16
Hortensji i Mieczysława diamentowe gody

image-10184

„Tacy byliśmy przed 60 laty, tacy jesteśmy dziś” — mówią Hortensja i Mieczysław Łapinowie Fot. Marian Paluszkiewicz

Czy można przeżyć ze sobą 60 lat w miłości? To się zdarza szczęściarzom… Do takich należą Hortensja i Mieczysław Łapinowie ze wsi Giedrojciszki w rejonie wileńskim, którzy 14 lutego br. staną przed ołtarzem parafialnego kościoła pw. św. Józefa w Korwiu, by tak, jak przed 60 laty ślubować sobie wierność i miłość. Na dalsze lata.

To nic, że włos przyprószyła siwizna i zmarszczki ich twarze ubarwiły — ale nie zmieniło to bicia ich serc, które po tylu latach wspólnie przeżytych już jednym — wyważonym, wypróbowanym trudnościami życiowym — rytmem biją.

Wieś Giedrojciszki dla Mieczysława — rodzinna. Z dziada pradziada. Jak sam mówi, trudno dociec, który to Łapin na tych ziemiach pierwszy się osiedlił, ale jedno jest jasne, że nigdy żaden z nich nie próbował szukać szczęścia dalej, czy lepiej.

„Bo i gdzie lepiej być może, niż u nas — mówi pan Mieczysław. — Strony piękne, jezioro niedaleko, wszędzie swoboda, nie tak jak w mieście! Pojechaliśmy do miasta z zięciem, zatrzymał samochód i mówi: „Niech tato ostrożnie drzwiczki otwiera, by inne samochody nie podrapać”. Takie to tam życie, nawet z samochodu po ludzku człowiek wyjść nie może — ze śmiechem mówi gospodarz.

Mieczysław Łapin znany jest na całą okolicę z wesołego usposobienia. Każdy bliższy i nawet dalszy sąsiad doskonale wie, że jeżeli na jakimś przyjęciu będzie Łapin — to przyjęcie będzie udane.

Co bynajmniej nie oznacza, że całe jego życie ubarwione było jedynie radością, przecież dzieciństwo, młodość przypadły na lata przedwojenne, potem — wojny, no i nie mniej łatwy okres powojenny.

W rodzinie było pięcioro dzieci, nie przelewało się, ale i głodu nie zaznali, pracować przyzwyczajeni byli od dzieciństwa. W czasie wojny groziła mu wywózka na roboty do Niemiec, ale uratował pan Rymszewicz, w majątku którego Mieczysław dostał pracę.

A po wojnie, kiedy zaczęła się kolektywizacja, kilka lat brygadzistą był, miał siedem klas ukończonych, co na owe czasy dla wsi było już wykształceniem.

— Ale to było nie dla mnie — poganiać ludzi. Wszystko przecież zostało rozwalone, wolałem jako „wolny najmita” na roli pracować. A poza tym dorabiałem jako szewc — przypomina Mieczysław. I dalej kontynuuje: „Umiałem zrobić każdy but męski — ten tak nazywany „kierzowy” i elegancki „na sztywniakach”. Takie moje buty „wyjściowe” ludzie nosili przez dziesiątki lat, zresztą w tych czasach ludzie cenili obuwie i odzież, ponieważ do wszystkiego z trudem się dorabiali. Teraz to góry tego paskudztwa z Chin leżą — niby to błyszczy, ale i w ręku się rozłazi”.

A skromnie i cichutko siedząca obok żona Hortensja, kiedy zachodzi mowa o butach, dodaje: „Dla mnie to nawet „zakopianki” (od red:.wojłoki skórą obszyte według motywów zakopiańskich) zrobił, tak ładne, że wszyscy patrzyli z podziwem”. Ale to było już w małżeństwie.

Kiedy Mieczysław wypatrzył Hortensję?

— Sam nie wiem, czy wypatrzyłem, czy mnie tym pięknym głosem tak zauroczyła na lat już sześćdziesiąt, że obok siebie tylko ją widzę — znów żartuje gospodarz.  — W kościele na chórze ją usłyszałam, bo tam przecież całe życie po dziś dzień śpiewa.

Jak później się dowiem, Hortensja zaczęła w chórze kościelnym śpiewać, kiedy miała lat 14. Teraz razem z nią śpiewem Boga chwali także jej najmłodsza córka Anna.

No, ale wróćmy do okresu zaręczynowego. Nie byli sobie obcy, wszak Piotrowszczyzna, wieś, z której pochodzi Hortensja, leży o jakieś cztery kilometry od Giedrojciszek. To jak mieli się nie znać. W kościele się widzieli, na zabawach spotykali. A kiedy wydorośleli (ona miała 23 lata, on o dwa lata więcej) i dobrze się sobie przypatrzyli, pewnej niedzieli parafianie usłyszeli zapowiedź, że 12 lutego roku 1950 odbędzie się ślub panny Hortensji ze wsi Piotrowszczyzna i kawalera Mieczysława z Giedrojciszek.

— Pogoda w dniu weselnym była paskudna. Plucha, dobrze, że droga jeszcze była sanna, bo przecież końmi do ślubu jechaliśmy — opowiada Mieczysław.

Ale bynajmniej nie zepsuło to nastroju weselników — swatów, drużby, no i samego młodego, który przed ołtarzem z tak śliczną dziewczyną stawał. Obecna przy rozmowie córka Anna wtrąca żartobliwie: „Mama miała ogromne powodzenie, ale wybrała ojca z powodu bardzo ładnego białego konia”.

Oboje się uśmiechają, bo w tym dowcipie córki, który po ojcu odziedziczyła, jest też sporo prawdy. Bo Mieczysław na owe czasy był chłopak zamożny, pracowity, no i prawda, że miał najładniejszego bodajże we wsi konia, a potem jako pierwszy kupił rower.

Tym to białym rumakiem do ślubu jechali. Wesele, jak i przystało, było na dwie strony — najpierw w rodzinie Hortensji, potem u Mieczysława.

Potem rozpoczęło się codzienne życie. Z jego radościami i kłopotami.

A jak już o radościach — to największe związane były oczywiście z powiększaniem rodziny.

Zbigniew urodził się w roku 1951. Rok później Mieczysław. Dwa lata potem Eugeniusz, przez wszystkich pieszczotliwie Gieniusiem zwany. W 1957 — Teresa, a po latach piętnastu — „podskrobek” Anna, z której rodziną rodzice mieszkają obecnie.

Ale wróćmy do okresu wesela. Po nim to młodzi zamieszkali najpierw z rodzicami Mieczysława, po latach zaczęli budować swój dom — na kolonii. Ten, w którym mieszkają po dziś dzień. Dom ten, jak też całe obejście bardzo dodatnio wyróżnia się wśród innych — odnowiony, zadbany. Nieopodal widnieje wykopany staw, ulubione miejsce odpoczynku całej rodziny, która zbiera się latem na szaszłyki.

— To już zasługa naszych dzieci — Anny i zięcia Mariana, którzy z nami mieszkają i tak to nam unowocześnili, że lepiej być nie może! — mówią rodzice.

— No pewnie, jak by tato w mieście bez tych swoich parsiuczków żył — dowcipkuje Anna.

A jak za chwilę się dowiemy, nie jest to dowcip, a szczera prawda, gdyż Mieczysław bez gospodarki żyć nie może.

— Jak to na wsi żyć i nie mieć ani kur, ani świń? Co to za życie! Ziemi już, niestety, nie ma komu uprawiać… Młodzi mają inne, czystsze prace, a nam już dziewiąte dziesięciolecie zaczęło czas odmierzać… — dodaje gospodarz.

A jak za chwilę się dowiemy, po dziś dzień Mieczysław ma codzienną „robotę”. „Kurier” codziennie przeczyta, (jest naszym czytelnikiem od pierwszego numeru „czerwonosztandarowskiego”) aż po dzień dzisiejszy.

A jak ma wolną chwilę — to kosze wyplata, trzonki do kos, motyk, siekier wyrabia.

— I gdzie to pan sprzedaje, widocznie na Kaziuku w Wilnie?

— W Wilnie? O nie! Nie lubię tego miastowego kaziuka. Raz jeden pojechałem, zawiozłem tam wyplatane przez siebie koszyki, jak też trzonki. Patrzę — ludzie chodzą, oglądają, nic nie rozumieją — do czego ten czy inny przedmiot potrzebny. Trzonek dla nich musi być jak kawałek idealnie obrobionego drewna. A przecież tu każdy sęk jest ważny. Tu nie trzeba dokładnie polerować, bo ręka będzie ślizgać ślizgać się i ciężko przyjdzie pracować — mówi Mieczysław. I zaraz dodaje:

— O, co innego w Niemenczynie! Tam zbierają się sami wioskowi, oni wiedzą, czego szukają, a i ja czasami się czegoś nowego dowiem. Zresztą, nagadamy się ze znajomymi na tym naszym „zjeździe wieśniaczym”!

Pani Hortensja na Kaziuka z mężem nie jeździ. Ale nie ogranicza się jedynie siedzeniem w domu i w wolnym czasie robieniem na drutach. Ma inne zajęcie — śpiewa na pogrzebach. Ludzie przyjeżdżają z różnych stron, nie tylko z ich okolic, ale też rejonów trockiego, solecznickiego — proszą, by nie odmówiła tej usługi.

— Jak tylko zdrowie pozwala, zawsze staram się, by rodzinie zmarłego nie odmówić, bo modły przy trumnie — to rzecz święta. A wiem, że śpiewacy pogrzebowi — to raczej już ludzie starzy. Co prawda, jak pogrzeb jest w naszej okolicy, to pomaga nam moja Ania — mówi Hortensja. A po chwili dodaje:

— Nigdy nie biorę za to opłaty. Owszem, jeżeli ludzie w jakikolwiek sposób chcą się odwdzięczyć — to ich grzeczność. Ale uważam, że jeżeli Pan Bóg mi dar w postaci głosu dał — powinnam Mu dziękować za to przez oddanie takiej ostatniej posługi dla zmarłego.

W tym miejscu pytam gospodarza: „A pan nie śpiewa?”.

— O nie, jaki tam ze mnie śpiewak! Może po kieliszku i zaśpiewałbym, ale ani do kościoła, ani na pogrzeb nie pójdziesz, jeżeli kieliszek wypijesz — żartuje. I dodaje: „Ale konkurencję dla żony robię, bo na pogrzeby, jak też weselsze chwile ludzie mnie zapraszają. Bo wiedzą, że mnie Pan Bóg wygadaniem obdarzył. Czyli, jestem od mówienia, a nie śpiewania.

— Pewnie, że lepiej, jak na wesołych balach człowiek bywa — to wtedy i myśli wesołe lecą, i kawały, i dowcipy. Ale życie to tak jak pogoda — raz słońce, innym razem czarna chmura — mówi Mieczysław.

A dowcipy to mu lecą jak z płatka, bo kiedy pytam o receptę na długie ich małżeństwo, odpowiada żartem: „Ano z tym to prosta sprawa: trochę tej młodości straciłem z tą swoją kobietą… Ale ile zyskałem! Tyle lat w zgodzie przeżyliśmy. A to dlatego, że trafiłem na mądrą kobietę. Bo to przecież każdy wie, że lepiej z mądrym stracić, niż z głupim znaleźć”.

— Wesołe miała pani życie z takim mężem? — zwracam się do Hortensji.

Ona skromnie się uśmiecha i mówi: „Dowcipnym i dobrym”. I to tyle.

A jak nam podpowie Anna: „Ojciec całe życie bardzo mamę szanował, nie dał się przepracować, jak np. z udoju krów wracała, spotykał prawie zawsze, by wiadro pomóc nieść”.

60 lat wspólnie przez życie idą. Nie zawsze równą drogą, bo przecież na każdej, nawet najgładszej, zdarzają się przeszkody. Oni umieli i umieją je pokonywać. Zdobywając ogromne bogactwo: pięcioro dzieci, dwóch zięciów, trzy synowe, dziesięcioro wnuków i sześcioro prawnuków.

To oni, młodzi, byli inicjatorami, a najbardziej rodzina Anny, by ten dzień szczególny — diamentowych godów — uczcić.

No bo i prawda, czy dużo znajdziemy rodzin, którzy tak jak Hortensja i Mieczysław Łapinowie mogli stanąć przed ołtarzem z okazji 60-lecia zawarcia związku małżeńskiego, by ksiądz pobłogosławił ich na dalsze lata życia.

16 odpowiedzi to Hortensji i Mieczysława diamentowe gody

  1. Walter mówi:

    Najserdeczniejsze pozdrowienia wiernemu małżeństwu!

  2. bobrowniczy mówi:

    Można kiedy zdrowie dopisuje.Moi rodzice przeżyli 50 lat.W 1958 roku brali ślub w Starotrockim kościele.I w Trockim ZAKSIE-mama zawsze przygadywała Ojcu że kupił sobie za 5 rubli kucharke.100 lat solenizantom,100 lat życze.

  3. pieknie mówi:

    Piekna para. Duzo zdrowia i szczescia na kolejne lata!

  4. Jan mówi:

    100 lat w zdrowiu i szczęściu.

  5. oho mówi:

    Niech nigdy Was nie opusza Wiara, Nadzieja i Miłość. Sto lat.

  6. adsenior mówi:

    Wszystkiego najlepszego Szanowni Państwo, życzy Wam ten, który niedługo,/za dwa miesiące/ będzie obchodził 43 rocznicę ślubu. Daj Wam Panie Boże, /tak jak i mnie/, dożyć BRYLANTOWYCH GODÓW!

  7. pozdrowienia mówi:

    Szanownym Jubilatom najserdeczniejsze życzenia doczekania w zdrowiu i pogodzie ducha następnych pięknych rocznic! To są wspaniali ludzie: sól Ziemi Wileńskiej. Na takich ludziach, jak Państwo Łapinowie ona przetrwała i trwa. Ukłon niski do ziemi za Wasz nieudawany patriotyzm,oddane służenie ojczystej ziemi i wychowanie wspaniałych dzieci!

  8. Broda mówi:

    Brawo tak trzymac, super wynik 🙂

  9. Jon mówi:

    Moi śp. Rodzice przeżyli razem 71(!) lat. Ojciec był z 15 lipca 1912 roku (502 rocznica Grunwaldu) a Mama z 1918. Ślub wzięli w październiku 1936 roku. Zmarli obydwoje w 2008 roku (luty, listopad).
    Szanowni Jubilaci życzę Wam pobicia tego rekordu i osiągnięcia kolejnych po nich nastepujących, w zdrowiu i szczęściu.

  10. Alka mówi:

    Piękne to i żadkie w obecnych czasach! GRATULACJE I MORZE KWIATÓW!!!

  11. Andrzej mówi:

    Dużo zdrowia życzę !!! I mam nadzieje że za jakiś czas przeczytam na łamach KW o kolejnych Państwa godach…

  12. Zbigniew mówi:

    Życzę dużo,duzo zdrowia.
    Wspaniali ludzie

  13. beata z albatrosa mówi:

    no tak…do 100 lat jeszcze szmat …myslcie co piszecie…

  14. Anonim mówi:

    Gratulacje zmojej strony !
    Mam pytanie dla kogos kto zyl i pamieta czasy ZSRR.
    Co znaczy „wolny najmita”?
    Czy mozna bylo wtedy zyc i pracowac nie na panstwowym?
    Wiem jak bylo wtedy w Polsce i w NRDowku. W Polsce tolerowali „prywaciazy” chociaz od czasu do czasu prubowali dusic.W NRD gdy ktos nie byl zarejestrowany ze pracuje oficjalnie to grozilo mu 3 miesiace obozu korekcyjnego

  15. czarek, mówi:

    encore,przepraszam za anonima

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.