0
Dobroczynność kończy się tam, gdzie zaczynają się zyski

Sprzedawcy używanej odzieży starają się być jak najbliżej swego klienta, dlatego nieraz handlują we wsiach i miasteczkach Fot. Marian Paluszkiewicz

Miliony mieszkańców państw skandynawskich, Anglii, Niemiec, Austrii nieraz oddając zbędne dla nich rzeczy, takie jak odzież, obuwie, święcie wierzą, że pomagają ludziom żyjącym w biedzie.

Oczywiście pomagają, ale tylko wtedy, gdy osoba potrzebująca   ten dar dobroczynny… kupi.

Kryzys ekonomiczny dla właścicieli sklepów z ubraniami używanymi (na Zachodzie zwanymi „second hands” –  z drugiej ręki, u nas — „piguszkami” – od lit. pigu) dał szansę na zdobycie większej liczby klientów. Dlatego liczba takich sklepów rośnie jak grzyby po deszczu. I chociaż właściciele wcześniej otwartych „piguszek” już zaczynają skarżyć się na brak klientów (konkurencja), to ludzie wciąż częściej korzystają z tak zwanego „półgodzinnego szczęścia” (laimės pusvalandis), kiedy odzież mogą kupić nawet z 70 proc. zniżkami.

— To normalne, że ludzie kupują w „Humanie”, a nie w luksusowym sklepie „Apranga”. Wiele rodzin nie miałoby w co ubrać swoje dzieci, gdyby nie sklepy z używaną odzieżą. Jest tu wiele tańszych, używanych rzeczy. Wszystkich zachęcam do kupowania tutaj. A szczególnie osoby wychowujące nastolatków, którzy chcą mieć dużo modnych ciuchów. Przecież nie będziesz płacić po kilka setek za dżinsy czy palto, które dziecko będzie nosiło jeden sezon? Kupujesz w sklepie z używaną odzieżą. Za 30-50 litów można kupić prawie nowe palto, a jeżeli gorszej jakości, to i za 15-20 litów — wskazując na odzież wyróżnioną tabliczką „lepszej jakości” wyjaśnia Stefania, matka trójki dzieci.

W sklepie przy ścianie na kilku workach wypchanych odzieżą grzecznie, ale nudząc się, siedziała czwórka dzieci. Przyglądały się klientom lub wzrokiem kogoś śledziły. Wkrótce okazało się, że czekały na matkę, która korzystając z tego, że dzisiaj odzież była po 2 lity, trzymając na ramieniu wybrane ubranka, jak mrówka biegała od jednego do drugiego wieszaka. Tego dnia tradycyjnie, jak to na wysprzedaży, sklep był pełen ludzi.

Kobieta z nikim nie wchodziła w rozmowy, nawet z ekspedientką, która uśmiechając się proponowała swoją pomoc. Za pół godziny zawołała dzieci i podeszła do kasy. Dzieci przyniosły worki i zaczęły wyciągać wybrane wcześniej ubrania. Zapytana o coś przez ekspedientkę kobieta przytaknęła ruchem głowy. 60 litów, tyle musiała zapłacić za kilka worków odzieży i obuwia dla czwórki dzieci.

— Tyle ubrania i tylko 60 litów? — obserwując dziwiła się nasza rozmówczyni.

I w taki właśnie sposób rzeczy, oddane na cele dobroczynne przez mieszkańców państw skandynawskich, Anglii czy Niemiec, zbierane i… sprzedawane później jako „labdara”, trafiają do ludzi żyjących w biedzie czy niedostatku.

— Najpierw zbierają, a później darowane ubrania sprzedają! To już nie jest działalność dobroczynna, a elementarny biznes, który tak i musi się nazywać. Ogłaszają, że dochody trafiają do potrzebujących, ale to jest kłamstwo! Takie firmy to tylko przywłaszczają pieniądze — oburza się Marina, która mieszkając w Anglii nieraz pod drzwiami znajdowała ulotki informujące o akcji zbierania ubrań dla dzieci.

— Kto ma dużo pieniędzy, ten nie ma sumienia. Całą pracę odwalają zwykli pracownicy, a szef zarabia. Owszem, część zysków ze sprzedaży ubrania oddaje dla domów dziecka lub starców. W Liverpoolu w szybkim tempie powstają różnego rodzaju niby firmy charytatywne i myślę, że przyczyną tego jest nie tylko popyt na używaną odzież, ale też dobry interes — wyjaśnia Mindaugas, który od 3 miesięcy pracuje przy zbieraniu i sortowaniu używanej odzieży w Liverpoolu, w Anglii.

Jak powiedział nasz rozmówca, firma, w której pracuje, ma zezwolenie na taką działalność, jednak jest wciąż więcej osób „ściągających ubrania im spod nosa”.

— Dzień pracy zaczynamy o 8 godzinie, czasami wcześniej, zależy to od trasy. We trzech wsiadamy do samochodu i rozwozimy ulotki informujące, kim jesteśmy, kiedy będziemy zbierać ubrania, dla kogo. Dużo konkretów nie wskazujemy. Podajemy numer telefonu, a więc w razie potrzeby zainteresowani mogą zatelefonować. A z drugiej strony, Anglików nie bardzo to interesuje. Zadowoleni są z tego, że mogą pozbyć się niepotrzebnych rzeczy lub że mogą w jakiś sposób pomóc innym. Zarabiają dużo, a więc mogą sobie pozwolić na kupowanie nowych ciuchów — opowiada Mindaugas.

Raz na miesiącu, w coraz to nowych miasteczkach i okolicach roznoszą około 6 tys. takich ulotek. Jeżeli z tysiąca nie zignoruje ich 3 proc. mieszkańców, to już jest dobrze.

— Nam tego wystarcza. Później jedziemy zbierać ubrania. Przez okno samochodu widać, czy przy drzwiach domów zostawione są reklamówki z niepotrzebnymi rzeczami, na których najczęściej jest przyklejona nasza ulotka. Czasami nam spod nosa reklamówki ściągają inni. Jest wiele pojedynczych osób, nieposiadających licencji, które zbierają i sprzedają używane rzeczy. Po tym, jak zbierzemy, wieziemy je do magazynu, gdzie trochę sortujemy. Musimy sprawdzić, aby w paczkach nie było książek, płyt, zabawek, naczyń. Jednym słowem, muszą zostać tylko ubrania, obuwie. Wszystko, co zbędne, wyrzucamy lub zostawiamy sobie — kontynuuje Mindaugas.

Szef pozwala swoim pracownikom każdego dnia wziąć po kilka rzeczy. Owszem, zdarzało się, że pracownicy paczkami wysyłali ubrania dla swoich bliskich na Litwę. Anglicy, nie tak jak mieszkańcy Litwy, nie są skłonni do gromadzenia rzeczy. Jeżeli na przykład, postanowili kupić nowe meble, to stare wynoszą i stawiają przy śmieciarkach, co znaczy, że kto zechce, ten je zabierze.

— U nas w domu jest wiele potrzebnych rzeczy zebranych w ten sposób. Na przykład w ubiegłym tygodniu kolega znalazł laptopa. Przeinstalowaliśmy windowsa i działa. A wczoraj znaleźliśmy trzy odtwarzacze mp3 — wyjaśnia Mindaugas.

— Zebrane i posortowane ubrania zapakowane w paczki, które są załadowywane do tirów. Towar tonami jedzie do Polski, Litwy, Ukrainy. Ostatnio załadowaliśmy 13 ton używanej odzieży, która pojechała na Ukrainę. Przyznam, że nie wiem, w jakiej cenie odzież jest sprzedawana. Jednak podobno zyski są wielkie — do rozmowy dołączył się Edgaras, kolega z pracy Mindaugasa.

A więc używana odzież w taki oto sposób wędruje do swoich odbiorców. Kupują ją drobni i średni przedsiębiorcy. Na stronach internetowych można znaleźć mnóstwo ogłoszeń osób proponujących sprzedaż hurtową. Za kilogram „wysokiej jakości” odzieży proszą ok. 5 litów, „niższej” natomiast — 3-4 lity. Oczywiście, można znaleźć i taniej. Na przykład, kilogram w cenie 1,5 lita, a jeżeli kupujesz 500 kg, to jedynie 1,2 lita za kilogram.

— Z jednej strony to rozumiem, przecież trzeba zapłacić pracownikom za transport. Szef płaci też podatki. Ale to nienormalne jest, żeby z czyjejś dobroczynności robić interes —  kiwał głową Mindaugas.


Statystyka ubóstwa

Prawie 80 milionów Europejczyków — czyli 17% społeczności UE — żyje obecnie poniżej progu ubóstwa. W UE żyje w ubóstwie około 19 milionów dzieci. Życie w ubóstwie jest przyczyną wielu problemów, począwszy od braku środków finansowych na zakup żywności i odzieży, a skończywszy na złych warunkach mieszkaniowych, a nawet braku dachu nad głową.

Na Litwie w ubóstwie żyje 18 proc. mieszkańców kraju, z nich 140 tys. to są dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.