0
„Wileńszczyzna” w ich życiu: tancerz Marek Widuto

Marek Widuto z Kornelią Wołkową Fot. Marian Paluszkiewicz

„Tańcząc w zespole „Mazowsze” zrozumiałem, co reprezentuje taniec profesjonalny i że nie chcę taniec odbierać jako pracę. Tańcząc 10 lat w „Wileńszczyźnie” urosłem, zakochałem się w scenie i robię to, co przynosi mi satysfakcję. Bawię się tańcem” — mówi Marek Widuto, jeden z najstarszych tancerzy „Wileńszczyzny”.

Marek Widuto, tak jak wielu innych tancerzy, swoją przygodę z tańcem zaczynał od dziecięcego zespołu pieśni i tańca „Jutrzenka”. Później zaczął tańczyć w „Wileńszczyźnie”. Zrobił rok przerwy, ponieważ został zaproszony do Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Jako tancerz jest już w wieku pełnoletnim, ponieważ ogółem na scenie jest już 18 lat, a 10 z nich oddał „Wileńszczyźnie”.

— Po pierwszym roku studiów wyjechałem do Lublina na warsztaty choreograficzne. Kulminacją naszych zajęć był koncert, podczas którego dyrekcja zespołu „Mazowsze” mnie i zauważyła. Otrzymałem propozycję pracy, a więc wziąłem wakacje akademickie i wyjechałem do Polski podbijać świat z zespołem „Mazowsze” — wspomina lata studenckie Marek.

Jak powiedział, wkrótce postanowił wrócić na Litwę, skończyć studia i oczywiście znów tańczyć w „Wileńszczyźnie”.

— Od początku nie miałem celu powiązać swego życia z Polską i „Mazowszem”. Jestem Polakiem z Litwy i tu są moje korzenie. Po prostu chciałem wypróbować siebie. Z drugiej zaś strony, tańcząc w tym zespole zrozumiałem, jaka to jest żmudna praca i co sobą reprezentuje taniec profesjonalny. I to, że nie jest ten taniec, którego chciałbym wykonywać. Nie chciałem odbierać go jako źródło dochodów. A po każdym koncercie do domu wracać jak po ciężkim dniu pracy. Kocham „Wileńszczyznę” za to, że po próbach, wyczerpujących występach, mamy chęć i sił spotkać się w swoim gronie i nie rozmawiać już więcej o tańcu! — śmieje się Marek.

„Wileńszczyzna” dla niego przez wiele lat była — jak sam określa — szkołą życia. Jeszcze będąc niedoświadczonym, ale zapalonym do życia tancerzem, nauczył się jak się zachować w różnych sytuacji, jak siebie zaprezentować. Uczył się tego od starszych kolegów.

Dzisiaj zespół i taniec dają mu możliwość samorealizacji, jest to też hobby, dla którego wśród wielu zajęć, nadal jest miejsce.

A zajęć dla Marka nie brakuje. Jak sam żartobliwie podkreśla — jest wszędzie… poza domem. Po niecałym roku pracy w zespole „Mazowsze” wrócił nie tylko do „Wileńszczyzny”, ale też na studia. Skończył i otrzymał stopień bakałarza z zarządzania na Uniwersytecie im. Giedymina w Wilnie. Obecnie we wrześniu czeka na jego obrona pracy magisterskiej z tego samego kierunku. Będąc studentem, skosztował też chleba pedagogicznego, ucząc w szkole języka angielskiego. Obecnie Marek jest konsultantem ds. pozyskiwania funduszy unijnych w spółce „Dag grupė”. Oprócz tego pracuje jako instruktor gry na gitarze w Gimnazjum im. Konstantego Parczewskiego, które sam kiedyś ukończył oraz w Szkole Średniej im. Juliusza Słowackiego w Bezdanach. I to jeszcze nie wszystko. Jest kierownikiem ds. działalności artystycznej w Domu Kultury w Bezdanach, gdzie prowadzi młodzieżowy zespół muzyczny „Rushnights”. Warto też przypomnieć, że jest jednym z inicjatorów i organizatorów tradycyjnych już imprez „Młodzież dla młodzieży” oraz założycielem i przewodniczącym młodzieżowego stowarzyszenia „Bokštas”, z którym w Niemenczynie po otrzymaniu funduszy z UE tworzą obecnie studio muzyczne.

— Wiele czasu poświęcam muzyce. Skończyłem szkołę muzyczną, klasę fortepianu. Prywatnie zrobiłem kurs gry na gitarze, a więc dzisiejsze moje życie — to praca, taniec i muzyka — mówi.

Co jest bliższe sercu — taniec czy muzyka?

— Kocham scenę. Chociaż ze swoich występów najczęściej nie jestem zadowolony.  Nie jest ważne, czy tańczę, czy też gram na gitarze, ze sceny zawsze schodzę po to, aby wrócić jeszcze lepiej przygotowany do występu. Bycie na scenie zobowiązuje do pracy, która właśnie przynosi satysfakcję — po lekkim zamyśleniu odpowiada Marek.

Przyznał, że taniec wiele daje, ale i niemało odbiera… np. czas, zdrowie.

— Wspominając te ekstremalne chwile, na zawsze w pamięci zostanie koncert, kiedy na scenę wychodziłem z połamanym podczas próby małym palcem ręki. Z gipsem nie mogłem się pokazać, a więc go musiałem zdejmować. W jednym z tańców chłopacy wzięli się za ręce i na rękach podnosili dziewczyny. W pewnym momencie poczułem, jak moja dłoń zaczęła się wyślizgiwać i w dłoni kolegi został tylko ten palec, na którym siedziała tancerka. Ból tak zalało ciało, że nie rozumiałem, gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Wszystko, jak w bajce skończyło się dobrze. Zostałem odwieziony do szpitala… — opowiada Marek.
Oczywiste jest, że nic za nic. Opowiadając o swojej miłości do sceny, która jest dla niego jak narkotyk, Marek przyznaje się też do miłości. Do Katarzyny Rynkiewicz, byłej chórzystki „Wileńszczyzny”.

— Zapoznaliśmy się podczas jednego z koncertów, na którym występowała „Wileńszczyzna”. Później tak się złożyło, że jak po roku akademickim wróciłem na studia, trafiłem do jej grupy. Razem studiowaliśmy… — uśmiecha się Marek.

Pachnie weselem?

— Oczywiście! Zapraszam wszystkich na nasze wesele, które hucznie odprawimy na Jamajce — wypalił jednym tchem. Żartując czy mówiąc poważnie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.