14
Brzemię wspomnień: Stefania Liutikowa-Kaczanowska

image-40701

Pani Stefania Liutikowa-Kaczanowska była osobą obytą i wszechstronnie wykształconą Fot. archiwum

Mieszkaliśmy we dworze Daustory gminy wejguwskiej. Mój dziadek, ochotnik walk wyzwoleńczych, w tym dworze otrzymał ziemię bardzo marną, bagnistą. Rezygnując z jej uprawy zaopiekował się gospodarstwem we dworze Stefanii Liutikowej-Kaczanowskiej.

Po włączeniu Litwy w skład ZSRR, pani Liutikowa-Kaczanowska w obawie przed represjami opuściła Daustory, nierzadko ukrywając się w żydowskich rodzinach swych przyjaciół — w Kielmach i Szawlach. Aż do okupacji niemieckiej.

I chociaż wróciła wtedy do Daustorów, ale dworu jej nie zwrócono, wszystkim zarządzał przysłany z Kowna administrator. Był to człowiek leniwy, niewiele znający się na gospodarstwie rolnym. Jego rodzina zajęła dwa pokoje, a poza tym w całym pałacu gospodarzyła sama pani Stefania. Z nią się liczono. Nierzadko zaglądali tu wysocy urzędnicy, oficerowie niemieccy. Później, gdy podrosłem, dowiedziałem się, że była osobą wszechstronnie wykształconą: pięknie grała na fortepianie, swobodnie rozmawiała po francusku, niemiecku, nie mówiąc już o językach polskim, rosyjskim i litewskim. Wiele cennych książek z jej biblioteki za czasów bolszewickich na zlecenie komisarza dworu wyrzucono na śmietnik. Poszczególne tomiki uratował ojciec znanego dziś tłumacza i poety Vladasa Šimkusa, który gospodarzył w sąsiedztwie. Jednakże nie o książkach będę opowiadał…

Z ówczesnych wspomnień w mojej pamięci zachował się jeden z najokropniejszych dni, kiedy to razem z panią Stefanią Liutikową-Kaczanowską, moją chrzestną matką, jechałem do Kielm. Pamiętam, że był to bardzo piękny i ciepły dzień, jechaliśmy bryczką jednokonną, pani sama kierowała rączym trakenem, a ja siedziałem obok niej zadowolony z niespodziewanej podróży.

Jechaliśmy obumarłymi, mało poszkodowanymi przez wojnę uliczkami Kielm, skręcając to w jedno, to w drugie podwórze. Pozostawałem w bryczce, aby doglądać konia, a pani wchodziła do środka i zaraz wracała stroskana wzdychając: „Ach, koteczku, koteczku…”. Była na tyle zdenerwowana, że zapomniała kupić mi obiecaną oranżadę. Nie śmiałem prosić, byłem na tyle spragniony, że już podróż przestała cieszyć. Pojechaliśmy w drugą stronę miasta. Już drogą żwirową. Nie dojeżdżając do sosnowego lasku usłyszeliśmy strzelaninę. Pani zatrzymała konia, przez chwilę się zastanawiała, przeżegnała się i puściła wodze.

Ledwo zjechaliśmy z górki, gdy spotkali nas zbrojni mężczyźni. Jeden chwycił za uzdę, zatrzymał konia, a drugi zbliżył się do nas. Grzecznie przywitał się, pocałował pani rękę. Nie zrozumiałem, o czym rozmawiali, ale wszystko dokoła budziło niepokój — ujrzałem w pobliżu furmankę załadowaną jakimiś szmatami, przez rzadki sośniak dojrzałem zebranych ludzi. Rozlegał się przeraźliwy lament.

Nagle skądś się zjawiły i otoczyły nas na wpół nagie kobiety. Wyciągały do pani Stefanii ręce i okropnie zawodziły. Już nigdy więcej nie słyszałem tak okropnego krzyku ludzkiego. Nie da się tego opowiedzieć. Dłońmi zacisnąłem uszy, padłem na dno bryczki i wsadziłem głowę pod kozioł. Strasznie mdliło.
Nie wiem, ile czasu to trwało, aż poczułem, że jedziemy. Wkrótce jednak stanęliśmy w oczekiwaniu na coś. Po chwili z sośniaku wyszli mężczyzna i kobieta. Mężczyznę poznałem — leczył mnie od zapalenia płuc. Był to chyba Kogan z żoną. O czym rozmawiali z panią nie zrozumiałem i nie potrafiłbym powiedzieć nawet po tylu latach. Tylko tyle, że ta żydowska para razem z nami przyjechała do dworu w Daustorach. I zamieszkała u Liutikienė. Wszyscy we dworze wiedzieli o tym: administrator niemiecki, dzieci parobków.

W dzień, gdy biegałem z rówieśnikami, na pozór wszystko wyglądało normalnie, ale gdy tylko pozostawałem sam, najczęściej przed snem, zdawało mi się, że słyszę ten przeraźliwy krzyk. Nie pomagało nawet zatykanie uszu i chowanie głowy pod poduszkę. Na brzegu łóżka musiała usiąść przy mnie mama i uspokajać bez ustanku nie ukrywając żalu do pani, ponieważ nie wiadomo, po co zabrała mnie do Kielm. Jednakże moje kłopoty były niczym w porównaniu z innymi.

Była już bodajże późna jesień, gdy z pałacu z górki do domu, w którym się mieściło nasze mieszkanie, zbiegła wystraszona pani. Po raz pierwszy i ostatni widziałem na własne oczy tę silną duchem kobietę płaczącą.

Mama wybrała ze skrzyni i oddala pani zawinięty w kawałek zamszu zdobiony drogimi kamieniami zegarek z łańcuszkiem. Wiedziałem, że z nastaniem bolszewickich czasów pani ukrywała go w naszym domu „na czarną godzinę”, a mama uprzedziła mnie, że gdyby coś, to mam potajemnie wziąć zegarek, ślubne obrączki mamy, kilka innych błyskotek i ukryć w dziecięcej kryjówce.

Niestety, widocznie taki dzień nastał dla pani…

W ślad za nią wybiegłem, aby się rozejrzeć po dworskiej posiadłości. Przed pałacem stała ciężarówka. A obok niej dwóch, albo i więcej, już teraz nie pamiętam, uzbrojonych mężczyzn. Z pałacu, ledwo wlokąc nogi, wyszli oboje Koganowie w towarzystwie nieznajomego cywila. Doktor próbował dopomóc żonie wleźć do nadwozia ciężarówki, ale bezskutecznie, wtedy jeden z mężczyzn przybiegł i pchnął ją w dół głową przez burtę. Wydało mi się, że w tej martwej ciszy w podłogę nadwozia uderzyła głowa, właśnie głowa… Doktor wsiadł bez ponaglania. Rozległ się warkot silnika i ciężarówka, objeżdżając klomb, ruszyła aleją stuletnich drzew, wywożąc dwoje ludzi…

Mówiono we dworze, że wysłannicy śmierci czepiali się pani Stefanii i kowieńskiego administratora. Chcieli wywieźć ich razem. Ale obrotna pani potrafiła ich przekupić.

Ostatniego lata okupacji niemieckiej z innymi chłopcami dworskimi kąpałem się w stawie w Szarkach.

Pewnego razu pod staw podjechał przystojny mężczyzna. Dziś powiedziałbym — elegant. A my, dzieci, z zachwytem patrzyliśmy na tego pana. Nawet spodenki kąpielowe miał niezwykłe — z wyhaftowanymi na nogawce złotymi rybkami. Zapamiętałem, że co chwila wydobywał z kieszeni zegarek, spoglądał nań i zamykał wieczko, na którym lśniły drogie kamienie… Od razu poznałem — to był zegarek Pani Stefanii, ten sam, który trzymała „na czarną godzinę”…

Po powrocie do domu opowiedziałem o wszystkim mamie. A ona powiedziała nazwisko, skąd pochodzi i objaśniła, że to ten sam mężczyzna, który wywiózł Żydów Koganów. Później jeszcze nieraz słyszałem o nim, ale żeby sam osobiście strzelał, to nie. Nie słyszałem też, aby był sądzony. Ludzie mówili, że wyjechał na Zachód.

Przez następnych dziesięć lat mieszkałem w Kielmach, ale panicznie się bałem miejsca zagłady, zwanego Papušinis. Bałem się, że znów usłyszę mrożący krew w żyłach krzyk…

Juozas Zaborskis

14 odpowiedzi to Brzemię wspomnień: Stefania Liutikowa-Kaczanowska

  1. pani mówi:

    Wzruszajce. A zwŁaszcza przemilczane – jak pauzy wiekiego aktora,jak cisza przed burzą …

  2. józef III mówi:

    polecam wartościowe „Wspomnienia” Stefanii Romer, Wyd. Scripta manent, Wilno 2008 (red. Jan Sienkiewicz). Wspaniałe opisy zycia codziennego na przedwojennej i wojennej Kowieńszczyźnie a nastepnie Wileńszczyźnie.

  3. schlange mówi:

    Jakie były dalsze losy Pani Stefanii Liutikowej-Kaczanowskiej? Czy jest możliwe opowiedzenie?

  4. Paweł1 mówi:

    Z książki Jerzego Żenkiewicza „Ziemiaństwo polskie w Republice Litewskiej w okresie międzywojennym”, wynika że w pow. szawelskim dawnej guberni kowieńskiej, były trzy majątki Lutyków. Więc tu prawdopodobnie chodzi o majątek Włodzimierza Lutyka w Dawstarach.
    Lutyk Bolesław Żorany Popielany Szawle
    Lutyk Ignacy Polesie Popielany Szawle
    Lutyk Włodzimierz Dawstary Kielmy Szawle

    Czy może ktoś wie kim jest autor Juozas Zaborskis. Znalazłem tylko coś takiego, ale to chyba nie o tego chodzi.
    http://www.mazoji-lietuva.lt/article.php?article=1451

  5. pani mówi:

    Może to autor piszący nowle czy opowiadania w podobnym stylu do lit. periodyków? Przykładowo musuzodis litewskiego stowarzyszenia ocimniałych i słabowidzących – http://www.musuzodis.lt/mz/201007/str07.htm

  6. Czesław mówi:

    Wzruszające wspomnienie.

  7. Michał Kleczkowski mówi:

    Szkoda, że nazwiska nie podał tego elegancika z zegarkiem. Napewno był wielkim patriotą Litwy w USA.
    Panią, Żydów z nazwiska podał, a eleganta to teraz można tylko po „majtkach” szukać… . Chociaż to mogła być cenzura wydawcy, a nie autora. Nie mam tu na myśli Kuriera. Widział ktoś rękopis tych wspomnień?

  8. Paweł1 mówi:

    22.03.1922 r. Sejm Ustawodawczy Litwy uchwalił ustawę o reformie rolnej / na Litwie tak jak i w Polsce na wsi panował głód ziemi/. Na jej podstawie przymusowemu wywłaszczeniu podlegała nadwyżka ziemi ponad 80 ha na jedno gospodarstwo. Większość parcelowanych gospodarstw należała do Polaków, bo też to ich gospodarstwa były największe, nawet do kilkudziesięciu tys. ha. Początkowo nadziałami wynagradzano głównie żołnierzy –ochotników / takim był prawdopodobnie dziadek autora /. Tuż po ogłoszeniu reformy władze litewskie przystały na to by swoje 80 ha z parcelowanego majątku, mógł wziąć każdy ze spadkobierców, stąd prawdopodobnie Stefania Lutyk Kaczanowska gospodarząca w Dawstarach.

    Wprawdzie nie udało mi się potwierdzić, że kowieńscy Lutykowie są rodziną, ale zakładam że jakieś pokrewieństwo ich łączyło, stąd kilka słów jeszcze o Bolesławie Lutyku z Żeran k. Szawli. Był działaczem polonijnym, posłem na Sejm litewski w latach 1923–1927. W 1944 r. wyjechał na zachód, ostatecznie osiadł w Argentynie.

    Do Pani, czy możesz sprawdzić w litewskojęzycznej literaturze / w internecie/ czy jest jakaś informacja na temat tego miejsca zagłady w Papušinis, a może miało ono jakiś polski odpowiednik ?

  9. schlange mówi:

    Michał Kleczkowski kom. 7
    trafne spostrzeżenie!

  10. pani mówi:

    Pawle1, sorry, dostrzegłam tylko dziś twój post o reformach rolnych. Generlnie tak było jak piszesz. Tylko, bardziej skomplikowanie – też miałam rozeznanie zrobić. // Co do miejsc zagłady – nie mogę kompetentnie odpowiedzieć. Nie mogę obiecać że info bedzie wyczerpujące. W Wilnie jest kilka (wg mnie 3-4 instytucje zajmujące że najlepiej było by będąć tu zajrzec do nich i dokonać wywiadu in situ.

  11. pani mówi:

    No, właśnie, jak myślałam. Zajrzałam do http://lt.wikipedia.org/wiki/Papu%C5%A1inio_piliakalnis – . Sa jeszcze mapki pod hasło papusinis.

  12. Paweł1 mówi:

    Dziękuję pani. Jeżeli dobrze zrozumiałem Papušinis to Piliakalnis, czyli tłumacząc to na język polski, wzgórze /góra/ zamkowa z okresu wczesnego średniowiecza. Na terytorium Polski / Mazury, Suwalszczyzna/ istnieją również takie / chyba o nieco spolszczonej nazwie/ Piłokalnie.

    Jeżeli chodzi o miejsce opisywanej tragedii, znalazłem nieco bliżej Cytowian / majątek Romerów/. Ale oczywiście tu żadnej pewności nie mam. Poniżej zdjęcie tego miejsca.

    http://lt.wikipedia.org/wiki/Vaizdas:2011_04_23Tytuv%C4%97nai21.JPG

  13. pani mówi:

    Wrzuciłam Papusinis/Kelme. Daje więcej współczesnych info. Mapki klubu miejscowych cyklistów o nazwie …ghetto … pokazują obie miejscowości,

  14. Jan mówi:

    Ciotka mojego dziadka Stefania Lutyk z Dawstarow po wojnie zamieszkała najpierw w Słupsku a potem przeniosła sie do Gdańska gdzie zmarła w 1964 roku. Jej grób znajduje sie na cmentarzu Stebrzysko w Gdańsku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.