0
Troki — turystyczne uroki z turystyką w tle

Pradawna stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego, obok wileńskiej starówki i Góry Krzyży pod Szawlami jest obowiązkowym punktem w planach zwiedzania Litwy wycieczek zagranicznych, a obok Połągi i Druskiennik, też przyciąga rodzimych wczasowiczów. I choć z roku na rok liczba odwiedzających Troki turystów zarówno zagranicznych, jak i krajowych, stale rośnie, zdaniem miejscowych przedsiębiorców, nie przekłada się to ostatnio na wzrost przychodów z obsługi ruchu turystycznego, już nie mówiąc o jakimkolwiek zysku.

— Ot, proszę zobaczyć, idzie facet z rodziną. Krajowy turysta. Znam się na tym. On, żona, dwójka dzieci. Wpadli tu na dzień, może kilka, by odpocząć. Mają urlop. Zakwaterowanie, wyżywienie, jakieś upominki razy cztery — będzie ich sporo kosztować ten wypoczynek, nawet jeśli jednodniowy. Więc zanim skorzystają z mojej usługi, to mocno zastanowią się, bo wszak to wydatek w sumie 240 litów na ich czwórkę osób za niespełna godzinę. Na pewno nie zdecydują się. I takich tu jest większość. A zagraniczniak nie przyjeżdża tu po to, żeby na jachcie popływać. Tak i pracujemy w tym sezonie. Jeden, dwa rejsy dziennie, a reszta czasu przycumowani — opowiada nam kapitan jednego z kilku jachtów zakotwiczonych przy nadbrzeżu trockiego jeziora „Galvė”. Jestem Valentinas. Bez nazwiska. Po prostu kapitan Valentinas.

Ubrany w strój kapitański, z kapitańską stylową bródką i tylko komórka przy uchu zamiast kapitańskiej fajki w ustach — Valentinas i jego koledzy z ich majestatycznymi, ale zakotwiczonymi przy brzegu jachtami na tle błękitu jeziora i widniejącego w dali Zamku Trockiego, stanowią dla rzesz turystów atrakcyjne tło do fotki z wycieczki do Trok.

— Tylko za pozowanie nikt nam nie płaci — żartują kapitanowie troccy. Akurat podciągnęła w pobliże grupa skośnookich turystów.

— Koreańczycy — stwierdza z dumą fachowca w głosie jeden z kolegów Valentinasa i mimowolnie stają się dla egzotycznych turystów egzotycznym tłem do pięknej fotki z dalekiej Litwy. Właśnie tłem wydaje się być cała branża obsługi ruchu turystycznego dla turystyki zarówno zagranicznej, jak i krajowej.

— Nie możemy narzekać na brak turystów, co widać po korkach przy wjeździe do miasta podczas weekendów i na wyjeździe pod koniec niedzieli. Tak więc nie możemy narzekać na brak turystów. Ale trudno jednoznacznie ocenić, ile z tego ruchu miasto zarobi, bo bezpośrednich wpływów nie otrzymujemy z tego tytułu. Pieniądze trafiają do budżetu przede wszystkim z tytułu podatków od przedsiębiorstw obsługujących ruch turystyczny — mówi w rozmowie z „Kurierem” Irena Narkiewicz, wicedyrektorka administracji samorządu rejonu trockiego.

Również nasz kapitan Valentinas przyznaje, że nie można narzekać na liczbę turystów.

— Tyle, że z roku na rok turysta ten wydaje coraz mniej pieniędzy u nas — wyjaśnia. I to jest największy problem przedsiębiorców i drobnych handlarzy, którzy żyją z turystyki, bo faktycznie w samych Trokach, oprócz administracji samorządowej i państwowej, to sektor turystyczny jest największym pracodawcą.

— Proszę spójrzcie, po tamtej stronie jeziora — kemping. W tym roku jest prawie pusty, choć jeszcze przed dwoma laty trzeba było mieć szczęście, żeby dostać tam miejsce — zauważa Valentinas.

O tym, że w tym roku szczęścia nie trzeba mieć, żeby znaleźć miejsce na kąpielisku, świadczą też na wpół puste przyjeziorne płatne parkingi, letnie kawiarnie, czy też zacumowane u brzegów jachty, łódki, taksówki wodne i statki godzinami czekające, aż uzbiera się grupa chętnych do opłynięcia jeziorem dookoła Zamku Trockiego. Sam zamek, aczkolwiek jest główną atrakcją przyciągającą rzesze turystów, to nie każdy z nich chce zapłacić za bilet, żeby wejść do środka i dokładnie spenetrować pokoje pałacu.

Przez bramę przetacza się kolejna grupka turystów. Wpadli na dziedziniec, obejrzeli, porobili zdjęcia i z powrotem przez bramę. Polacy, Niemcy, Rosjanie, Hiszpanie, Finowie — tylko nieliczni samotnicy, lub grupki ważą się pójść na zwiedzanie zamku.

— Tak już jest, że ostatnio grupy turystyczne powierzchownie zwiedzają nasze atrakcje — mówi nam Alina Ivanauskienė, właścicielka „Galvė“, restauracji z pokojami hotelowymi na piętrze. I chociaż jej lokal jest usytuowany tuż obok mostu prowadzącego do zamku, tak więc na głównym szlaku turystów, mówi, że to nie przyciąga więcej turystów na tradycyjnego kybyna, czy też kufel zimnego piwa. Gdy jednak zaglądamy do niej w upalne popołudnie, wygląda inaczej — wypełnione sale restauracje i tłumy turystów w ogródku.

— Bo jest pora obiadowa, ale zaraz będzie pustka — wyjaśnia właścicielka. I faktycznie po krótkim czasie tłum turystów znika. Właścicielka lokalu i jej personel (aczkolwiek pani Alina sama też pracuje, gdy jest taki nalot turystów) mogą się rozluźnić.

— Teraz będzie tak do wieczora — mówi gospodyni lokalu i tłumaczy, że już drugi sezon, z powodu kryzysu, organizatorzy wyjazdów turystycznych starają się oszczędzać, żeby mieć niskie ceny wycieczek. Toteż rzadko która grupa zostaje tu na noc, a tym bardziej na kilka dni.

— Są to grupy jednodniówki. Przyjeżdżają przed południem, krótkie zwiedzanie miasteczka, potem na zamek i z powrotem, obiad, chwila wolnego czasu na zdjęcia i upominki i po południu już wyjeżdżają — tłumaczy nam Alina Ivanauskienė. — I tak całe lato, ale tylko lato, bo poza sezonem pustka.

— Zaraz początek września i jak nożem utnie — mówi nam kapitan Valentinas i wyjaśnia, że sezon turystyczny w Trokach trwa tak naprawdę tylko w okresie letnim.

— Co więc zarobimy w tym czasie, musi wystarczyć na cały rok. Musi, ale nie zawsze wystarcza, bo samo utrzymanie jachtu w rok kosztuje kilka tysięcy, a gdzie jeszcze podatki i inne konieczne wydatki — wzdycha kapitan.

Jak wynika z danych Centrum Informacji Turystycznej (CIT), co roku do Trok przyjeżdża około 15-16 tys. turystów. Głównie są to Europejczycy z Niemiec, Rosji, Francji, Hiszpanii, W. Brytanii, Włoch i Finlandii. Jedną z największych grup stanowią Polacy. Krajowych turystów bywa około 3 tys. rocznie. Statystyki te obejmują jednak grupy zorganizowane korzystające z usług CITu. Trudno więc ująć w statystykach, ilu wczasowiczów samodzielnie radzi w Trokach, a tym bardziej tych, którzy wpadają tu z Wilna, Kowna dosłownie na jeden dzień, albo nawet tylko na obiad. Wszak trasę z Wilna nad brzeg Galvė samochodem można pokonać w niespełna pół godziny. A atrakcyjne w smaku i cenie tradycyjne jedzenie — kybyny i inne przysmaki karaimskie z nawiązką rekompensują zatraty finansowe i moralne na pokonanie trasy.

— Mamy takich gości, a w okresie zimowym, to głównie ich i mamy, czasami nawet kilka osób dziennie. Więc z tego, co latem zarobimy, w zimie dokładamy do biznesu — śmieje się pani Alina. — Bo gdybym ręce załamywała z rozpaczy, to już dawno powinniśmy tu wszystko pozamykać i pójść na łaskę państwa — tłumaczy żartobliwie, aczkolwiek z nadzieją w głosie, że kiedyś będzie lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.