4
Kaziuki–Wilniuki: Rodzina warmińsko-wileńska

Scena z „Jarmarku Wileńskiego” — podczas pobytu na Ziemi Warmii i Mazur zaprezentowała „Wileńszczyzna” Fot. Jerzy Karpowicz

„Jak tylko usłyszałem śpiew „Wileńszczyzny” serce moje kolejny raz pobiegło w stronę tej „co, w Ostrej świeci Bramie” — Matce, mającej w swej opiece tych, co tuż po wojnie musieli Ziemię Wileńską porzucić, jak też tych, co przy niej pozostali. Tam mieszkają, a wraz z początkiem marca przybywają tu, do nas, nad Łynę, by podzielić się tradycją, dorobkiem kulturalnym i wspólnie przeżyć eucharystię świętą”.

Tak rozpoczął poranną Mszę świętą ksiądz proboszcz kościoła farnego w Lidzbarku Warmińskim Roman Chudzik, dziękując za „kawałeczek” Ziemi Wileńskiej — prześliczną palmę i świeżo wydaną „Kronikę 25–lecia” Kaziuków-Wilniuków. Modląc się za wszystkich wilniuków — tych, co do Lidzbarka w tym dniu na świętowanie Kaziuków-Wilniuków przybyli, jak też tych, co na Wileńszczyźnie pozostali.

Zresztą, gdy się mówi o Lidzbarku Warmińskim, wilniukiem jest prawie każdy mieszkaniec tego miasteczka — jeżeli nie z pochodzenia, to już potrzeby serca. A że Wileńszczyzna na tych terenach jest słowem tak magicznym otwierającym każdy dom — w tym niemała zasługa święta kaziukowego, które na tych terenach odrodzone zostało przed 26 laty, a wraz z udziałem ekip wileńskich, nad którymi patronat objął „Kurier Wileński” już 21 rok z rzędu.

Za każdym razem, gdy mówimy o kolejnym Kaziuku na tych ziemiach — przypominamy dwójkę ludzi — Alicję Gdańską (ówczesnego dyrektora Domu Kultury) oraz Władysława Strutyńskiego (naówczas szefa Centrum Kultury w Pilniku — dziś dyrektora Zamku Biskupów w Lidzbarku), którzy przed 21 laty przybyli do Wilna, do „Kuriera Wileńskiego” z propozycją, by do Kaziuka lidzbarskiego, który był już przeprowadzany, wnieść tradycję Kaziuka wileńskiego, świeżość dnia współczesnego i tchnienie Wileńszczyzny. By podzielić się tym, co nam z dziadów i ojców zostało przekazane. Tak trochę w nieznane, w marcu roku 1990, w kierunku Lidzbarka wyruszyła pierwsza ekipa wileńska, w składzie której był zespół dziecięcy „Świtezianka”, znany już w Lidzbarku z poprzedniego roku gawędziarz wileński Dominik Kuziniewicz, który to właśnie na Kaziukach „narodził się” jako sceniczna postać Wincuka Bałbatunszczyka z Pustaszyszek, twórczyni ludowa Leokadia Szałkowska oraz my — dziennikarze „Kuriera Wileńskiego”, jedynej codziennej polskiej gazety na Litwie, która w ciągu lat dwudziestu była pismem nie tylko relacjonującym przebieg tych świąt, była łącznikiem ludzi, rodzin, którzy po wojnie musieli ojczyste strony porzucić. Przywoziliśmy z Lidzbarka dary dla szkół, dla biednych rodzin…

Jakże ten czas leci. Zmieniły się realia dnia codziennego, nie ma granicy, niepotrzebne jest załatwianie wszelkich formalności, które to w tych latach na nasze barki spadały — wraz z dokumentami nie tylko dla ekipy, ale też na wyroby ludowe, instrumenty muzyczne…

Zdawałoby się, że takie doroczne imprezy musiały być przesytem, że publiczność będzie miała dość folkloru wileńskiego, tego spotkania z przeszłością. Ale tak może rozumować tylko ten, kto nigdy na takim święcie na tych ziemiach nie był. Dotyczy to nie tylko Lidzbarka Warmińskiego, ale też wszystkich innych miast, będących na dorocznej trasie koncertowej ekipy wileńskiej. Czyli Kętrzyna, Olsztyna, Ornety, Bartoszyc.

W tym roku zrodziło się pewne niebezpieczeństwo, że doroczny Kaziuk w Lidzbarku może się nie odbyć także z innego powodu — gdyż stałe miejsce jego przeprowadzenia — Miejski Dom Kultury — podlega ogromnej przebudowie.

Może by się i nie odbył, gdyby dyrektorem tego Domu był inny człowiek, a nie Jolanta Adamczyk, prawdziwe żywe srebro, umiejąca łączyć w sobie absolutnie wszystkie funkcje, które z przeprowadzeniem tego święta się wiążą, a co najważniejsze, nie zatracając gościnności dotyczącej absolutnie każdego wilniuka, tego kogo od lat zna oraz tego, kto tu po raz przybywa.

Salę pani Jola oczywiście znalazła, a ponieważ była do występów nieprzystosowana (bo to sala sportowa) potrafiła tu nie tylko scenę ustawić, ale też zadbać, aby była odpowiednio udekorowana w stylu jarmarkowym.

Ale wróćmy do sal koncertowych. Opisać jakikolwiek koncert nie sposób — a co, dopiero kiedy mówimy o takim maratonie koncertowym, w którym tradycyjnie już od lat występuje nie tylko artystyczna ekipa z Wileńszczyzny, ale też gospodarze.

Akord święta: podziękowanie dla „Wileńszczyzny” — Jana Mincewicza, Leonardy Klukowskiej, jak też dla wspaniałych gawędziarzy wileńskich — ciotki Franukowej i Wincuka Fot. Jerzy Karpowicz

A skoro o ekipie mowa — to w tym roku w jej składzie był: reprezentacyjny polski zespół pieśni i tańca „Wileńszczyzna” pod kierownictwem Jana Mincewicza, rodzina Saszenków, twórcy ludowi, dziennikarze polskich mass mediów na Litwie. Na ustawionym telebimie leciały nazw pism patronujących imprezie i mówiąc szczerze, nawet z trudem odnaleźliśmy swój tytuł — „Kurier Wileński”, który lat dwadzieścia był po tej stronie jedynym.

Swoje dobre imię i tytuł zespołu reprezentacyjnego — „Wileńszczyzna” wypracowała w ciągu 30 prawie lat działalności żmudną pracą — przygotowując tak różnorodne a jednocześnie tak niepowtarzalne programy, które śmiało można nazwać spektaklami. Określenie to dotyczy „Z dymem pożarów”, „Nocy Świętojańskiej”, które podczas pobytów w Lidzbarku zostały przedstawione, jak też aktualnego — „Kiermasza Wileńskiego”. Kiermasz został przedstawiony przez pieśń, taniec narodów, które od wieków zamieszkują Gród Giedyminowy, jak też bardzo trafnie dobrany tekst (oczywiście w gwarze wileńskiej), która po dziś dzień w tych miastach, gdzie zespół wystąpił, nie została zapomniana i wyciska łzę u niejednego widza. Tak było od pierwszego koncertu w Kętrzynie, aż po ostatni w Bartoszycach.

Nic więc dziwnego, że obecny na gali kaziukowej w Lidzbarku marszałek Województwa Warmińsko-Mazurskiego Jacek Protas, człowiek o sobie mówiący, że miłość do Wilna ma w genach (o czym przekonaliśmy się w ciągu wielu lat) powiedział: „Jest to bodajże najwspanialszy obrazek wileński jaki widziałem. Taki autentyczny, taki bogaty w tradycje, tak dokładnie odtworzony każdy taniec, każda pieśń. To zaiste zespół zawodowy a przy tym z takim szacunkiem odnoszący się do kultury każdego narodu”.

Podobne wypowiedzi można by mnożyć, ale żadna z nich w pełni nie odzwierciedli tych braw na stojąco, tych oczu zamglonych od łez, tego nawet dobrego zdumienia na tak wysoką fachowość zespołu, który podbił dosłownie prawie cały świat — koncertując nie tylko w krajach Europy, ale też dwukrotnie w Ameryce, Australii itp.

Tu prawie każdy członek może wystąpić jako solista — rozpoczynając od wiodącej solistki Natalii Sosnowskiej, Czesławy Szablińskiej, Grzegorza Rungo i in. oraz, oczywiście, wspaniałych tancerzy, którymi kierują Leonarda Klukowska oraz German Komarowski.

Rozpoczęliśmy od „Wileńszczyzny”, a przecież faktycznie wszystkie koncerty inicjowała utalentowana rodzina Saszenków — Aneta, Ewelina, Monika i ich ojciec Włodzimierz.

Ewelinka w przededniu wyjazdu zdobyła w finałowym koncercie litewskich eliminacji do Eurowizji — wysokie trzecie miejsce, ale zmęczenia bynajmniej nie było widać po niej.

Kiedy zabrzmiały się pierwsze słowa o Ziemi Wileńskiej, drogiej i świętej — wszystkie pięć sal, w których odbywały się koncerty kaziukowe — dosłownie zamierały od tych tak wzruszających słów i tak pięknego wykonania, ażeby za chwilę razem śpiewać „W zielonym gaju”, „Jak już śpiewać to już śpiewać”, czy też inne piosenki, które piękne i utalentowane Saszenkówny zaprezentowały.

Miała nawet obawy ciotka Franukowa (Anna Adamowicz) i Wincuk (Dominik Kuziniewicz), że te zdolne dziewczyny na Wileńszczyznę nie wrócą, bo tak na nich łakomie chłopcy, którzy znajdowali się na widowni, spoglądali.

Duet ciotki Franukowej i Wincuka, który na tych scenach zrodził się w roku 1977, jest bodajże najbardziej oczekiwany. A i dziwić się temu nie ma potrzeby, bo nasi wspaniali gawędziarze potrafią każdą salę rozruszać, przenieść myślami do tych miejsc, które przed laty musieli porzucić. Mają nie tylko przygotowane humoreski, żarciki, powiedzonka, ale też improwizują z mety, czym najwięcej zachwycają każdą salę.

Na scenie — zespół taneczny „Perła Warmii” z Lidzbarka Fot. Jerzy Karpowicz

W tym roku obok wilniuków wystąpili też gospodarze — zespół tańca ludowego „Perła Warmii” z Lidzbarka Warmińskiego oraz kapela „Barty” z Bartoszyc, prezentując wileńskie przeboje. Nic dziwnego, że ciotka Franukowa wszędzie ją przedstawiała jako wileńską kapelę z Bartoszyc.

Kaziuki-Wilniuki — to nie tylko koncerty. To też spotkania, rozmowy. To też wystawy, które tradycyjnie organizowane są na Zamku Biskupim. Tegoroczna była fotograficzna. I to jaka fotograficzna! Każda praca to wspaniałe dzieło artystyczne, dokumentujące kościoły Wilna i Wileńszczyzny. A jej autorem jest znany artysta-fotografik, członek Litewskiego Stowarzyszenia Fotografii Artystycznej Jerzy Karpowicz, będący kronikarzem polskości na Ziemi Wileńskiej. Albowiem nie ma bodajże żadnej polskiej imprezy w Wilnie, czy innych miejscowościach Litwy, na której by nie pracował ten znakomity fotografik.

Stare wiekowe mury Zamku Biskupów Warmińskich upiększyło 60 prac ukazujących kościoły Wilna i Wileńszczyzny.

„Może i ja odnajdę swój kościół?” — usłyszałam, jak wyszeptał starszy sędziwy pan, który się za chwilę przedstawił: Tadeusz Gimbutt.
A jaki to pana kościół?

„Św. Anny parafii duksztańskiej, jeżeli pani wie, gdzie takowa się znajduje” — powiedział.

I tak się rozpoczęła jeszcze jedna znajomość. Okazało się, że jesteśmy ziomkami. Ojciec Tadeusza był oficerem żandarmerii w Mejszagole, gdzie urodził się Tadzik. Do Dukszt rodzina przyjechała w 1936 roku, a dziesięć lat później do Lidzbarka. Tyle lat minęło, a Gimbutt jest nadal wilniukiem, nadal wyszukuje swój kościół, co roku przychodzi na Kaziuka, by nacieszyć się swoimi.

Próbował kilkakrotnie pojechać do swoich stron, ale ludzie się pozmieniali. A bez ludzi to i ziemia inaczej pachnie.

„Jestem jak krzew, który z ziemi wydarto i do nowej nie umiałem wrosnąć” — powiedział na zakończenie pan Gimbutt i poszedł dalej oglądać wystawę, by nasycić oczy Wileńszczyzną.

Takich spotkań było wiele. Trzy dni przeleciały jak chwila.

Żegnając ekipę wileńska główny organizator Kaziuka, dyrektor Domu Kultury Jolanta Adamczyk powie: „Dziękujemy za wspomnienia o Ziemi Wileńskiej, za to zaprezentowane tu bogactwo, za możliwość przeniesienia się dla wielu kraju lat dziecinnych, za to, że te kilka dni mamy okazję być jedną wielką zgodną rodziną.

Na zakończenie tej relacji przytoczymy wiersz Henryka Mażula, który zaprezentował w Lidzbarku podczas otwarcia wystawy Jerzego Karpowicza. Napisany był przed niepodległością, ale nie zatracił najważniejszego — tego, co czujemy…

Na klęczkach bym ku Polsce ruszył
Poprzez kolczaste druty granic,
Gdyby nie Wilno, które z duszy
Nie da się wykołować za nic.

Myślami zdążam więc za Grodno
A sam wsłuchany w Wilii poszum.
Wraz z Ostrobramską w parze zgodnej
Za dwie Ojczyzny modły wznoszę.

4 odpowiedzi to Kaziuki–Wilniuki: Rodzina warmińsko-wileńska

  1. Soplica mówi:

    Przyjemnie się czytalo. Pozdrawiam.

  2. Anonymous mówi:

    P. Gladkowsko – niewatpliwie jeden z najlepszych Pani artykulow! Dziekujemy! G.K.

  3. jaszun mówi:

    Tak nalezy pisac, abym czytajac myslalo sie.

  4. Zbigniew mówi:

    Pozdrowienia dla pana Tadeusza
    Ja podobnie odbieram

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.