5
Kaziuki–Wilniuki: Lidzbark — miasto niemal rodzinne

Fot. archiwum

Kiedy przed 21 laty po raz pierwszy na Ziemię Warmińsko-Mazurską wyruszyła pierwsza ekipa wileńskiego Kaziuka — mówiąc szczerze, nie podejrzewał zapewne nikt, w tym też stała ich koordynatorka po naszej stronie Krystyna Adamowicz — że ten doroczny wojaż będzie miał tak długi i już stały życiorys na tych ziemiach, że zapoczątkuje odrodzenia Kaziuka wileńskiego również w wielu innych miastach Polski.

Że połączy rodziny przez wir historii rozłączone, że stworzy nowe, nie z krwi czy mariażu, ale z potrzeby serc, dla których takie doroczne święto będzie dniami spotkania najbliższych…

I dlatego wraz z początkiem marca każdego roku na Ziemię Warmińsko-Mazurską (bo tak się geografia Kaziuka -Wilniuka rozszerzyła) — wyrusza prawie 80-osobowa ekipa.

A tego roku wyjeżdża: reprezentacyjny polski zespół pieśni i tańca „Wileńszczyzna” pod kierunkiem Jana Mincewicza, rodzina Saszenków, gawędziarze Anna Adamowicz i Dominik Kuziniewicz, fotografik Jerzy Karpowicz, plastyk Stanisław Kaplewski, mistrzowie ludowi, dziennikarze polskich mass mediów na Litwie — „Kuriera Wileńskiego” — stałego patrona imprezy, „Tygodnika Wileńszczyzny”, „Magazynu Wileńskiego”, polskiej audycji litewskiego radia.

W ciągu trzech dni — pięć koncertów: w Kętrzynie, Olsztynie, Ornecie, Bartoszycach i gala w Lidzbarku Warmińskim.
Z czym dla stałych bywalców Kaziuka kojarzy się Lidzbark Warmiński?


Krystyna Adamowicz, dziennikarka

Powiedzieć jedynie, że Lidzbark dla mnie jest od minionych ponad 20 lat miastem tak bliskim, że niemal rodzinnym, byłoby zbyt mało. Poczucie rodziny tworzą ludzie, których tu spotkałam. Od tamtego 1990 roku, gdy do „Kuriera Wileńskiego” po raz pierwszy przyjechali Alicja Gdańska i Władysław Strutyński z propozycją dotąd niespotykaną na Wileńszczyźnie, by do Lidzbarka przywieźć autentycznego Kaziuka, dotąd jestem współorganizatorem po stronie wileńskiej ekipy kaziukowej. I za każdym razem nie opuszcza mnie wzruszenie z tego powodu, że jesteśmy tam, na Warmii i Mazurach oczekiwani, że ludzie tęsknią do swych rodzinnych stron, bo droga jest im pieśń domu rodzinnego i tradycje, które mają w swych genach.

Widząc, jak płaczą od słów „Już mi raz zabrali Wilno, już mi raz zabrali Lwów”, płaczę razem z nimi. Widząc, ile starań pokłada Jolanta Adamczyk, dyrektor Domu Kultury, jaką gościnnością nas obdarza burmistrz Artur Wajs i że żadnego koncertu kaziukowego przez te 20 lat nie opuścił dzisiejszy marszałek województwa Jacek Protas i jego żona, jak sala wypełniona do ostatniego miejsca przez ponad 3 godziny koncertu nie chce się rozstawać z artystami, osobiście odczuwam, że jesteśmy tu bardzo potrzebni i ta potrzeba nie maleje.

A jeszcze doszłam do wniosku, że najdroższą sprawą dla człowieka jest życie w swych rodzinnych stronach. Może dlatego, widząc tęsknotę tych ludzi do ziemi ojców i praojców, nigdy nie nawiedziła mnie myśl, że mogłabym mieszkać gdzie indziej niż w rodzinnym Wilnie.

Bardzo cenię, że nadano mi tytuł Honorowego Obywatela Lidzbarka Warmińskiego, jestem niezmiernie wdzięczna, że właśnie z tego miasta wyszły propozycje do władz Rzeczypospolitej Polskiej odznaczenia mnie wysokimi nagrodami RP. Czuję się zażenowana takim uhonorowaniem, bo te spotkania z rodakami, rozsianymi po Warmii i Mazurach są dla mnie niemniej potrzebne niż tym, którzy na te spotkania oczekują.


Dominik Kuziniewicz, gawędziarz

Tak się życie ułożyło, a konkretnie choroba sprawiła, że Lidzbark Warmiński jest dla mnie miastem więcej niż rodzinnym. Tyle tu doznałem ciepła rodzinnego, życzliwości, wsparcia.

A zaczęła się moja znajomość z tym miastem jeszcze przed kaziukami. W roku 1988, bawiliśmy tu z Teatrem Polskim prowadzonym przez panią Irenę Rymowicz. Grałem wtedy Zagłobę w „Zagłoba swatem” opartym na utworach Henryka Sienkiewicza. Wtedy to poznałem Władysława Strutyńskiego, mego polskiego „chrzestnego”. Żartuję, że mam dwóch „chrzestnych”, dzięki którym narodziłem się jako gawędziarz. W Wilnie — to był Romuald Mieczkowski, a w Polce — Władysław Strutyński. Oni to mnie zachęcili, bym kontynuował tradycję piewcy folkloru wileńskiego, gawędziarza Stanisława Bielikowicza występującego pod pseudonimem Wincuka Dyrwana. Między innymi był on rodem ze Święcian.

A potem, przed 21 laty, był pierwszy Kaziuk z naszym udziałem na tych ziemiach. Od tego czasu corocznie wraz z początkiem marca i latam do tych stron, do miasta, które mnie wraz z Krystyną Adamowicz tytułem Honorowego Obywatela obdarzyło. Zawsze mówiłem, że trafiłem do zacnej kompanii ludzi nadzwyczaj honorowych, którzy takim tytułem się szczycą, ale kiedy złapała mnie moja słodka choroba i nogę mi amputowano, to się przekonałem, że jestem nie tylko „papierkowym” (chociaż bardzo zaszczytnym obywatelem). Burmistrz miasta Artur Wajs, dyrektor Domu Kultury Jolanta Adamczyk, tyle mi zrobili, że i rodzona matka więcej by nie mogła. Załatwili protezę, oddali tyle serca i czasu, by nie tylko pomóc, ale też zapoznać z miastem, w którym bywam rokrocznie, ale którego, jak się okazało, nie znam. Koncert za koncertem, nigdy nie było czasu na zwiedzanie.

Wymieniłem tylko dwa nazwiska, a ileż jeszcze mógłbym dołączyć — mych przyjaciół z lat wcześniejszych i z tego okresu, kiedy pomocy potrzebowałem. Jak tylko przyjeżdżam do Lidzbarka, prawie każdy ze mną się wita, tak po swojsku. Czyż od tego może serce nie topnieć.

Mam rdzennych krewnych w Gdańsku, ale w żadnym innym mieście polskim nie mam tylu „krewnych” jak na Ziemi Warmińsko-Mazurskiej.

A i moja Anciunia (Anna Adamowicz), z którą w parze zacząłem na tych scenach występować nieco później — ma też nie mniej sympatii. No, a jak jesteśmy czekani — to, czego więcej życzyć i jak się nie cieszyć z kolejnego wyjazdu.


Leokadia Szałkowska, palmiarka

Określić w kilku zdaniach, co dla mnie dziś znaczy Lidzbark Warmiński — nie sposób. Albowiem od lat ponad już dwudziestu stał się dla mnie miastem bardzo bliskim, bardzo rodzinnym.

Rodzinnym podwójnie. Kiedy po raz pierwszy przed 21 laty jechaliśmy do tego miasteczka, wiedziałam, że tu będę miała okazję się spotkać z rodziną mego męża Leona (siostra babci), którzy tu mieszkają. Była to niezapomniana chwila i nie tylko w naszej rodzinie. Bo nieznajomi ludzie podchodzili do nas i obejmowali. Tak stawaliśmy się sobie bliscy — połączyła nas Ziemia Wileńska, ta, na której my żyjemy, ta, którą oni tuż po wojnie zmuszeni byli porzucić.

Lidzbark — jedno z pierwszych miast, które w Polsce poznałam (dotąd była tylko Warszawa). Kilka lat temu z mężem Leonem wybraliśmy się latem w te właśnie strony, by połączyć odpoczynek ze zwiedzaniem. Obejrzeliśmy Bitwę Napoleońską, która rokrocznie jest organizowana na tych terenach. Było to fantastyczne przeżycie. W ciągu tego tygodnia podziwialiśmy piękno Mazur, zwiedziliśmy Gdańsk, a w Pasłęku złożyliśmy kwiaty na grobie dziadka Leona.

Dwadzieścia lat temu w Lidzbarku mieliśmy bliską tylko rodzinę Łysików. Dziś mamy „krewnych” dużo. Zaprzyjaźniliśmy się z Joanną i Andrzejem Szałkowskimi, co prawda, nie jesteśmy związani więzami krwi, ale czujemy się sobie bardzo bliscy.

Od lat do mego stoiska z palmami przychodzi starszy pan, którego nie znam ani z imienia, ani z nazwiska, ale wiem, że pochodzi z Krawczun. On to nam opowiada o tych przedwojennych Krawczunach, z których musiał wyjechać. Ja mu pomagam „wędrować” po tejże, ale już innej wsi, w której ja przez wiele lat mieszkałam i w której po dziś dzień czeka na mnie mama Jadwiga Kunicka.

A w Olsztynie mam bardzo serdeczną panią Okrasko, z która poznaliśmy się w Waszyngtonie. Poprzez palmy nasza przyjaźń się zaczęła.

A kiedy w ubiegłym roku Leon zawiózł zdjęcia starego Wilna — przyjaciół zyskaliśmy jeszcze więcej, bo każdy, kto wyszukiwał „swych” dawnych miejsc, chciał też z nami swą radością z tego fotograficznego obcowania z miastem młodości się podzielić.


Danuta Wiszniewska, palmiarka

Już od listopada, kiedy tylko zaczynam wić palmy na Kaziuka — żyję dorocznym wyjazdem do Lidzbarka Warmińskiego. Ten kiermasz w tym mieście, jak też w innych na Ziemi Warmińsko-Mazurskiej — jest dla mnie i dla mojej córki Agaty, która też stale jeździ, więcej niż wyjazdem, jest świętem, spotkaniem z bliskimi, których tu poznaliśmy i których z każdym rokiem mamy coraz więcej.

Przed dwudziestu lat, kiedy zaczęliśmy uczestniczyć w kaziukach-wilniukach były inne warunki lokalowe — nocowaliśmy i w koszarach, i w domach prywatnych, ale wszędzie czuliśmy ciepło ludzi, czuliśmy się jak u siebie w domu.

Wiele mieszkańców Lidzbarka znam tylko z widzenia, ale wiem, że na siebie wzajemnie czekamy.

Pierwsza rodzina, u której nocowaliśmy była rodzina krewnych Leona Szałkowskiego — czyli państwo Łysików. Przyjaźnimy się po dziś dzień. Tak samo, jak z byłą pracowniczką Domu Kultury Jasią, która prowadzi od lat własne gospodarstwo, ma dużo pracy, ale na Kaziuka przyjeżdża zawsze, by się z nami wszystkimi spotkać i nagadać się. Kiedy myślę o Lidzbarku, to myślę o pani, która w miejscowej szkole religię prowadzi — i nie możemy nagadać się, gdy tylko się spotkamy. Gdzie tam nam o nazwiska pytać.

A w ogóle o Lidzbarku myślę przez cały rok — jak zbieram, farbuję, suszę kwiaty — to zawsze myślę o ludziach z Ziemi Warmińsko – Mazurskiej, bo wiem, że palma wileńska niesie dla nich zapach ich rodzimej ziemi, która przed laty porzucili, ale to przywiązanie i dla swych dzieci przekazali.


Michał Jankowski, rzeźbiarz, mistrz ludowy

Gdy zbliżają się Kaziuki, ogarnia mnie radość, że znowu wybierzemy się do Lidzbarka, gdzie mam wielu krewnych i przyjaciół. Bo właśnie dzięki kaziukom – wilniukom, na które jeździmy z moją małżonką Eleonorą co roku, zacieśniły się nasze kontakty z rodziną. Ponadto znalazłem tam przyjaciela Witolda Andrzejewskiego, urodzonego w moich rodzinnych Rudziszkach w rejonie trockim.

Wiadomo, że nasza ekipa wileńska gości nie tylko w Lidzbarku i Olsztynie, lecz jest też zapraszana do innych miast, w tym do Bartoszyc. I właśnie w Ośrodku Kultury w Bartoszycach do mego stoiska z wyrobami z drewna podszedł mieszkaniec tego miasta i zapytał, czy może jest tu ktoś z rejonu trockiego, a dokładniej z Rudziszek, gdzie się urodziłem. „Bo widzi pan, prawie co roku tam jeżdżę, ale… pospaceruję po miasteczku i wracam do Wilna, już nikogo tam nie pozostało z mojej familii” — mówił pan Andrzejewski.

— No to przecież ja jestem z Rudziszek — odpowiedziałem mu i padliśmy sobie w objęcia jak bliscy krewni. Od tego czasu spotykamy się z Witoldem, zawsze przysyła mi świąteczne kartki, a kaziuki – wilniuki to kolejna okazja, by osobiście zobaczyć się i porozmawiać — opowiadał mistrz Jankowski, już od dawna mieszkaniec Wilna, ale pilnie strzegący rodzinną posiadłość w Rudziszkach.

Następnie pan Michał opowiedział, że w Lidzbarku mieszkały trzy jego ciocie — rodzone siostry ojca, a teraz na imprezy kaziukowe przychodzą ich dzieci. Syn św. pamięci Bronisławy Sobolewskiej, znany na Warmii i Mazurach przedsiębiorca Wiesław Sobolewski niejednokrotnie sponsorował imprezę kaziukową.

5 odpowiedzi to Kaziuki–Wilniuki: Lidzbark — miasto niemal rodzinne

  1. Alka mówi:

    a czemuż to w tym roku Kaziuk nie zawitał do Wa-wy? :-(((

  2. Kmicic: mówi:

    dlaczego na Kaziukach w Polsce nie ma stoiska z materiałami o dyskryminacji Polaków na Litwie i z listami protestów (sejm, rząd,prezydent,Parlament Europejski) do podpisu. Przecież KAŻDA okazja nie wykorzystana jest zmarnowaną szansą 🙁

  3. Bolero mówi:

    do @1 “alka”
    Miła, Kaziuk nie zawitał do Warszawy, bo dziś Warszawa to już nie ta co przed laty. To etniczna mieszanka ze wszystkich zakątków “kraju nad Wisłą”. Kto przyjdzie na taki jarmark, , parę osób z sentymentu? Warzawa ma problemy z samą sobą! A do Wilna? Do Wilna z każdym miesiącem droga coraz szersza ( via baltica) Zapraszamy!

  4. RB mówi:

    jak będzie reklama, to przyjdą… jak informacja będzie szła pocztą pantoflową, to raczej nie… 😉

  5. tomasz mówi:

    Zgdzam się z RB. Swego czasu były takie Kaziuki w Warszawie i wcale nie świeciły pustkami.
    A co do szerokosci Via Baltica to nie będę się wypowiadał. Nie dlatego ze nie znam tej trasy. Tylko właśnie dlatego że znam bardzo dobrze. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.