7
3012 km rowerami po Ameryce Południowej (2-3)

Trasa XVIII Wileńskiej Pielgrzymki Rowerowej: Wilno – Rzym – Rio de Janeiro – Brasilia – Aparecida – Sao Paulo – Curitiba – Lujan – Buenos Aires – Montevideo – Punta del Este – Rio de Janeiro – Roma – Wilno.


Dokończenie z nr 241 (16538)

.

image-22925

W Cancao Nova powitał nas Jezus Miłosierny ze św. s. Faustyną Fot. pielgrzymi

Punktem startu rowerowej pielgrzymki z Rio de Janeiro był dom Miłosierdzia, tak, właśnie ten dom Doris. Z najuboższej ulicy miasta rozpoczęło się nasze pielgrzymowanie na siodełku.

Mieliśmy tylko dwa rowery, za 1200 dolarów USA, na więcej rowerów nie było nas stać finansowo, bo ceny wszelkich rzeczy w Rio są po prostu kosmiczne. Za wynajęcie samochodu na miesiąc zażądano od nas prawie 15 tys. dolarów USA. Chyba dobrze, że były tylko dwa rowery, bo jazda tam jest bardzo, a nawet bardzo niebezpieczna na dwóch kołach. Ks. Piotr na początku myślał, że my żartujemy, że chcemy rowerami pokonać tak trudną trasę Ameryki Łacińskiej, od Rio de Janeiro, aż do Buenos Aires i Montevideo. Raczej nawet samochodem się nikt nie wybiera w taką trasę. Ksiądz nie słyszał o takich podróżach. Ale pod opieką Matki Bożej Ostrobramskiej, sługi Bożego Jana Pawła II i Św. Siostry Faustyny, wierzyliśmy, że ten cel jest do pokonania, a poza tym mieliśmy ze sobą dwóch dzielnych księży.

image-22926

Foz do Iguacu to największe wodospady świata, które łączą trzy kraje Fot. pielgrzymi

Wyprawa nie była usłana drogą pięknych kwiatów, ponieważ było nie mało przeszkód, które trzeba było rozsądnie pokonać. Kolosalne ceny i trasa bez zaplecza dla turysty, bez campingów. Upał, czasem brak wody, szalone ciężarówki, tiry, niesamowite długie podjazdy, góry, szybkie i niebezpieczne zjazdy, zmęczenie, brak sił, rekordowo przebijane dętki (czasem 12 dziennie), mocne słońce, dziwne komary, wieczory chłodne, chciało się więcej snu, ale to wszystko drobiazg! Pielgrzym musi zawsze być pielgrzymem i pamiętać zasady pielgrzymowania, to nie wakacje czy biuro podróży. Osobiście chętnie się zgadzam na takie coś, bo lubię ten smak takiego życia. Dni jazdy były przeplatane odpoczynkami i zwiedzaniem nowych miejsc. Noclegi były dobre, a czasem nawet luksusowe, nie było namiotów i gotowania (zaledwie 1 raz), a 11 dni pedałowania po 310 km dziennie w sztafecie, na 33 dni poza domem, co wypadło ok 1000 km na uczestnika, to w sumie komfortowa sytuacja, by mieć czas na liczne spotkania z ludźmi w kościołach i z zabytkami. Uważam, że nasza wyprawa była nadzwyczajna, fantastyczna, nierealna, egzotyczna, szczęśliwa i bogata duchowo, a najważniejsze, że wszyscy żywi i zdrowi z pełnym plecakiem wrażeń wróciliśmy do domu. A pielgrzymami byli w tym roku: ks. hm. Dariusz Stańczyk, pwd. Artur Pyż z Irlandii, pwd. pr. Katarzyna Narwojsz i phm. Albert Narwojsz z Kołobaryszek, German Komarowski z Niemenczyna, Paweł Czeterkowski z Wilna, no i ja — pwd. Marek Tomaszewicz. Także przez całą pielgrzymkę do Montevideo towarzyszył nam ks. Piotr Stępień ze swoim samochodem, a po Brazylii też samochód pożyczony od Doris i męża Jose.

image-22927

Dzieci szkolne w Paragwaju witają pielgrzymów Fot. pielgrzymi

Jazda rowerkiem na innym kontynencie to po prostu „fantastiko”! Może komu i wyglądaliśmy  jak grupa szaleńców, ale dużo kto nas podziwiał, że my w imię wiary polecamy kawałeczek siebie, aby w taki sposób pokazać dobry przykład dla innej młodzieży, jak pięknie można żyć razem z Bogiem. Cele i ideały muszą zawsze panować wśród ludzi młodych, aby nie zabłąkać się, jak zagubiona owca w tak możliwie pięknym i jednocześnie krótkim życiu. I takim doświadczeniem wiary wymieniliśmy się w Cancao Nova ze wspólnotą młodzieży i rodzin, która tworzy zorganizowane własne miasteczko religijne. Tam, na ścianach naszego domu noclegowego widnieje potężny obraz Jezusa Miłosiernego i św. S. Faustyny, a przy ul. Jana Pawła II. To tutaj mieliśmy 10 minut na żywo wystąpienia w TV satelitarnej, największej oglądalności. Radio także nagrało kilka wywiadów. Później przez 4 godziny TVBr nas kręciła na trasie jazdy do narodowego Sanktuarium Matki Bożej w Aparecide, które konsekrował w 1980 roku Jan Paweł II, a Benedykt XVI był w nim 2007 roku. Przed oczyma stoi mi pielgrzymka do tegoż najświętszego miejsca Brazylii ponad 100.osobowa na koniach, a także rowerzyści z niedalekich okolic.

Na trzy dni zrobiliśmy sobie wypad samochodami do stolicy Brasilia i parafii ks. Piotra w diecezji Luzjana. Od Sao Paolo to tylko 1200 km, ale w Brazylii większej o 135 razy od Litwy to niewielka odległość. I znów wielkie zaskoczenie, kiedy w biednych wiejskich parafiach jest tyle radości na mszach świętych, które liturgicznie są dobrze przygotowywane i wzbogacane kulturą miejscową. Inna już ziemia i przyroda, a także jej mieszkańcy. Wielu księży i sióstr zakonnych z Polski jest ostoją tutejszej wiary. Ludzie ich bardzo kochają i czuje się, jak bardzo chcą, by zostali na zawsze. Setki dzieci i młodzieży żyje parafią, nie tylko piłką nożną, a grają wszędzie i dziewczęta też. Stolica to miasto założone na pustkowiu w 1967 roku. Zobaczyliśmy katedrę, która jak korona wyrasta z ziemi, a w jej wnętrzu setki witraży skłaniają człowieka do modlitwy.

Po przejechaniu Brazylii na rowerze, od niektórych widoków po prosto chciało się szaleć, krzyczeć, robić dużo zdjęć, żywą informację układać i zapisywać poprawnie w swoim mózgu. Na tym szlaku spotkaliśmy bardzo dużo miłych, szczerych dobrodziejów, wesołych i gościnnych księży misjonarzy z Polski, diecezjalnych i zakonnych oraz miejscowych ludzi, jak rodzina spod Sao Paolo, która nas z drogi zabrała do siebie na nocleg „nie jedźcie dalej, ale u nas zostańcie”, przy parafii Matki Bożej z Fatimy. Nie sposób zapomnieć gościnności księży marianów w Kurytybie i przez nich wybudowanego Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, niedzieli u ks. Marka Figurskiego wśród potomków Indian i smacznego „churrasco” mięsa grillowanego oraz największych wodospadów w Foz do Iguacu (Parana), czy figury św. Antoniego nad miastem Caraguatatuba. Zauważyliśmy jedno, że Bóg nas prowadzi i ciągle czuwa nad nami razem z naszymi aniołami stróżami. Oczywiście czasem szatan też nie spał. Ale jak to lubię mówić ja: „Kto z Bogiem, z Tym i Bóg”. Nasze przeżycia nasze wrażenia zostaną nam na całe życie, możemy je nawet odkładać do osobistego skarbu wrażeń i dzielić się nimi z innymi.

Następny nieplanowany cel to był Paragwaj, tak się stało, że nas tam też zaniosło. Paragwaj w porównaniu z Brazylią, Argentyną czy Urugwajem jest najniebezpieczniejszym krajem. Tam nie tylko policjant ma broń, ale i zwykły człowiek, co nas czasem przerażało. Paragwajskie widoki, są zarówno cudne, jak i szokujące, tu można spotkać twarz indiańską, ale ci Indianie noszą jeans i sportowe buty adidas. Mają swoje chatki, podobne na szałasy, sprzedają ręcznie wykonane jakieś bransoletki, wisiorki i wszystko to, czym można zaciekawić turystę. Poznaliśmy tam księdza Polaka Wojtka, który też ma broń, powiedział, że tu w Paragwaju to jest normalne, czasem bronić się trzeba. Jadąc, skręciliśmy do szkoły, która była przy drodze. Dzieciaki cudowne, takie aniołki i jednocześnie zwinne jak „małpki”. Szkoła wiejska była nie duża, dwie lub trzy klasy bez okien, w środku parę ławek, tablica, kreda, dwie nauczycielki i ponad 40 dzieciaków.

Od razu sobie wspomniałem naszą Europę, gdzie szkoły są niemalże w marmurach i złocie, dużo różnorodnych wygód dla dzieci, a dzieci są i tak niezadowolone i ciągle na coś narzekające. Taka sama sytuacja w Europie i z dorosłymi osobami, ktoś zawsze na coś narzeka: ma prace, pieniądz na chleb, samochód, dom, żonę lub męża, dzieci — narzeka; a jeśli ma czegoś mniej niż inny, też narzeka. Ludzie wyglądają pustymi, chcą być kimś lub czymś, a nie potrafią być zwykłym człowiekiem. Dążymy do czegoś nie wiadomo „za wszelką cenę”, po co i dla kogo? Chcemy tylko komfortu i wygody, i jeszcze, aby ktoś nas żałował, przytulał i pocieszał nas. Gonimy się za karierą, zapominając o kościele, wierze, Bogu, króciutkiej modlitwie, a jak trwoga to od razu my do Boga.

Łacińska Ameryka zachwyciła mnie swoją mocną i głęboką wiarą. Ludzie są tam bogaci 10 proc. mieszkańców albo biedni 90 proc. W odróżnieniu od Europy praktycznie nie ma klasy średniej. Ale oni potrafią żyć sercami piękniej niż my, nie mając takich wygód i możliwości jak w Europie. Tu człowiek jest człowiekiem! Tu nie zapominają o swych ideałach, wartościach życia i wiary. Żyją w sposób żywy, chociaż bosy, ale uśmiechnięty. Poziom życia jest ciężki, ale jakoś naród potrafi żyć i mniej narzekać na coś. Tak przynajmniej dało się zauważyć.

image-22928

Pod pomnikiem Jana Pawła II w Montevideo, gdzie papież celebrował Mszę świętą Fot. pielgrzymi

Argentyna. Jadąc od Posadas do Buenos Aires, od razu w oko wpada zauważalna rzecz, że tu mamy więcej zieleni i drzew niż w Paragwaju i nawet w Brazylii. Duże tereny łąk, na których niezliczona ilość bydła, krów, owiec i koni. Byliśmy na słynnych argentyńskich wodospadach, gdzie po prostu twoja dusza szaleje od tego, co widzi twoje oko. Naprawdę wam mówię, że Bóg jednak miał „gust” jak tworzył nasz świat. Cudowne pejzaże przelatywały nam podczas jazdy na siodełku, czasem od tego nawet nie czujesz ani zmęczenia, ani jakiegoś bólu, jedynie silne wiatry dokuczały na trasie długości 1200 km. Drogi mniej zatłoczone ciężarówkami, ale bez poboczy dla rowerzysty i to nam „odbierało smak jazdy”. Buenos Aires ogromne i potężne miasto, gdzie w jedną stronę siedem pasów dla samochodów, a obok tyle samo w drugim kierunku. Jasne, w takich dużych miastach gdzieśmy byli, to można jednym słowem określić — Europa, czyli prawie wszystko jest podobnie. Naród Argentyny też jest tak miły, jak i Brazylijczycy. Wiadomo nie wszyscy, ale Bóg nas kierował bardziej do ludzi dobrych. W Argentynie byliśmy przy pomniku Jana Pawła II ufundowanym przez Jana Kobylańskiego w Posadas. Piękny i potężny pomnik projektu prof. Cz. Dźwigaja z Krakowa, postawiony za życia papieża w 2003 roku. Czasem szokowały nas, w dobrym znaczeniu tego słowa, obrazy i figury, które można było spotkać dosłownie wszędzie, a mianowicie z Jezusem Miłosiernym. Można było Jezusa Miłosiernego zobaczyć na samochodzie, na domku, w restauracji, w sklepie, nawet małe kapliczki z obrazem i nadpisem po polsku „Jezu Ufam Tobie”. Czyżby nie szok? U nas czasem katolik w swoim domu nie ma, żadnego znaku, obrazika, krzyżyka, że jest osobą wierzącą, a jeśli ma, to i to będzie w jakiejś szufladzie. I najważniejsze, że szczęśliwie „pod wiatr i z deszczem” przez mosty na rzekach pod Buenos Aires, dotarliśmy do narodowego sanktuarium Matki Bożej w Lujan, zwanej „Częstochowską” przez Polonię. Msza święta w czterech językach i odszukiwanie śladów wizyty Jana Pawła II. Powrót do klasztoru Ojców Redemptorystów w Buenos Aires i odpływamy promem do portu Colonia del Sacramento w Urugwaju.

image-22929

11 listopada Mszy świętej przewodniczył Nuncjusz Apostolski w Montevideo Fot. pielgrzymi

Urugwaj nie jest dużym państwem. Ma jednak swój urok. W Urugwaju braliśmy udział z organizacją USOPAL w uroczystości Święta Niepodległości 11 listopada. W ten dzień złożyliśmy wieniec kwiatów pod pomnikiem Jana Pawła II w Montevideo, który także jest fundacji Jana Kobylańskiego i potem udaliśmy się do kościoła na uroczystą Mszę świętą, która była odprawiana przez Nuncjusza Apostolskiego J.E. Mons. Anselmo Guido Pecorari wraz z księżmi Polakami, w językach polskim i hiszpańskim. W pałacu im. J. Marszałka Piłsudskiego z 1929 roku odbył się uroczysty obiad, gdzie mogliśmy podziękować dla organizacji USOPAL za bardzo serdeczne przyjęcie nas w Montevideo. Później mieliśmy kilka dni na zwiady Urugwaju i jego okolic wraz z pomnikiem Fryderyka Chopina w Punta del Este. I właśnie tu w Urugwaju skończyła się nasza bezcenna XVIII Wileńska Pielgrzymka Rowerowa „Śladami Jana Pawła II”.

Z Montevideo wróciliśmy do Brazylii, dwie osoby samochodem Doris, a pięć osób samolotem do Rio de Janeiro, do tego ciepłego domku Miłosierdzia „dla Życia”, do Doris. Spędziliśmy jeszcze razem niepełne trzy dni w Rio, pakowanie się, ostatnia Msza święta i pożegnalna kolacja, łzy w oczach, żal, cisza i jednocześnie ostatnie chwile radości i nadziei, że może jeszcze się spotkamy. Lotnisko, bagaż, dokumenty, przejście do samolotu, odlot.

Do widzenia Brazylio. Paryż – Rzym – Wilno i już jesteśmy w domu, praca, codzienność, szarość, zima i już za niedługo Boże Narodzenie, Nowy Rok.

Czuję, że po 1 stycznia 2011 nowe idee i pomysły księdza Darka czekają młodzież wileńską. Niecierpliwie na to czekam i serdecznie dziękuję Tobie Ojcze, że dajesz nam to, co nie każdy o tym może marzyć. Chyba także nigdy nie zapomnę tych ludzi, co spotkałem na swej drodze, a szczególnie ks. Piotrka i Doris. Przy okazji chcę także podziękować swojej dyrektorce i personalu, że dali mi dłuższy urlop i pozwolili wziąć udział w tej pielgrzymce. Wszystkim, za modlitwy i wsparcie mówimy z głębi serca — Bóg zapłać!

Pwd. Marek Tomaszewicz

7 odpowiedzi to 3012 km rowerami po Ameryce Południowej (2-3)

  1. Paw69 mówi:

    Szacun – Polak potrafi!!!

  2. Wstyd mówi:

    I nie wstyd, przez tyle lat organizowac sobie wycieczki za społeczne pieniądze? Rozumiem,ze kasa rejonu wilenskiego kryzysu nie ma, ale czyzby już wszystkie potrzeby Reksciowa załatwiła, oprócz wycieczek grupki kolarza Stańczyka?!

  3. Kazimierz Kransztadzki mówi:

    Trzeba mieć jakieś rozeznanie żeby o czymś pisać To nie za pieniądze samorządowe.

  4. Kazimierz Kransztadzki mówi:

    PS chwała, że są jeszcze tacy księża którzy zajmują się młodzieżą nie tylko od strony duchowej ale i dbają o poszerzanie ich horyzontów m.in poprzez podróże

  5. Odwazny mówi:

    Do Wstyd: Takie poglady moga nalezec tylko do bardzo niewyksztalconej i ciagle narzekajacej osoby, ktora ma zal do calego swiata, ze nic w zyciu nie osiagnela i przez to zazdrosci dla ludzi sukcesu. Wstyd, ze jest taki „Wstyd”, ktory tylko oszczerstwa rzuca, bez zadnego rozeznania.
    Gratulacje pielgrzymow. Zycze wiecej udanych i niepowtarzalnych wypraw.

  6. ks. Stanczyk mówi:

    Oswiadczam, ze na PIELGRZYMKI ROWEROWE ku czci Jana Pawla II – przez wiele lat NIE PROSILEM, NIE BRALEM ZADNYCH PIENIEDZY Z REJ. WILENSKIEGO. Wpis „wstydu” jest na 100% klamstwem! Prosze sprawdzic najpierw w ksiegowosci rej. wilenskiego, a dopiero pozniej „pisac, i tylko prawde”. Wyjazd do Ameryki Lac byl w 100% bez dofinansowania, takze bez proszenia z fundacji polskich! Podkreslam, ze takze na pomnik Jana Pawla II w Kowalczukach nie prosilem p. Mer Marie Reksc o dofinansowanie, gdyz liczylem na „wiare miejscowych ludzi”. Tak, byly dofinansowania w granicach 30% kosztow niektorych imprez harcerskich, odbywajacych sie na Wilenszczyznie, w duchu zajec „patriotyczno – religijnych”! Organizacje nasze mlodziezowe prosza, jak wszyscy inni, zgodnie z przepisami urzedu. Obliczam, ze na okolo 15 duzych imprez w 2010 roku, prosilismy o dofinansowanie na trzy. Dzieciom SZLACHETNIE DAZACYM DO IDEALOW – ktos „wstydnie” chce zalowac „dobrze spozytkowanych pieniedzy podatnika”, do ktorych dzieci „owych podatnikow maja prawo”, bo to takze ich rodzin pieniadze.
    Zycze wszystkim takich samych, radosnych wysilkow pracy i sluzby dla mlodziezy, z dofinansowywaniem przez siebie samego, dla tej pieknej naszej mlodziezy (czesto sierotow, bez rodzicow), ktora nie chce zagubic swego zycia w licznych „wspolczesnych zagrozeniach”.
    Bogu dziekuje, ze On mnie bardzo kocha i wspiera swa laska i darami Ducha Swietego!
    *Wybacz dla „wstyda”!

  7. Ela mówi:

    Popieram ks. Darka w takich wyjazdach, gdyz sa swiatelkiem nadzieji dla mlodziezy! Tak trzymac! Niech Bog dopomoze!!! Zycze jeszcze wielu wielu takich wyjazdow!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.