3
Kołchida — kraina mitów i rzeczywistości. Ze szlaku Włóczęgów Wileńskich w Gruzji (9)

Rzeźba Medei na wysokim cokole z podniesionym w ręku Złotym Runem zdobi zadbaną dzielnicę Batumi w pobliżu plaży Fot. Waldemar Szełkowski

W Europie Kołchidę znają od paru tysięcy lat dzięki Jazonowi i Argonautom, którzy przybyli na wybrzeże obecnej Gruzji po Złote Runo.

Argonauci co prawda nie byli mile widzianymi gośćmi, gdyż król Kołchidy Ajetes nie zamierzał oddać runa. Wyznaczył zatem Jazonowi śmiertelnie niebezpieczne zadania. Zbawieniem okazała się miłość czarnookiej Medei, powiedzmy protoplastki Gruzinów, która czarami pomogła wybrnąć z sytuacji i razem z Jazonem oraz runem opuściła rodzinny kraj.

Rzeźba Medei na wysokim cokole z podniesionym w ręku Złotym Runem zdobi zadbaną dzielnicę Batumi w pobliżu plaży. W cokole widać także wizerunek statku Argonautów, a dookoła rzesze urlopowiczów, szum fal, słońce i powiew bryzy — jednym słowem, kurort.

Jeżeli większość miast i miasteczek Gruzji pozostaje jeszcze w latach 1990., w Batumi natomiast widać duże inwestycje. W centrum miasta przeplatają się dawny sposób na życie i współczesny stosunek do biznesu. Dużo jeszcze tradycyjnych parterowych domków, są też posowieckie bloki, a między nimi strzelają w górę nowoczesne wieżowce.

Adżarię, część dawnego królestwa Kołchidy, mniej dotknęły kryzysy polityczny i ekonomiczny, które na Kaukazie idą przeważnie w parze. Dzięki autorytetowi lokalnego przywódcy Asłana Abaszydze Adżaria uniknęła wojny domowej z lat 1991-93. Aparatczyk o arystokratycznym pochodzeniu z książęcego rodu, który od wieków władał tym regionem, potrafił komunizm zastąpić autorytaryzmem, za co został przezwany „czerwonym sułtanem”. Jednakże Abaszydze utrzymywał stosunki ze światem przestępczym i nie ukrywał dążeń separatystycznych. Przed sześciu laty ultimatum Saakaszwilego postawiło go przed wyborem: wojny bądź opuszczenia kraju. Zbyt małe poparcie ludności zmusiło go do ustąpienia i ucieczki do Rosji.

Ten najbardziej prosperujący region Gruzji wyodrębnia się spośród innych nie tylko w aspekcie ekonomicznym, ale też klimatycznym — duża, wręcz tropikalna, wilgotność powietrza i upały latem mogą skutecznie uprzykrzyć tam pobyt.

Adżaria posiada autonomię oraz własną flagę Fot. Waldemar Szełkowski

Specyficzną Adżaria jest również pod względem etnicznym i religijnym, co zostało uwarunkowane historycznie. W średniowieczu na 200 lat opanowali ją Arabowie. W XVII-XIX stuleciach ponownie władali tam wyznawcy Allacha — należała do Ottomańskiej Turcji, co poskutkowało masowym przechodzeniem lokalnej ludności na islam. Dzisiaj muzułmańscy mieszkańcy tej autonomicznej republiki stanowią ok. 30 % i swoją odrębność podkreślają nazywając siebie Adżarami, chociaż w istocie różnią się tylko odmiennością wiary, ponieważ kultywują gruzińskie tradycje i obyczaje oraz posługują się lokalnym dialektem języka gruzińskiego.

Swoistość regionu ukazała się więc widokiem meczetów i minaretów oraz podczas przypadkowo obserwowanych juwenaliów. Spośród bawiącej się na wybrzeżu młodzieży wyróżniały się elegancko wystrojone studentki, jednakże ze szczelnie okrytymi chustami głowami i szyjami.

Batumi, stolica Adżarii, urocze jest zwłaszcza wieczorem, doskonale i barwnie podświetlone. Najbardziej urlopowiczów przyciąga pięciokilometrowa ciągnąca się wzdłuż wybrzeża promenada. Kawiarenki, muzyka i — godne zazdrości — „tańczące fontanny”. Nowoczesny sprzęt i żadnych biletów! Coś podobnego oglądałem w Pradze za sporą opłatą. W Wilnie też rozważano projekt podobnej atrakcji nad Wilią. Smutne, ale nasza władza wolała 3 mln „zainwestować” w fajerwerki.

Magnetyczne piaski plaży w Ureki są zdrowotne, ale plażowicz komicznie wygląda po wylęgiwaniu się w czarnym piasku Fot. Waldemar Szełkowski

Na wybrzeżu turysta nie jest rarytasem. Chociaż wojna wystraszyła większość gości z Europy, ale Ormianie nie zrezygnowali z corocznego urlopu nad ciepłym morzem. Jedyną niedogodnością są kamieniste plaże. Wyjątek stanowią magnetyczne piaski plaży w Ureki. Są zdrowotne, ale plażowicz komicznie wygląda po wylęgiwaniu się w czarnym piasku.

Sąsiednie położone na wybrzeżu miasta zapisały się w historii jako dawne kolonie greckie bądź rzymskie. Najlepszym przykładem jest z I w. rzymsko-bizantyjska twierdza Gonio. Warownię zbudowano na planie prostokąta, zaś jej mury wzmacnia 18 baszt. Twierdza Gonio pełniła swoją militarną rolę aż do czasów nowożytnych służąc kolejno Gruzinom, Turkom i Rosjanom. Przydała się również w ubiegłym stuleciu. Trafiła w posiadanie jednego z kołchozów, więc pięciohektarowy teren twierdzy wykorzystano do uprawy kiwi, pomarańcz i innych cytrusowych. Obecnie zaliczają ją nie tylko turyści, ale też udają się tam na sesje zdjęciowe nowożeńcy, podobnie jak w podwileńskich Trokach.

Zależało mi na zwiedzeniu portowego miasta Poti, które podczas ostatniej tam wojny zdobyli Rosjanie. W dokumencie dotyczącym zniszczeń ekologicznych dokonanych przez wojska rosyjskie, poinformowano, że w porcie Poti zatopiono 5 okrętów marynarki gruzińskiej i trzy statki straży ochrony wybrzeża. Jednakże, podobnie jak w Gori, na ślady zniszczeń już nie trafiliśmy. Usłyszałem natomiast kilkakrotnie potwierdzoną historię o rosyjskim oficerze, który kierował desantem zdobywając miasto. Nie podporządkował się rozkazom intensywnego ostrzeliwania miasta, gdyż tam się urodził i chodził do szkoły. W ten sposób Poti uniknęło większych ofiar i zniszczeń, a oficer za niesubordynację został ukarany dymisją, według innych źródeł — nawet więzieniem.

Dużo jeszcze tradycyjnych parterowych domków, a między nimi strzelają w górę nowoczesne wieżowce Fot. Waldemar Szełkowski

Znudzony morzem zachęciłem kilku przyjaciół na awanturniczy wypad wgłąb Adżarii, gdyż ducha regionu najlepiej się odczuwa na prowincji. Wybór padł na okolice miasteczka Keda, wokół którego na mapie oznakowane były 4 zamki. Atmosfera w miasteczku okazała się całkowicie odwrotną w stosunku do wybrzeża. Ruch tylko na przelotowej szosie, w centrum kilka większych gmachów — urzędy, policja i muzeum, a dalej parterowe tradycyjne domki, łąki, pola i góry, góry, góry.

Zagadnęliśmy jedną, drugą, trzecią osobę i w końcu trafiliśmy na znającego rosyjski dziadka, który wskazał kierunek wsi i zamka Zesopelli. Kiedy już byliśmy u podnóża wsi, okazało się, że o zamku nikt tam nie słyszał. Wróciliśmy do Kedy. Kolejni rozmówcy także podawali sprzeczną informację. Ostatecznie dyrektor muzeum potwierdził istnienie zamku, ale odczuło się, że sam tam nigdy nie był. Zastrzegł jeszcze, że nie zdążymy na ostatni autobus do Batumi.
Pomoc za niedużą opłatą zaoferował właściciel poturbowanej życiem Niwy z grupki miejscowych chłopów bezczynnie stojących nieopodal muzeum. Do auta wsiedliśmy we trójkę, gdyż jeden z naszej grupki wolał powrót do Batumi. Jego osobę kierowca zastąpił dwoma swymi kumplami, prosząc o podwiezienie w kierunku ich wsi.

Niwa ryczała i sapała rwąc w górę, kierowca co rusz przerzucał biegi, coś jeszcze omawiając z kompanami. Wyżej w górach, na odludziu, poczułem atmosferę awanturniczej przygody z nieznanym zakończeniem. Jedziemy w kierunku nam nieznanym, z nieznanymi ludźmi, którzy mówią coś w języku nam całkowicie niezrozumiałym. Spojrzałem na siedzących w tyle przyjaciół. Stary wyga Romek, z którym niejednokrotnie trafialiśmy w podobne sytuacje, po prostu usnął, kiwając głową w takt podrzucanego na wyboistej drodze samochodu. Natomiast w oczach Antoniego ujrzałem niepewność, która się powiększała w miarę oddalania się od głównej drogi.

Nieoczekiwanie przystanęliśmy. Zapewne przedziurawiona opona była całkowicie pusta. Gruzini poskrobali się w głowy. — Ech, jedziemy dalej — rzekł kierowca. Coraz gorszą drogą odjechaliśmy jeszcze kilka kilometrów i kolejna ocena stanu koła: felga dosłownie przeżuła oponę przekrzywiając i zniekształcając ją. Większe zakłopotanie ukazało się na twarzach współtowarzyszy, ale nie zrezygnowali z obietnicy. Dopiero po następnych paru kilometrach kierowca przeprosił, tłumacząc się, że obok we wsi pomogą mu naprawić, a jego koleś odprowadził nas do miejscowego chłopczyka, który intensywnie gestykulując wytłumaczył, gdzie jest zamek. Dalej musieliśmy już iść sami, ostro w górę i na czworakach.

Wkrótce przekonaliśmy się, co to jest gruzińskie „dwa kilometry” i Antoni zrezygnował z dalszego marszu. Parliśmy jeszcze w górę zagrzani poszukiwaniem mitycznego zamku. Ścieżka gubiła się we mgle i krzakach, ale całkowicie zniknęła przed skałą. Mgła nie pozwalała ani odnaleźć ścieżki, ani ujrzeć, czy coś jest wyżej. Postanowiliśmy, że niemający odpowiedniego obuwia Romek zaczeka, a ja spróbuję wspiąć się w górę.

Po pewnym czasie trafiłem na grotę z wymoszczonym posłaniem, akurat odpowiednią na kryjówkę miejscowego Janosika. Wspinając się wyżej ciągle byłem otoczony mgłą. Dopiero mocniejszy powiew wiatru i… ujrzałem przed sobą dzwon umieszczony na drewnianym rusztowaniu. Osłupiałem, tego doprawdy nie oczekiwałem.
Robiąc zdjęcia usłyszałem syczenie. Tuż przede mną, gdzie niedługo miałem postawić nogę, przekładając kręgi wiła się pręgowata żmija. Zgrubienie na jej ciele wskazywało, że zażywała poobiedniej sjesty. W odrętwieniu patrzyłem, jak potrząsa rozdwojonym języczkiem groźnie posykując. Przypomniał mi się wówczas znany z dzieciństwa znaczek pocztowy z serii jadowitych węży i nazwa podobnej do tej, co była przede mną — giurza.

Znudzona moją biernością żmija odpełzła w stronę, a ja w końcu znalazłem się na szczycie przed niedużą, ułożoną z kamieni kapliczką. Po zamku ani śladu. Zapewne jakiś archeolog, opierając się na wykopaliskach, zaznaczył go na mapie, chociaż dzisiaj zamek Zesopelli należy bardziej do krainy mitów niż rzeczywistości.

Opuszczając Adżarię zakończyliśmy podróż po Gruzji. Wspaniała jest jej oryginalna kultura i tradycja, też kuchnia. Chodzi mi nie tyle o oryginalność dań, a o zdrowe żywienie. Niskie zarobki mieszkańców powodują ograniczenie importu towarów z Zachodu, zwłaszcza żywnościowych. Supermarkety nie cieszą się popytem i liczba ich jest znikoma. Decydująca większość zaopatruje się z własnego ogródka lub na bazarze — tanio i, jak się przekonaliśmy, zdrowo.

Największe wrażenie pozostawił stosunek do gości. Opuszczając Batumi objuczeni plecakami kierowaliśmy się na dworzec kolejowy. Kierowca zatrzymanej „marszrutki” coś rzekł do swych pasażerów i tamci rozpoczęli wysiadać z uśmiechem na twarzach zapraszając nas do środka. Woleli zaczekać następnej, gdyż gość może się śpieszyć.

Gość w Gruzji jest szanowany i oczekiwany. Zwłaszcza teraz, od kiedy wielu, pamiętając niedawną wojnę, omija ten kraj. Komercja nie opanowała jeszcze turystyki, więc najbliższe kilka lat mogą okazać się najlepsze do podróży po Gruzji.

3 odpowiedzi to Kołchida — kraina mitów i rzeczywistości. Ze szlaku Włóczęgów Wileńskich w Gruzji (9)

  1. dobrze mówi:

    dobra relacja

  2. józef III mówi:

    Kolchida

  3. temida mówi:

    Z przyjemnością czytam artykuły o Gruzji w każdym sobotnim wydaniu gazety, a dziś postanowiłam wejść na stronę internetową po prostu aby pochwalić p. Waldemara za chęć pisania i dobre pióro. To dobrze kiedy chęci i możliwości idą w parze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.