapewnić sobie poparcie większości społeczeństwa, większości chociażby 60 procentowej. W demokracji mniejszość też ma swoje prawa.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.