7
Serce swoje dać — dwa serduszka w zamian otrzymać

Justysia i Staś swoimi serduszkami chętnie dzielą się z innymi Fot. z albumu rodzinnego

„Nawet największe zmęczenie ustępuje, kiedy w komórce usłyszę głos Stasia czy Justynki: »Mamo, gdzie jesteś?«. Wtedy zapominam o trzynastu godzinach spędzonych w pracy, kiedy to jestem mamą dla jedenastu dzieci, dzieci mej rodziny, które w większości przy żywych rodzicach są sierotami” — mówi Anna Wilkin, która już ponad lat osiem, jak swoje życie powiązała z tą placówką — Antokolskim Domem Dziecka przy wileńskiej ulicy Grybo.

Nigdy tej decyzji nie żałowała i nie żałuje, wręcz odwrotnie. Uważa to jako wielki dar losu, że choć w minimalnym stopniu może tym dzieciom zastąpić człowieka najdroższego — mamę. Minimalnym, bo, jak mówi moja rozmówczyni, tego ciepła, jakie dają rodzice, nikt nie zamieni. Dzieci skrzywdzone przez los prawie przez całe życie, tęsknią, poszukują, czekają. I w ludziach, którzy odwiedzają Dom Dziecka — chcą widzieć swego ojca czy matkę.

Ale wtedy, kiedy zaczynała tu pracę, nie przepuszczała, że sama weźmie stąd na zawsze do swego domu dwójkę dzieci.

Za sobą miała ukończony Wileński Uniwersytet Pedagogiczny (polonistyka) lata pracy w Rudomińskiej Szkole Średniej jako nauczycielka.

Wszystko w jej życiu było pomyślnie i gładko. Dobry, ciepły dom rodzinny, kochający rodzice i brat.
Jak mówi, o jej mamie, dziś 88-letniej pani Zofii Skoczyk, „osobne artykuły pisać należałoby”. Wszystko, co dobre, co łączy się z pojęciem wiara, patriotyzm — od niej idzie.

A potem już własna rodzina — mąż Henryk i córka Joasia, dziś studentka wydziału medycznego Uniwersytetu Wileńskiego.

„To, że mam w domu jeszcze dwa kochające wierne serduszka — największa zasługa Joasi — mówi pani Anna. — Od pierwszej chwili, kiedy tylko zaczęłam pracować, zaczęła przychodzić do mnie do pracy. Nie tylko mi pomagała, opiekowała się dziećmi, z nimi razem się bawiła, otulała i pocieszała. Kto nie pracował z takimi dziećmi, to nie zrozumie, ile czasu trzeba, by te sieroty ogrzać, by zaczęły się tulić do ciebie” — kontynuuje moja rozmówczyni.

O każdym dziecku, o ich strasznej drodze do tego Domu Anna Wilkin może opowiadać godzinami, ba, książki pisać, bo każdy wypadek jest szczególny. Każde dziecko przeżywa tragedię rozstania z domem rodzinnym inaczej. Jedne lżej, drugie bardziej boleśnie. Ale wszystkie czekają, że nadejdzie dzień, kiedy ich mama trzeźwa, zdrowa, wesoła zabierze ich do czystego i ciepłego domu. Takie marzenia towarzyszą dla wielu w ciągu całego życia. I dlatego szczęściarzami mogą nazywać się ci, co znaleźli rodziny zastępcze — takie, jaką jest rodzina  Anny i Henryka Wilkinów.

— Nie potrafiłabym nigdy dać konkretnej odpowiedzi, dlaczego właśnie przed ponad pięciu laty do domu zabrałam rodzeństwo — Justysię (dziś 12 lat) i o rok młodszego jej brata Stasia. Bo przecież do swego domu na soboty, niedziele zabierałam wielu wychowanków z mej pracy. Ale to moja córka Justysia zwróciła mi raz uwagę: „Mamo, popatrz na ich smutne oczki, kiedy wychodzą z naszego domu”. A potem po cichutku zaczęła drążyć: „Zabierzmy ich na zawsze…” — przypomina Anna.

Zamyśla się, a po chwili mówi:

— Ale ja, jak i mój mąż doskonale zdawaliśmy sprawę z powagi tego kroku.  Ale, pewnego razu Joasia nie wytrzymała i palnęła takie zdanie: „Wy to tylko o miłosierdziu mówicie, a faktycznie to nie umiecie go w życiu okazać”. Wtedy postanowiłam, że wezmę te dzieci. Tym bardziej że moja mama Zofia Skoczek — nie tylko mnie poparła, ale nawet do tej decyzji skłoniła. I jest doskonałą babcią dla moich wszystkich dzieci! — kończy.

Łatwo powiedzieć zaadaptować, ale ile trzeba się wokół tej sprawy nachodzić, ile zebrać dokumentów — to wie tylko ten, kto sam się z tym zetknął. A kiedy już i mąż Anny, czyli pan Henryk dojrzał do tej decyzji, to mogło się tak stać, że te dzieci, do których już sercem zaczęli przyrastać, byłyby oddane pewnej rodzinie z Włoch.

Jak mówi Anna, powiedziała jej o tym koleżanka z pracy.

— Bardzo się zasmuciłam, ale pomyślałam: co Bóg da, to będzie. Powierzyłam tę sprawę Najwyższemu. No i pewnego dnia się dowiaduję, że Włochom nie pozwolono adoptować dwójkę dzieci, a rodzeństwo nie można rozdzielać. Tak moi kochani przyjechali do nas, na zawsze — przypomina Wilkin.

Naiwniakiem byłby ten, kto by uważał, że od tej chwili zaczęło się życie słoneczne, szczęśliwe. Ile to czasami ich rodzina musiała docinków usłyszeć: po co wam to potrzeba. Wariaci. Swoje rodzone dziecko mają. Nie wiadomo, co z tych przybranych wyrośnie.

A niektórzy to bezczelnie komentowali: „Pieniędzy sierocych im się zechciało”. Wtedy spokojnie tłumaczyła: „Pójdźcie w nasze ślady »wzbogaćcie się« takim sposobem. A najlepiej przyjdźcie choć na jeden dzień do Domu Dziecka, zobaczcie, ile tam serduszek stęsknionych ciepła”.

W domu poszło lżej, dzieciaki były już do ich rodziny przywiązane. Staś męża ojcem zaczął nazywać jeszcze w Domu Dziecka, a Justysia — jednakowo chętnie do obojga zaczęła się tulić i nadal tuli.

Dzieci, jak to dzieci, Staś pierwsze lata w szkole był bardziej aktywny, czasami coś nabroił. Pani Anna zawsze starała się wytłumaczyć mu spokojnie, że tego czy innego nie wypada czynić.

— Ale to chłopak nadzwyczaj dobry, ma czułe i dobre serce. Może czasami dzieci mające rodziców od początku są bardziej chłodne, bardziej szydercze — mówi Anna. — Przypominam taki fakt, kiedy to nauczycielka zapytała dzieci, kim chcą zostać, kiedy dorosną? Staś wstał i spokojnie powiedział: „Ja to księdzem”. I w tym momencie klasa zaczęła się śmiać do rozpuku, szydzić. Przyszedł do domu bardzo smutny i zapytał: „Mamo, dlaczego oni się śmieli, przecież w tym nic nie ma śmiesznego?”. Czyli, to świadczy o wartościach, jakie dzieci ze swych rodzin wynoszą — mówi moja rozmówczyni.

Cała rodzina w komplecie Fot. z albumu rodzinnego

Sprawa wiary dla całej rodziny pani Anny jest rzeczą podstawową, najważniejszą, tak była wychowana w domu rodzinnym, tak jest u niej, tak jest też w Domu Dziecka, bo, kiedy mają dni świąteczne, razem z dziećmi klęka do wspólnej modlitwy. Zresztą, jak dodaje, samo usytuowanie Domu Dziecka w pobliżu Domu św. Faustyny też do modlitwy zobowiązuje.

W wyżej wymienionym Domu Dziecka są dwie grupy polskie oraz cztery litewskie, ale jak zaznacza moja rozmówczyni, rodzice z litewskiej grupy też w większości są Polacy. Nie jest to dobra statystyka, ale jest taka prawda, że Domów Dziecka z językiem litewskim na Litwie sporo, z polskim zaś w stolicy — jedyny.

O dzieciach, jakie ma w swej rodzinie (tak tu określane są grupy) mogłaby nasza bohaterka godzinami mówić, bo każde jest inne. Wszystko mają — jak kontynuuje — ciepło, dobre jedzenie i pomoc ze strony polskiej. A kiedy mówi o Macierzy, szczególnie dziękuje prezesowi fundacji „Serce — dzieciom” w Gdańsku pani Sylwii Karłowskiej, której staraniem dzieci z wyżej wymienionego wileńskiego Domu Dziecka całe lato mają możliwość spędzać w Polsce, w polskich rodzinach. Takie wyjazdy są dla nich bardzo ważne — słyszą poprawną polszczyznę, widzą stosunki rodzinne, no i zawierają przyjaźnie, które czasami trwają latami.

Przyjaciół Dom Dziecka ma wielu, ale jak mówiliśmy na wstępie, nie ma rzeczy najważniejszej — mamy rodzonej i żadna najlepsza wychowawczyni (obecnie pracownik socjalny) nie potrafi nigdy jej zamienić.

„Moje dzieci — Staś i Justysia — doskonale wiedzą, że mają mamę biologiczną, która mieszka w rejonie wileńskim, ale nigdy nie znalazła ani minuty, by dzieci odwiedzić. Chociaż ja obecnie jako ich matka — nie powiem, że czekam na takie spotkanie. Byłby to dla nich ogromy wstrząs. Ale prawdy o biologicznej matce też nie odbieram”.

O tym jak długo trzeba dla dziecka rany zadane w ich rodzinach leczyć, pani Wilkin mówi, że to bardzo indywidualne. Jedno dziecko szybciej się przyzwyczaja, szybciej jego serduszko się ogrzewa, a niektóre dzieci bardzo boleśnie przeżywają taki nowy etap życia. Pani Anna przypomina, jak np. długo się przyzwyczajał pewien chłopak — minął prawie rok, gdy zaczął się tulić do niej.  A na początek po takim okresie dał jej swą rączkę, kiedy prowadziła go do szkoły.

Albowiem obowiązkiem pani Anny jest: zaprowadzić dziecko do szkoły (wszystkie idą do Gimnazjum im. Lelewela, z którym Dom Dziecka współpracuje), zabrać je po lekcjach, nakarmić, lekcje odrobić, do snu bajeczkę opowiedzieć. Słowem, wszystko, co robi w domu każda mama.

Po tych trzynastu godzinach pracy wraca do domu, gdzie czeka na nią mąż oraz dwójka jej kochanych dzieci. Joasia — studentka medycyny — mieszka stale w Wilnie i wraca do domu rodzinnego tylko na weekendy. Bardzo często mąż pracujący jako lekarz pogotowia ratunkowego ma nocne dyżury. I jak mówi pani Anna, jakże   pusty i ponury byłby ich dom w podwileńskich Skajsterach bez szczebiotu tych kochanych pociech.

W niedziele bardzo często cała rodzina wybiera się do Wilna, bardzo lubią  teatr, zwiedzają miasto, chodzą do kościołów.

Sama pani Anna jak ma chwilkę wolnego czasu, sięga po zbiór poezji — najczęściej do ulubionej — ks. Twardowskiego.

7 odpowiedzi to Serce swoje dać — dwa serduszka w zamian otrzymać

  1. pani mówi:

    Szczesc wam Boze. A dzenniku dziekuje za taki zwyczajny niezwykly zwyczajowy tekst. Tu o ludziach.

  2. Amelia z Wilna mówi:

    Pani Aniu, jest Pani WSPANIALA. Niech BOG blogoslawi Pani i Pani Rodzinie

  3. Anna mówi:

    W naszym zabieganym, niełatwym, niekiedy kierującym się tylko własnymi względami życiu bardzo są potrzebne takie artykuły. O ludziach szlachetnych, wielkiego serca, godnych naśladowania. Tacy ludzie budzą wiarę, że nie wszędzie dokoła jest tak źle. Piszcie o nich. Dziękuję Autorce.

  4. pani mówi:

    Prawda, Anno.

  5. Kmicic mówi:

    Trochę z innej strony.To fakt ,że większość dzieci z domów dziecka jest oddawane do litewskich grup i domów dziecka i tam podlegają wynarodowieniu.Faktem też jest ,że to planowa polityka władz LT.

  6. Anonymous mówi:

    to tylko wygląda tak na zdjęciu

  7. 0123 mówi:

    to tylko wygląda tak na zdjęciu

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.