37
Początek końca rządu Kubiliusa?

image-24268

Po spotkaniu z premierem minister Kreivys oświadczył, że zostaje na stanowisku Fot. ELTA

Czarne chmury, które ostatnio zebrały się nad rządem Andriusa Kubiliusa, prorokują, jeśli nie jego upadek rządu, to trudny okres, jakiego ten rząd, być może, nie miał od początku swojej kadencji w 2008 roku.

A wszystko za sprawą interpelacji dla kilku ministrów, którzy wraz z początkiem sesji parlamentarnej, 10 marca, będą musieli zabiegać w Sejmie o wotum zaufania dla siebie. Interpelacja czeka ministra energetyki, Arvydasa Sekmokasa oraz ministra ochrony środowiska, Gediminasa Kazlauskasa.

Tymczasem, w najtrudniejszej dla siebie, a zarazem dla rządu sytuacji znalazł się minister gospodarki, Darius Kreivys. Jego dymisji domaga się bowiem nie tylko opozycja, ale też związki zawodowe. Co więcej, w ubiegłym tygodniu, również prezydent Dalia Grybauskaitė, oświadczyła, że minister gospodarki utracił jej zaufanie. Kreivysowi zarzuca się, że nie unikał konfliktu interesów podczas podejmowania decyzji o przyznaniu dla kilku spółek swojej matki około 6 mln litów z funduszy unijnych.

Prezydent Grybauskaiutė oświadczyła, że Kreivys powinien wybierać między polityką a biznesem.

Wczoraj minister Kreivys raz jeszcze odrzucił wszystkie stawiane mu zarzuty i oświadczył, że nie zamierza podać się do dymisji. Znamiennym jest to, że z tym oświadczeniem minister wystąpił po dłuższej naradzie z premierem Andriusem Kubiliusem. Premier już wcześniej sugerował nie raz, że w pełni ufa ministrowi Kreivysowi.

— Nie trzymam się kurczowo fotela, jestem jednak zdecydowany do dalszych działań. Kwestia zarządzanie moim akcjami będzie uporządkowana w ten sposób, że nikt nie będzie miał w tej sprawie żadnych wątpliwości — na oświadczenia prezydent odreagował wczoraj minister Kreivys po spotkaniu z premierem.

Szybciej i wcześniej niż Kreivys czy też premier Andrius Kubilius, na oświadczenia prezydent, zareagowała opozycja. Partia „Porządek i Sprawiedliwość” zaapelowała wczoraj do ugrupowań opozycyjnych o podtrzymanie wotum nieufności prezydent wobec ministra gospodarki. Ale nie tylko. Szef frakcji sejmowej partii, poseł Valentinas Mazuronis, zaapelował wczoraj do liderów opozycyjnych ugrupowań o rozpoczęcie dyskusji nad koniecznością powołania nowej koalicji i nowego rządu.

„Niestety, prezes Rady Ministrów, Andrius Kubilius, nie skorzystał z okazji, żeby dowieść, że przejrzystość i otwartość są ważnymi wartościami obecnej koalicji rządzącej. Pokazał on swoimi działaniami, że obrona interesów kolegów i ich partnerów biznesowych jest dla niego ważniejsza niż podstawowe wartości życia politycznego. Dziś Andrius Kubilius ma jedyne wyjście — z całą Radą Ministrów podać się do dymisji. I musi to zrobić jak najszybciej” — czytamy w oświadczeniu posła Valentinasa Mauronisa.

Jak wiadomo już ani minister Kreivys, ani tym bardziej premier Andrius Kubilius nie zamierzają ustępować. Tymczasem z naszych ustaleń wynika, że opozycji może zabraknąć nie tylko impetu, ale też sił, żeby wymusić dymisję na rządzie. Bo chociaż koalicja rządząca ma minimalną większość w parlamencie, to jednak partie opozycyjne nie są zgodne co do metod i sposobów wspólnego działania. Partie opozycyjne przekonały się już o tym przed ponad rokiem, kiedy w obliczu kryzysu rządowego, Kubiliusowi udało się przekonać do siebie trzech posłów opozycyjnego Ludowego Związku Chłopów. I chociaż Związek nie dołączył wtedy do koalicji rządzącej, to jednak w specjalnej umowie zobowiązał się do wspierania rządu. W listopadzie ubiegłego roku partia chłopska poczuła się oszukana i zerwała tę umowę, aczkolwiek, jak tłumaczy w rozmowie z „Kurierem” prezes Związku, Ramūnas Karbauskis, jego partia nie zamierza bezwzględnie popierać opozycję.

— Wszystko będzie zależało od konkretnej sytuacji i automatycznie nie będziemy popierali inicjatyw opozycji — mówi nam prezes partii chłopskiej. Wyjaśnia również, że w kwestii interpelacji dla ministrów energetyki, gospodarki i ochrony środowiska nie będzie stanowczego i bezwzględnego „nie”.

— Będziemy dyskutowali i rozważymy każdy przypadek z osobna — mówi Karbauskis. — Najmniej mamy wątpliwości dotyczące ministra Sekmokasa, ale poprzemy wotum nieufności wobec niego nie dlatego, że opozycja go oskarża o klęskę negocjacyjną w sprawie budowy nowej elektrowni, lecz dlatego, że minister akurat forsuje plan budowy elektrowni, nie zważając na to, że Litwa ma ogromny potencjał w zakresie produkcji energii ze źródeł odnawialnych.

Zdaniem Karbauskisa, Związek nie do końca rozumie stanowiska partii opozycyjnych wobec ministrów Kreivysa i Kazlauskasa.

— Mamy tu duży dylemat. Będziemy więc poważnie zastanawiali się — powiedział prezes partii chłopskiej.



TRANSFORMACJE RZĄDU KUBILUSA

Od zaprzysiężenia w listopadzie 2008 roku rządu na czele z Andriusem Kubiliusem, jego rząd przeszedł kilka poważnych transformacji. Pierwsza zmiana nastąpiła w lipcu 2009 roku, kiedy ministra finansów Algisa Šemetę, który został komisarzem unijnym, zastąpiła na stanowisku Ingrida Šimonytė. Druga kosmetyczna zmiana nastąpiła po zaprzysiężeniu nowej prezydent Dali Grybauskaitė. Choć wcześniej zapowiadała ona wymianę co najmniej kilku ministrów, w końcu poprzestała na zamianie ówczesnego ministra pracy i opieki socjalnej Rimantasa Dagysa, na Donatasa Jankauskasa. Po konflikcie również z prezydent, przed ponad rokiem portfel ministra spraw zagranicznych utracił Vygaudas Ušackas. Zastąpił go Audronius Ažubalis. W ubiegłym roku doszło też do dymisji ministrów ochrony zdrowia oraz kultury. Ministrowie Algis Čaplikas i Remigijus Vilkaitis musieli ustąpić pod presją nie tylko opozycji i prezydent, ale też części koalicji rządzącej. Zagrożeni interpelacją byli już minister oświaty i nauki, Gintaras Steponavičius oraz minister komunikacji, Eligijus Masiulis. Kłopoty z zachowaniem pozycji, tudzież stanowiska ma również minister spraw wewnętrznych Raimundas Palaitis.

37 odpowiedzi to Początek końca rządu Kubiliusa?

  1. ben mówi:

    Raczej wspomniane „czarne chmury” nad rzadem RL zapowiadają dość długą i ostrą kampanię wyborczą.

  2. Cziburaszka mówi:

    do ben

    Wg mnie podstawowym problemem rządu A. Kubiliusa jest od początku strach przed odważnymi reformami strukturalnymi. Etatyzm i fiskalizm zawsze prędzej czy później kończą się kłopotami. W wypadku niewielkich państw raczej wcześniej 😉

  3. pšv mówi:

    Nic konserwom nie grozi, pewna substancja nie tonie!

  4. zozen mówi:

    Rządowi RL nic nie grozi. Wymienią kilku ministrów i na tym się skończy.
    Opozycja jest słaba i zbyt rozproszona, żeby utworzyć nowy rząd. Zresztą nie jest to w jej interesie – teraz najlepiej na krytyce rządu dociągnąć do wyborów, a tam może i sytuacja ekonomiczna się poprawi i będzie łatwiej rządzić.

  5. obywatel mówi:

    Moim zdaniem rząd Kubilusa dawno się już spalił, jego potrzymują jedynie tylko układy z innymi partiami i wiele wygodnych stanowisk.

  6. pieszy mówi:

    Nie istnieje u nas takie pojecie jak honor i odpowiedzialnosc polityczna.Jezeli minister utracil zaufanie u najwazniejszej osoby w kraju, to musial sam podac sie do dymisji. Moze w innych krajach tak i jest, ale u nas to zasiada sobie jak przyklejony.

  7. ben mówi:

    Do Cziburaszka:
    Nie sądzę, by do destabilizacji rządu doszło w tak krótkim czasie, jaki został do wyborów, ale na pewno osoby, które „nabroiły”, nie będą na świeczniku w trakcie układania list.
    Po prostu koszt wymiany ministrów (odprawy + pieniądze na zatrudnienie nowych „dworzan” byłby zbyt wysoki. Takich posunięć przed wyborami raczej się nie robi, chyba ze się chce strzelić gola do własnej bramki.

  8. tomasz mówi:

    Muszę przyznać że na początku tej kadencji wieszczyłem że rząd do je końca nie dotrwa. Dla mnie te wszystkie koalicje były zbyt egzotyczne. Teraz przyznaję że jestem zaskoczony dotrwaniem aż tak długo. I kto wie czy nie dotrwa do końca. Bo np „zozen” podaje argumenty które do mnie trafiają.
    „Ben” z koleji słusznie pisze że zapewne niektórych ministrów będzie się przed wyborami troszkę maskowało. Natomiast raczej nie trafia do mnie argument że ktokolwiek w rządzie będzie się przejmował kosztami odpraw itp. 🙂

  9. Astoria mówi:

    A ja mam wrażenie, że Dalia Grybauskaitė za bardzo się miesza w sprawy rządu i systematycznie nadużywa swoich uprawnień konstytucyjnych. Nie można budować polityki w oparciu o zaufanie prezydenta. Rząd ma bezpośredni mandat do prowadzenia polityki gospodarczej, a nie prezydent. Prezydent powinna się zająć przyznawaniem orderów i odznaczeń, bo w ważniejszych sprawach popełnia błąd za błędem.

  10. tomasz mówi:

    do Astoria: Jest i w tym jakaś racja. Choć z drugiej strony Prezydent swoje opinie wyrażać może no i w końcu to jednak ona/on wręcza nominacje. W krajach takich jak Litwa i Polska i nie tylko, rola Prezydenta nie jest jednoznaczna i często praktyka zależy od cech osoby tę funkcję pełniącej.

  11. Astoria mówi:

    @ tomasz: Wręczanie nominacji jest formalnością. Prezydent nie może nominacji nie wręczyć, podobnie jak nie może zdymisjonować ministra. Prezydent ma prawo wyrażać opinie. Z pewnością prezydent wyraziła swoją opinię prywatnie, minister odmówił, premier go poparł, więc teraz wypowiedziała wojnę rządowi publicznie. Nie sądzę, by takie publiczne potyczki na szczycie władzy były dla Litwy korzystne. Przypomina to fatalną kohabitację L. Kaczyńskiego i Tuska.

  12. tomasz mówi:

    do Astoria: Zależy jak na to spojrzeć. Ja tam na przykład nie uważam że desygnując (i składają swój PODPIS) kogoś na jakieś stanowisko nie ponoszę za to żadnej odpowiedzialności i nie mam prawa w jakikolwiek sposób rozliczyć go.
    To tyle praktyki czy teorii. Jak kto woli. Moim zdaniem tzw zdrowego rozsądku. Dlatego takie systemy polityczne specjalnie mi „nie leżą”.

    Potyczki na szczytach władzy czasem nie przynoszą korzyści a czasem przynoszą. Różnie bywa. Dla mnie są nieodłącznym elementem systemu zwanego demokracją.

  13. ben mówi:

    Tomasz:
    Zgoda. Rząd nie, ale wyborcy tak 🙂
    tego się nie da ukryć ponieważ wyciągną to inne ugrupowania.
    Zwykle tak bywa, więc „wymiana” byłaby zbyt „kosztowna” z tego względu.
    Oczywiście kandydatów do zwolnionego fotela nawet na chwilę byłoby wielu, a „podwieszonych” pod nich jeszcze więcej, ale czy dla pozostałych „kolegów” z rządu byłoby to opłacalne, gdy w perspektywie kolejne lata rządów po wygranych (takie założenie jest wszak zawsze brane pod uwagę, gdy się startuje ponownie) wyborach? 🙂

  14. tomasz mówi:

    do ben: Tutaj zgoda. Wyborcy tak. Tylko że jak zmian nie będzie to konkurencja wyciągnie argument o trwaniu żeby jeszcze coś tam zgarnąć. I też przekonywujący.

  15. ben mówi:

    Ok. Zatem będzie ciekawie.
    Jeżeli ktoś by to umiejętnie wykorzystał, miałby wspaniały deser powyborczy. 🙂

  16. tomasz mówi:

    do ben: A to, to na pewno. 🙂

  17. Astoria mówi:

    @ tomasz:

    Złożenie podpisu przez prezydenta pod nominacją albo dymisją ministra czy premiera nie ma nic wspólnego z wyrażeniem aprobaty. To obowiązek i formalność regulowane ustawowo. Przeczytaj Konstytucję Litwy, która – nieco mgliście, ale jednak – wyłączną władzę w tym względzie oddaje Sejmasowi.

    W pewnym stopniu – choć będzie to przerysowanie – prezydent Litwy, podobnie jak prezydent Polski, jest odpowiednikiem królowej brytyjskiej, która de jure jest głową państwa, ale de facto nie rządzi. Konstytucja Litwy nie przyznaje prezydentowi żadnych kompetencji w sprawach wewnętrznym państwa, w tym gospodarczych. Przyznaje mu/jej wyraźniejsze kompetencje w polityce zagranicznej, ale w ścisłym związku z rządowymi. Prezydent Litwy, podobnie jak prezydent Polski, nie może prowadzić niezależnej polityki ani zagranicznej ani wewnętrznej.

    Niestety dla Litwy, Grybauskaitė wydaje się interpretować Konstytucję opacznie, przesadnie na swoją korzyść, podobnie jak to robił L. Kaczyński, głównie w sprawach zagranicznych, dopóki go nie zastopował wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

    O ile królowa brytyjska nie ma żadnej władzy wykonawczej (ani ustawodawczej) i musi podpisać wszystko, co jej rząd/Parlament podsunie pod nos, to w systemie litewskim, podobnie jak w polskim, prezydent może wykazać pewną inicjatywę ustawodawczą i wykonawczą. Ale nie może być ona w konsekwencji sprzeczna z linią rządu. Gdyby Kubilius miał więcej jaj, to by w końcu panią prezydent sprowadził na ziemię. Być może nie spotkałoby się to z aprobatą elektoratu, który rządu Kubiliusa nie darzy miłością, ale gdyby sprawa trafiła do Sądu Konstytucyjnego, to Kubulius wygrałby z Grybauskaitė, jak Tusk wygrał z L. Kaczyńskim.

    Na marginesie, nie bardzo rozumiem poparcie dla Grybauskaitė często manifestowane przez Polaków na Litwie. A co też takiego dobrego pani prezydent Litwy dla polskiej mniejszości zrobiła? Obiecała coś zrobić, ale nie zrobiła nic, wpisując się w tradycję litewskiej polityki obiecanek i uników. Coraz bardziej staje się jasne, że preferuje Rosję i Białoruś od Polski. Ponoć, jak przeczytałem niedawno, tłumaczyła polskim politykom, że Rosja przynajmniej przeprosiła Litwę, a Polska nie. Zapewne stawia „bunt” Żeligowskiego na tej samej szali, co wcielenie Litwy do CCCP. Stawiam zakład, że okaże się najgorszą prezydent w niepodległej Litwie i najbardziej nieprzychylną aspiracjom polskiej mniejszości.

  18. andrzej mówi:

    Kubilius musiał by nie tylko odejść , ale razem ze swoją ekipą dostać dożywocie i kasatę majątku na rzecz państwa , bo jeszcze chyba nikt nie potrafił tak wyniszczyć gospodarkę jak on i jego zgraja .

  19. Czesław57 mówi:

    Ad17

    „Stawiam zakład, że okaże się najgorszą prezydent w niepodległej Litwie i najbardziej nieprzychylną aspiracjom polskiej mniejszości.”

    Tez tak uważam.

  20. ben mówi:

    Wykorzystanie sytuacji, w której prezydent RL nie idzie w parze z rządem przez Polaków , a tym samym wspieranie jej działań „czyszczących”, jest sensownym posunięciem.
    Dobrym pytaniem mogłaby być antynomia:
    Czego dla Polaków nie zrobiła złego prezydent RL, a mogła?

  21. pieszy mówi:

    Za stawianie sie za swoich podopiecznych: ministra gospodarki, energetyki i ochrony srodowiska, sam Kubilius moze stracic swoja posade, gdyz takie stanowisko premiera moze zmusic Prezydenta do wyrazenia jemu wotum nieufnosci.I bedzie po rzadzie.W tym wypadku premier bardzo ryzykuje.

  22. tomasz mówi:

    do Astoria:
    Dziękuję za przekazanie mi informacji o których wiem.
    Tylko co do jednego mam poważne wątpliwości. Prezydent moim zdaniem wcale nie musi składać projektów ustaw które są sprzeczne z linią rządu. Co najwyżej nie przejdą ale składać może.

    To o czym piszesz właśnie potwierdza bezsens urzędu Prezydenta w Polsce czy na Litwie. Mnie pod tym względem bardziej przekonuje system np amerykański. Jest bardziej przejrzysty.

    Akurat poparcie dla Prezydent przez wielu Polaków rozumiem choć się z nim nie zgadzam. Zresztą sam sobie odpowiadasz w tym fragmencie: „Coraz bardziej staje się jasne, że preferuje Rosję i Białoruś…”

  23. tomasz mówi:

    do pieszy: Jemu się wydaje że nie ryzykuje bo nawet jakby się tak stało to i tak znowu utworzy on rząd.

  24. pieszy mówi:

    Nie zatwierdzi tak latwo takiego rzadu Grybauskaite.Nie wiem dokladnie co tam przeskrobal minister srodowiska, ale minister energetyki to przewalil w sprawie inwestorow do budowy EA i to, moim zdaniem, jest wazniejsze od rodzinnego biznesu pana Kreivysa.

  25. tomasz mówi:

    do pieszy: Jakbyś czytał powyższe posty to byś wiedział że Prezydent MUSI desygnować rząd który uzyskał większość parlamentarną.

    Moim zdaniem obie sprawy są równie ważne.

  26. Ja mówi:

    „W krajach takich jak Litwa i Polska i nie tylko, rola Prezydenta nie jest jednoznaczna i często praktyka zależy od cech osoby tę funkcję pełniącej”

    I to moim zdaniem jest problem. Powinno być tak jak w USA, gdzie głowa państwa jest jednocześnie szefem rządu, albo tak jak w Wielkiej Brytanii, gdzie pełni tylko funkcje reprezentacyjne i nie ma żadnej władzy. Obecny system jest beznadziejny. Niestety, pomysły na jego zmianę są zawsze tworzone albo pod kogoś, albo przeciwko komuś, a tak państwa reformować się nie da.

  27. tomasz mówi:

    do Ja: Ja tam wolę system USA.
    Zgadzam się z resztą postu. Zresztą to nie jest jedyna zmiana jaką dobrze by było wprowadzić w naszym systemie politycznym.

  28. Tomasz Otocki mówi:

    W konstytucji litewskiej istnieje ciekawy przepis, że jeśli zmieni się więcej niż połowa rządu, gabinet musi ponownie ubiegać się o zaufanie Sejmu. W przypadku dymisji dwóch ministrów (co jeszcze nie jest pewne), chyba właśnie taki będzie los rządu Kubiliusa. Z drugiej strony, nie bardzo widzę szansę zbudowania alternatywnego układu koalicyjnego. Najpewniej skończy się więc na rekonstrukcji obecnego gabinetu, albo na wymianie premiera przy zachowaniu obecnego układu TS-LKD/LiCS/LRLS/TPP.

    Przy okazji – zgadzam się z opinią Astorii, że Pani Prezydent najwyraźniej za często ingeruje w sprawy rządowe. Co by nie powiedzieć o obecnie rządzącej koalicji, w 2008 r. dostała ona mandat od społeczeństwa na cztery lata i niech będzie rozliczana w 2012 r. przez wyborców, a nie przez Panią Prezydent. Wyniki ostatnich wyborów uzupełniających w Mariampolu pokazały zresztą, że potencjał centroprawicy wciąż nie jest wyczerpany: TS-LKD i LRLS zdobyły ponad 1/3 głosów przy analogicznym wyniku obu ugrupowań socjaldemokratycznych…

  29. tomasz mówi:

    do Tomasz Otocki: Ciekawy post. W sprawie prezydent już się wypowiedziałem i zdania nie zmieniam. Przypominam tylko że ona też uzyskała poparcie wyborców i to nawet mniej dawno.

  30. Ja mówi:

    do Tomasz: rozwiązanie rodem z USA jest niby lepsze od brytyjskiego, bo władza wykonawcza i ustawodawcza są od siebie skuteczniej oddzielone i żadna z nich nie ma przewagi nad drugą. W systemie brytyjskim premier jest natomiast nie tylko szefem rządu, ale też szefem większości parlamentarnej i oprócz władzy wykonawczej ma też olbrzymi wpływ na władzę ustawodawczą. To niebezpieczne, bo jeśli do „koryta” dorwie się ktoś o zapędach dyktatorskich, to może się to niewesoło skończyć. Z drugiej strony, jeśli w wyborach zwyciężył rozsądny przywódca i reformator, to system brytyjski staje się lepszy, bo daje mu większą swobodę działania niż amerykański, w którym może dojść do kohabitacji ( dobry prezydent i zły Kongres lub zły prezydent i dobry Kongres ). Tak więc oba te rozwiązania mają swoje wady i zalety, a najwięcej zależy chyba od tzw. kultury politycznej, czyli od tego, czy politycy zgodzą się przestrzegać pewnych niepisanych zasad. W Wielkiej Brytanii przestrzegają, więc tam dyktatury jak dotąd nigdy nie było. Nie wiadomo jak wyglądałoby to w Polsce, tzn. wiadomo, że nam dyktatura też nie grozi, ale jakieś lżejsze nadużycia już bardziej. Ale by temu zapobiec trzeba zmienić ludzi ( i to nie tylko tych na stołku, ale mentalność społeczeństwa ), a nie system.

  31. tomasz mówi:

    do Ja: Niby wszystko bardzo słusznie ale tak bardzo ogólnikowo. Bo na przykład nie wiem co masz na myśli że jak byśmy zmodyfikowali system polityczny to może dojść do jakiś „lżejszych nadużyć”? A teraz to nie dochodzi?
    „Zmienianie ludzi” – nie wiem co niby masz na myśli i jak to zrobić? Dla mnie to utopia która jeśli będzie próbowana być wprowadzona w życie do pewnie doprowadzi do tego co już przerabialiśmy. I wystarczy.
    Moim zdaniem ludzie wszędzie
    dopasowywują się do reguł. Jak reguły będą jasne i przejrzyste to po pierwsze łatwiej będzie o ich akceptacją a po drugie „dopasują się” w ten sposób że właśnie się zmienią. Jak reguły są mentne i „kombinacyjne” to ludzie są „mentni” i kombinują.

  32. Astoria mówi:

    Zgadzam się z Ja, że najważniejsza jest tzw. kultura polityczna. Ani pięknie napisana konstytucja ani spolegliwy nominalnie ustrój nie zagwarantują wolności i sprawiedliwości, jeśli na straży tych wartości nie będzie stało społeczeństwo obywatelskie. Systemy polityczne RP, RL, Ukrainy, Rosji, Francji są mniej więcej podobne: prezydencko-parlamentarne, choć taka wspólna etykietka może być kotrowersyjna. Przyjmując ją dla prostoty, taki system sprzyja demokracji we Francji, w RP i RL, gdy w Rosji wyprodukował autokrację, na Ukrainie, po pomarańczowej rewolucji, uniemożliwił rozwój gospodarczy i spowodował paraliż państwa, a obecnie sprzyja budowaniu autokracji na wzór rosyjski. Dlatego, że Francja (od czasu Rewolucji) jak i Polska i Litwa (za sprawą historycznego spadku po Rzeczpospolitej Obojga Narodów – choć Litwa tego nie docenia) dorobiły się społeczeństw obywatelskich (choć można polemizować nad ich jakością), gdy Rosja i Ukraina takowych nigdy nie posiadały i daleko im do ich stworzenia. Widać więc, że system prezydencko-parlamentarny sam w sobie nie gwarantuje demokracji, a jedynie ją może umożliwić, gdy istnieje społeczeństwo, które jej sprzyja i potrafi ją bronić.

    System prezydencko-parlamentarny najlepiej się sprawdza w krajach wysoko rozwiniętych gospodarczo z silnym społeczeństwem obywatelskim, gdzie nie istnieje potrzeba radykalnych reform, obywatele są zasadniczo zadowoleni z tego, co mają, i przeciwni radykalizmowi gospodarczemu i politycznemu, który dobrobyt mógłby naruszyć. Potencjalny radykalizm premiera kontroluje prezydent i vice versa.

    Ale w kraju takim jak Polska, gdzie wciąż potrzebna jest radykalna reforma państwa odziedziczonego po komunie, system prezydencko-parlamentarny to utrudnia. W RP potrzebny jest silny rząd z silnym mandatem, który mógłby reformy w końcu przeprowadzić. Niestety, od odzyskania niepodległości żaden polski rząd nie zdobył absolutnej większości parlamentarnej. A gdy nad każdym słabym, koalicyjnym rządem wisi w dodatku gilotyna prezydenckiego weta, to, jak pokazuje doświadczenie, niewiele daje się zrobić.

    Od czasu do czasu iskrzy w RP na krótko dyskusja nad potrzebą zmiany Konstytucji i wprowadzenia systemu parlamentarnego albo prezydenckiego. Ostatnio plan takich zmian opracował Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski, który przedstawił go pozapublicznie partiom politycznym pod rozwagę tuż przed śmiercią w katastrofie smoleńskiej… i sprawa zginęła wraz z nim.

  33. ben mówi:

    Do Astoria:
    napisałeś, że „w kraju takim jak Polska, gdzie wciąż potrzebna jest radykalna reforma państwa odziedziczonego po komunie, system prezydencko-parlamentarny to utrudnia. W RP potrzebny jest silny rząd z silnym mandatem, który mógłby reformy w końcu przeprowadzić. Niestety, od odzyskania niepodległości żaden polski rząd nie zdobył absolutnej większości parlamentarnej. A gdy nad każdym słabym, koalicyjnym rządem wisi w dodatku gilotyna prezydenckiego weta, to, jak pokazuje doświadczenie, niewiele daje się zrobić”.
    Troszeczkę chyba z tymi „słabymi rządami” przesadziłeś. Było tych „silnych” kilka, a i „radykalne” reformy (gospodarczo-finansowa, samorządowa, emerytalna i oświatowa, „zdrowotna” – ta ostatnia dwukrotnie).
    Nie wszystkim „reformom” przed ich wprowadzeniem towarzyszyło, poprzedając ich wprowadzenie, pytanie: „W jakim celu?”
    Skutki niektórych z nich są jakie są.
    Co do wyboru systemu, mamy ten „wybrany”. Można, owszem, zmienić go, tyle tylko, że mogłoby to nastąpić teraz jedynie przez przewrót, ponieważ nie sądzę, aby przy tak a nie inaczej sformułowanej ordynacji wyborczej mogłoby dojść do zaistnienia w obu izbach większości, która byłaby w stanie zmienić odpowiednie artykuły w Konstytucji lub przyjąć nową.
    Nie ma zatem alternatywy do tego co jest i dlatego jest jak jest.

  34. Ja mówi:

    do Tomasz: Astoria w zasadzie wyjaśnił co miałem na myśli. Dokładnie te same słowa można odnieść do każdego innego systemu politycznego. Jeśli natomiast chodzi o „zmienianie ludzi”, to nie wiem gdzie dopatrzyłeś się tu jakiejś utopii, czy zagrożenia. Chodzi o zmiany ewolucyjne, które następują przez cały czas w niemal każdym kraju, a nie o rewolucję, czy inżynierię społeczną ( jestem zdecydowanie przeciwny takim „eksperymentom” ).

    do Astoria:
    „System prezydencko-parlamentarny najlepiej się sprawdza w krajach wysoko rozwiniętych gospodarczo z silnym społeczeństwem obywatelskim, gdzie nie istnieje potrzeba radykalnych reform”

    Czyli w chwili obecnej nigdzie, bo nawet we Francji, która najlepiej pasuje do tej definicji, istnieje potrzeba radykalnych reform ( konkretnie radykalnej reformy systemu emerytalnego ). Choć z drugiej strony większym problemem niż system jest tam nastawienie ludzi. W chwili obecnej nie ma przecież kohabitacji, a mimo to każda próba dokonania nawet drobnych zmian wywołuje wściekłe protesty.

  35. Astoria mówi:

    @ ben:

    Jak dotąd żadna partia nie uzyskała mandatu bezwględnej większości. O ile pamiętam, najwyższy mandat w historii uzyskało SLD – około 40%.

    Reformy, które przedstawiasz, wydają mi się bardziej zasługiwać na miano ćwierćreform. Same przywileje zawodowe, odziedziczone zasadniczo bez zmian po komunie, będą kładły każdy budżet i uniemożliwią zmniejszenie zadłużenia państwa.

    Widziałem ciekawe statystyki, tyczące całości zobowiązań finansowych państw w stosunku do wszystkich żyjących obywateli: a więc zobowiązania emerytalne plus zdrowotne, renty, przywileje zawodowe, etc. Otóż Polska jest na pierwszym miejscu na świecie z sumą zobowiązań wynoszącą 1500% PKB, co znaczy, że jest to kwota równoważna 15 Produktom Krajowym Bruttto, które, oczywiście, nie oznaczają pieniędzy zaoszczędzonych, lecz sumują jedynie aktywność gospodarczą. Polska jest potencjalnie superbankrutem.

    Nie sądzę, by zmiana systemu politycznego była niewykonalna. Wystarczy konsensus międzypartyjny, by zmienić Konstytucję. Autorom obecnej Konstytucji przyświecała obawa przed zbytnią koncentracją władzy wykonawczej w rękach jednej osoby, wpisyjąca się w polską tradycję nie ufania rządzącym. Ale nie zdało to egzaminu w praktyce, prowadząc do braku jasności, kto prowadzi politykę, szczególnie zgraniczną, do czasem żałosnej walki prezydenta z premierem, a nawet do szantażowania wetem ustaw rządowych na zasadzie prezydenckiego widzimisię, itd. Często politycy zagraniczni nie bardzo wiedzą, z kim w danej sprawie powinni w Polsce rozmawiać: czy z prezydentem, czy z premierem. Powinna być w tej materii większa jasność.

    Następną wadą polskiego systemu jest Senat, który nie ma żadnej realnej władzy, zajmując się głównie polityką polonijną, którą równie dobrze mogłoby przejąć MSZ. Senat należałoby albo zlikwidować, żeby niepotrzebnie nie pożerał pieniędzy podatników, albo dać mu realną władzę – kontrolera ustaw sejmowych, jak to ma miejsce w Kongresie.

    Moim skromnym, idealny system dla Polski to albo silna władza prezydencka albo silna władza rządowa. Ta pierwsza wymagałaby zbyt dużych zmian. Dlatego najprościej byłoby zachować dotychczasowe kompetencje premiera i ministrów i ograniczyć władzę prezydenta. Przede wszystkim odebrać mu przywilej weta, a kontrolę nad ustawami Sejmu przekazać Senatowi. Mielibyśmy wtedy silną władzę wykonawczą i jednocześnie podwójną kontrolę rządu przez Sejm i Senat.

    Polska Konstytucja, jako dokument, pozostawia wiele do życzenia pod względem jasności i logiczności. Np. winduje na piedestał najważniejszej osoby w państwie prezydenta, dając mu realnie nikłą władzę, a umniejsza znaczenie premiera i ministrów, którzy de facto rządzą. Prościej by też było, żeby prezydenta wybierał parlament, zamiast bawić się w kosztowne wybory powszechne na stanowisko, mające głównie symboliczne znaczenie.

    @ Ja:

    Wiedziałem, że mnie ktoś na tym przyłapie, bo takich systemów w rzeczywistości wielu nie ma. Turcja mi jeszcze przychodzi do głowy, ale nie jest to kraj wysoko rozwinięty, choć na dobrej drodze.

    Swoją drogą, to ciekawe, że system prezydencko-parlamentarny tak szeroko się przyjął tylko w naszym regionie: Polska, Litwa, Ukraina, Rosja. I nie działa dobrze w żadnym z tych krajów.

  36. ben mówi:

    Zgoda, ale w okresie rządów L. Millera SLD wspólnie z koalicjantem mogło uchwalić praktycznie wszystko.
    Jakkolwiek byś nie nazwał wspomniane przeze mnie reformy, ja widzę je raczej jako realizacje hasła nadrzędnego: „Co by tu jeszcze sp….ć”. Dlatego nie polemizowałem z Tobą w tej materii pisząc:
    „Nie wszystkim „reformom” przed ich wprowadzeniem towarzyszyło, poprzedając ich wprowadzenie, pytanie: „W jakim celu?”
    Skutki niektórych z nich są jakie są”. Prawda?
    Powtórzę więc, kluczowe pytanie, jakie należałoby zadać przy wprowadzaniu jakichkolwiek reform powinno brzmieć: „W jakim celu?”, podobnie zresztą i przy przyjmowaniu kolejnych ustaw (parlamentarzyści polscy szczycą się do dziś tym ,ze za czasów ich kadencji było np. przyjętych najwięcej ustaw).
    I ostatnia sprawa, którą poruszyłem:
    nie mamy szans, poza przewrotem (co także jest raczej nieprawdopodobne) przyjąć innego modelu politycznego w naszym kraju. Możemy natomiast wpłynąć na zmianę ordynacji wyborczej, która umożliwi przynajmniej krok w tym kierunku, o ile społeczeństwo takową zmianą modelu byłoby zainteresowane.

  37. ben mówi:

    Post 36 kierowany jest do Astoria. Przepraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.