0
Joasia. Zawsze obecna (4)

Joasia Krypajtis

W latach szkolnych otaczała Joasię miłość zarówno koleżanek, jak i nauczycieli, czego dowodem są listy i wspomnienia skreślone przez jej koleżanki.

Stawiano ją zawsze za wzór. Mamy wiele książek po Joasi z dedykacjami tej lub podobnej treści: „Joasi K. za dobrą naukę i wzorowe sprawowanie”.

Kiedy na usilne starania mojej siostry, Zofii Meyer, której zawdzięczamy nasze wybawienie, w 1954 roku przyjechałam z czworgiem dzieci do Warszawy (mąż był jeszcze w obozie, wrócił w grudniu 1956 roku), zamieszkałam w Moczydle koło Pyr w obrębie wielkiej Warszawy. Były ze mną mama moja i trzy młodsze dziewczynki: Joasia, Elżunia i Jadwinia. Marysia, najstarsza córka, była wtedy uczennicą VIII klasy Liceum im. J. Zamoyskiego w Warszawie i mieszkała u mojej siostry przy ul. Górnośląskiej 16. Przyjeżdżała do nas w niedziele i święta, na co z utęsknieniem czekałyśmy. Wiele radości było wówczas w naszym domu, gdy cała gromadka znalazła się w komplecie.

Zajmowałyśmy dwa pokoje w odosobnionej willi pp. Szlenkierów, usytuowanej na skraju Lasu Kabackiego. Przy wjeździe stała piękna figura Matki Bożej, u stóp której postanowiłam zorganizować dla dzieci majowe nabożeństwo. Do najbliższego kościoła było ze trzy kilometry i trudno byłoby z gromadką dzieci bywać tam codziennie.

Gdy powiedziałam dzieciom o moim projekcie, z radością go przyjęły i zaraz pobiegły do lasu i na łąkę po kwiaty i zieleń, którymi ozdobiły figurę Matki Bożej. Joasia brała w tym najczynniejszy udział; miała wówczas dziesięć lat.

Wieczorem 1 maja zebrałyśmy się przed statuą Matki Bożej. Odmówiłyśmy głośno Litanię Loretańską, potem zaśpiewałyśmy pieśń — Chwalcie łąki umajone, następnie odmówiłyśmy wieczorny pacierz i pieśnią „Wszystkie nasze dzienne sprawy” zakończyłyśmy nasze majowe nabożeństwo. Gdyśmy wracały do domu, Joasia zauważyła z odcieniem smutku w głosie:

— Mamusiu, ale Matce Bożej musiało być bardzo smutno, że nas tak mało się modliło. Na majowym nabożeństwie powinno być więcej osób. Mam dobrą myśl. Już wiem, co zrobię, ale dziś jeszcze nie powiem.

Spojrzałam na nią z uśmiechem, lecz nie nalegałam, aby zwierzyła się ze swego zamiaru.

Następnego dnia około 7 godziny wieczorem idę z dziećmi pod figurę Matki Bożej, lecz nie widzę Joasi. Pytam, gdzie jest, lecz i one nie wiedziały. Rozglądając się wokoło, spostrzegłam Joasię biegnącą od strony wsi; była spocona, a w ręku trzymała dzwonek.

— Joasiu, coś ty robiła z tym dzwonkiem? — zapytałam.

— Biegłam, mamusiu, przez wieś i dzwoniłam. A kiedy pytano, dlaczego to robię, mówiłam, że przy naszym domu, przed figurą Matki Bożej moja mamusia odprawia majowe nabożeństwo i bardzo wszystkich zaprasza.

Czyniła tak codziennie przez cały miesiąc. Może dzięki temu coraz więcej osób przychodziło modlić się z nami. Cieszyłyśmy się, widząc, jak ludzie odrywają się od pracy na chwilę, aby oddać dziecięcy hołd należny Matce Bożej w miesiącu Jej czci poświęconym.

Zbieraliśmy się codziennie w coraz liczniejszym gronie i śpiewaliśmy, a echo pieśni maryjnych powtarzał las. Radość nasza była niezmierna, tym większa, że wiele osób dziękowało potem za zorganizowanie tego nabożeństwa.
Wspominam o tym dlatego, że wydarzenie to naświetla postać Joasi jako dziewczynki o wyjątkowym charakterze. Jak kwiat do słońca, tak dusza Joasi otwierała się na prawdy wieczne. Dalsze jej dzieje będą się rozwijały w oparciu o tę właśnie cechę.

Krzyż

Gdy Joasia była w IX klasie Liceum im. Królowej Jadwigi w Warszawie, przyszła niespodziewanie straszna choroba — zapalenie rdzenia. Co było jej przyczyną? Nie wiadomo. Może to, że spadła z drabinki gimnastycznej, uderzając silnie w kręgosłup, a może, jak lekarze przypuszczają, jakiś złośliwy wirus zaatakował organizm. W każdym razie pewne jest, że ponad tymi przyczynami była pierwsza przyczyna — WOLA BOŻA.

Wskutek zmian, jakie zaszły po stanie zapalnym, następował stopniowy paraliż. Porażenie objęło nogi, potem ręce, po pewnym czasie przeponę płucną, co uniemożliwiło oddychanie. Zrobiono tracheotomię, tzn. przecięcie otworu do tchawicy i podłączono ją przy pomocy srebrnej rurki do aparatu, który pomagał w oddychaniu. W końcu nastąpiło porażenie wzroku. Stała się rzecz najstraszniejsza — Joasia przestała widzieć. Utrata wzroku następowała stopniowo, najpierw zaniewidziała na jedno oko.

Aby zapobiec całkowitej ślepocie, prof. Altenberger zlecił bardzo bolesne zastrzyki pod gałkę oczną, które Joasia bez zastrzeżeń przyjęła. Znosiła okropny ból, byle tylko ocalić wzrok. Mimo serii zastrzyków, z oczami było coraz gorzej.
Najcięższe to były chwile, gdy musiała pogodzić się z myślą, że nie będzie widziała. Obawialiśmy się, by nie popadła w depresję, nie załamała się, bo w tym okresie często popłakiwała. Ale Pan Jezus, jak zawsze, przychodził z pomocą. Ks. kapelan szpitalny często odwiedzał Joasię, przynosił jej Komunię świętą i stąd czerpała siły.

W bardzo krótkim czasie odzyskała równowagę ducha i znowu pogoda i spokój jaśniały na jej twarzyczce.

Smutek pojawiał się tylko na chwilę zwłaszcza wtedy, gdy przychodziły siostry lub koleżanki, których nie mogła widzieć. Dotykała ich, aby się przekonać, jak są ubrane. Jakiż ból przeszywał serca, gdyśmy patrzyli na jej cierpienia. Wszystko to przecież działo się i następowało po sobie jak nieunikniona, siłą narzucająca się konsekwencja, wypływająca z realizacji z góry narzuconego planu w świetle pełnej świadomości chorej.

 

Cdn.
Pocz. w nr. 87

„Wspomnienia o Joasi Krypajtis”
Wydawnictwo Sióstr Loretanek

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.