6
Wspomnienia drogi życia przy świątecznym stole

image-26786

Z córką Stanisławą i synem Franciszkiem (na ścianie portret rodziców Stanisława) Fot. Marian Paluszkiewicz

Już siedemdziesiąt lat razem przy stole wielkanocnym usiądą Regina i Stanisław Wiercińscy ze wsi Widrańce, co to leży objęta „ramionami” Taboryszek.

Od lat z coraz większą rodziną — dziećmi, ich rodzinami. Tak samo wpatrzeni w siebie, jak przed z górą siedemdziesięciu laty, kiedy to stanęli na ślubnym kobiercu w kościele pw. św. Michała w Taboryszkach.

Co prawda, było lat kilka w życiu Stanisława, że nie mógł dzielić z rodziną radości ze Zmartwychwstania Chrystusa, kiedy to znajdował się w gułagu — w sowieckim obozie pracy przymusowej. Ale myślami był z nimi — swą Reginą i czwórką — opuszczonych nie z własnej woli — dzieci. Bo wiedział, że jego rodzina,  dzieląc jajko wielkanocne na części, jedną pozostawia zawsze dla ojca, z najgorętszym pragnieniem, by do nich z ówczesnej Komii ASRR jak najszybciej wrócił.

W łagrze, który znajdował się w Incie i do którego Stanisław trafił, dyscyplina była bardzo rygorystyczna — nie było żadnych widzeń z rodziną, a i listy można było pisać i otrzymywać tylko dwa razy do roku. Dlatego taki otrzymany liścik był najdroższym prezentem, swoistym lekiem, który pomagał przetrwać kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok…

A kiedy po śmierci Stalina przyszły lata „ocieplenia”, Regina pozostawiła całą czwórkę pod opieką teściowej, do tobołka włożyła kawałek żytniego chleba, słoniny, masła, jajek i z tym dobytkiem wyhodowanym na własnych polach — wyruszyła do Inty…

Jechała pięć dób, po raz pierwszy opuszczając swe strony rodzinne. Właśnie wtedy przed jej oczyma przeleciało całe dotychczasowe, tak niełatwe życie.

Ojciec Reginy umarł na tyfus, matka pozostała z sześciorgiem dzieci, dlatego liczył się każdy kęs chleba, na który nawet najmniejsze dziecko zarabiało w miarę swych sił. Zaczynając od pasania krów. Na tych to pastwiskach razem ze starszym od niej o lat pięć Stasiem krowy paśli, potem do szkoły chodzili.

Życie ich nie rozpieszczało. Obaj półsieroty, bez ojców. Ojca Reginy, jak też Stanisława, zżarł tyfus. Dlatego też Reginę wychowała ciocia, by mamie było lżej.

Były i chwile radosne, kiedy to harmonia zbierała to w jednym, to w drugim domu młodzież na zabawy. Były „majowe” przy krzyżu, kiedy tak wspaniale kwitły bzy. Były niedzielne msze święte w parafialnym kościele.

Mimo że od dawna wpadli sobie w oko, oboje młodzi, obaj pracowici — ze ślubem zbytnio nie śpieszyli i dopiero kiedy Regina miała lat 21, on 26 — pewnej niedzieli w parafialnym kościele w Taboryszkach ksiądz ogłosił zapowiedzi młodej pary: Reginy Sadowskiej i Stanisława Wiercińskiego. A potem odbył się ich ślub.

Regina zamieszkała w domu rodzinnym męża, szanując i poważając jego mamę, której tak wiele zawdzięcza, bo pomogła jej dzieci wychować: Jana, Franciszka, Zygmunta i Stanisławę. Pomoc ta była, jak dowiodło życie, bardzo potrzebna.

Stanisław za udział w Armii Krajowej trafił do gułagu, właśnie do Inty, do której to pierwszy raz jechała Regina. Nie pamięta już, jakie wrażenie wywarły na niej te baraki, które wraz z wiosną co roku zatapiała powódź, ale doskonale zapamiętała życzliwość i serdeczność ludzi, których tu poznała — takich samych zesłańców jak jej mąż, albo nielicznych miejscowych.

„Byłam bardzo dobrą krawcową, więc kiedy tam po raz pierwszy uszyłam komuś ubranie, to następnym razem kiedy przyjechałam, miałam już kilka klientów, a potem i kilkadziesiąt. Dlatego też swoje miejsce zamieszkania podzieliłam na dwie części — między Intę, by być bliżej męża i — Widrańce, gdzie pod opieką babci na ten czas, kiedy wyjeżdżałam, były nasze dzieci” — mówi Regina.

A kiedy Stanisława „nacjonalistę, czlena komandnogo sostawa” w roku 1956 zwolniono — ona powiedziała: „A może tak tu zostaniemy? Tu zarobić można więcej, by rodzinę utrzymać. Pojedź, koniecznie, ale zobaczysz, że nasze spokojne, ciche swojskie przedwojenne Widrańce, to już nie ta wieś, bo tu inne sowieckie porządki zapanowały — kołchozy, sowchozy swoje zrobiły: nauczyły ludzi pić, kraść…

Pojechał i zobaczył, że rzeczywiście tu mało lepiej niż na zesłaniu. Dlatego powrócił, już nie jako zesłaniec, ale wolnonajemny robotnik. Był do pracy nawykły i zdecydował, że tu, w Komi ASRR wraz z żoną  więcej zarobią.

Stanisław jest małomówny. Nie szczyci się swym uczestnictwem w AK, w której był najpierw łącznościowcem, potem pomagał szkolić narybek, ani nie tragizuje wywózki. „Takie to były czasy, ale jak człowiek miał siłę i chęć do pracy — to i pan Bóg pomagał przetrwać. Zresztą nawet tak straszna szkoła życia, jak zesłanie, przyniosła wiele dobrego — nauczyła wytrwałości, cierpliwości, radości życia, zaradności życiowej, szacunku dla chleba” — mówi gospodarz domu.

Zresztą, jak później doda Regina, ludzie w tamtych czasach mieli niewielkie wymagania, rozumieli biedę, szanowali ludzkie cierpienia. Jakaż to tam w Incie była życzliwość wobec ludzi, tolerancja wobec innych poglądów, dystans do sytuacji życiowych, brak przywiązania do wartości materialnych.

„Przyzwyczaić się do tego niełatwego klimatu, do tych skąpych codziennych dawek jedzenia — nie było najtragiczniejsze. Najgorsza była ta niepewność — co się z rodziną dzieje?” — mówi Stanisław.

No, a potem, kiedy Stalin umarł, to i całkiem nieźle było — pracował jako budowlany, a kiedy został zwolniony, to prawie dwadzieścia lat w kopalni, jako maszynista elektrowozu przepracował.

Z czasem z baraku przenieśli się do wielomieszkaniowego domu z wygodami, dzieci szkoły ukończyły, a po nich wyższe uczelnie: Jan — Wileński Pedagogiczny (fizyka), Franciszek w Groznym — hutnictwo, Zygmunt — Akademię Rolniczą, Stanisława — matematykę na Uniwersytecie w Kaliningradzie.

Mylnie by było jednak sądzić, że o swych stronach zapomnieli. A tym przypomnieniem był między innymi „Czerwony Sztandar” — poprzednik „Kuriera Wileńskiego”, który Stanisław prenumerował od prawie pierwszych dni, jak gazeta zaczęła się ukazywać. Do dziś jest wiernym czytelnikiem polskiego dziennika na Litwie.

„Bo to była polska gazeta, z naszych stron, niosąca może nie zawsze pomyślne wiadomości, ale my umieliśmy czytać między wierszami. Polskie pisma trafiały również z Polski, w tych latach powojennych np. „Przekrój” i inne, dlatego dzieliliśmy się nimi jak kawałkiem chleba, a nawet Rosjanie, Ukraińcy, prosili nas, byśmy przeczytali, co tu piszą” — przypomina Stanisław.

„A skoro już o ludziach mowa, to chyba nigdzie nie było takiej zgody, jak tam, na zesłaniu” — wtrąca Regina. I dalej kontynuuje: „Na naszej ulicy były domy Niemca, Łotysza, Ukraińca i nasz — Polaków. Ale to nikt nikomu specjalnie nie podkreślał. Jak była bieda — byliśmy po sąsiedzku, a jak radość — to dzieliśmy się tym, co mieliśmy. I jakie by czasy nie były trudne, ale jajko kolorowe,  pomalowane łuską cebulową, na stole zawsze było” — przypomina gospodyni.

Ale do stron rodzinnych, domu — pozostawionego właściwie na pastwę losu, zawsze ciągnęło. Jak sobie emerytury wyrobili, wrócili tu. Wyremontowali dom, przed którym pani Regina co roku jeszcze sama sadzi kwiatki i cieszą się każdym kolejnym dniem, którym im pan Bóg daje przeżyć razem.

Niedawno mieli swój chlubny jubileusz — siedemdziesięciolecie wspólnego życia, określanego jako kamienną rocznicę.

Nie było hucznego przyjęcia, bo lata już nie te, ale jakaż ogromna radość z największego dorobku, jaki za te lata zdobyli — udanych dzieci, siedmiorga wnuków, tyleż prawnucząt.

Taki to jest bieg życia, że przy stole świątecznym nie zasiądzie cała po świecie już rozproszona rodzina, ale sędziwi Wiercińscy wiedzą, że wszyscy myślami będą z nimi, w ich starym drewnianym dużym domu, co to znajduje się niedaleko od kościoła taboryskiego, któremu wnuczka Anżeła swą pracę magisterską poświęciła — opisując jego dzieje od zarania aż po dzień dzisiejszy.

A my żywimy nadzieję, że może ktoś z prawnuków spisze dokładnie kronikę praojców — bo na pewno temat jest wart tego.

6 odpowiedzi to Wspomnienia drogi życia przy świątecznym stole

  1. byla uczennica mówi:

    Niestety, nie cala rodzina Wiercinskich zasiadzie do Wielkanocnego stolu. 20 kwietnia Pan Jan Wiercinski odszedl do wiecznosci…

  2. Zygfryd mówi:

    Bardzo szanuję wileńską mowę, więc wyłącznie z troski zastanawiam się. Coś mi nie pasuje w tym zdaniu: \”Już siedemdziesiąt lat razem przy stole wielkanocnym usiądą Regina i Stanisław Wiercińscy\”. Sądzę, że powinno być: \”już siedemdziesiąty raz razem…\” lub \”już siedemdziesiąt lat razem przy stole wielkanocnym siadają…\”. Pozdrawiam.

  3. los mówi:

    kazdy trudny los jest inny, wszystkie losy szczesliwe sa do siebie podobne.
    Szczesc Boze dobrym ludziom

  4. Artemis mówi:

    Zygfrydzie, ja często zaglądam na strony Kuriera Wileńskiego tylko po to, by poczytać jak dziennikarze piszą ładnie ‚po polskiemu’ ;P
    Wiem, że sporadycznie cytaty z artykułów tutaj zamieszczonych, są omawiane na zajęciach ze studentami filologii polskiej 🙂 Rzadko można spotkać w dziennikarstwie prasowym takie kwiatki gramatyczne, jak tutaj 🙂

  5. tnt mówi:

    Wreszcie się odnalazł sweter Kononowicza! 🙂

    2 Artemis: KW przydałby się profesjonalny korektor tekstów, to fakt. Ale takiemu słono trzeba płacić, więc jest jak jest.

  6. Piotr mówi:

    piękna historia …, właśnie się dowiedziałem że mój dziadek urodził się w Widrańcu. Po wojnie wyjechał do Szczecina. Może ktoś zna historię jego rodziców w Widrańcu. Byli to Paweł i Anastazja Aleksiuk. Będę wdzięczny za informacje.
    Mój adres piotr@oxonet.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.