1
Joasia. Zawsze obecna (6)

Joasia słuchała Mszy świętej przez radio tranzystorowe Fot. archiwum

Świadomość, że modlitwą i cierpieniem chętnie zniesionym i ofiarowanym Bogu można wyjednać niebo grzesznikom, dodawała skrzydeł Joasi. Nieraz powtarzała:

— Mamo, o ileż teraz lżej przychodzi mi znosić cierpienia i bóle, gdy wiem, dlaczego je Pan Jezus zesłał. Przyjmuję je z radością.

Któregoś dnia wyraziła życzenie, abyśmy złożyli od niej jakieś wotum Matce Bożej na podziękowanie za otrzymane łaski i uproszenie dalszej opieki Bożej. Kiedy zastanawiała się z tatusiem nad tą sprawą, przyszło jej na myśl, że może to być elektryczna lampka wieczna z czerwonym krzyżykiem (bo taką kiedyś widziała). Doszła do wniosku, że takie wotum byłoby najodpowiedniejsze. Chciała, aby w podstawie tej lampki wyryto napis: „Maryjo, jestem przy Tobie, czuwam, dziękuję! Joasia. Warszawa — szpital 1963 rok”.

Pragnienie Joasi zostało spełnione. W jednym z kościołów, gdzie w głównym ołtarzu jest Matka Boska Fatimska, zostało złożone wotum Joasi.

Powrót do Domu Ojca

Nadszedł grudzień 1963 roku. Zbliżało się czwarte Boże Narodzenie, które Joasia miała spędzić z dala od rodzinnego stołu wigilijnego, w swoim szpitalnym pokoiku. Jednak Bóg chciał inaczej. Stan przepony płucnej na tyle się poprawił, że Joasia mogła przynajmniej na jakiś czas uniezależnić się od sztucznego płuca. Na jej usilną prośbę lekarze zdecydowali się, by wypisać ją na pewien czas do domu. W przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia przywieźliśmy chorą do domu.

Był to chyba jeden z najszczęśliwszych wieczorów wigilijnych, jaki kiedykolwiek przeżywaliśmy. Joasia z rozpromienioną twarzyczką starała się uczestniczyć w śpiewaniu kolęd, mimo że przychodziło jej to z wielką trudnością z uwagi na tracheotomię. Od tego czasu przebywała wśród nas aż do śmierci. W okresie tych kilku miesięcy była sercem i motorem naszego domu. Stale była nad wyraz pogodna, a z twarzy jej biła jakaś niepojęta radość.

Nieprawdopodobnym może się wydać fakt, że Joasia tak bardzo cierpiąca, całkiem niewidoma, a tym samym mająca nikły kontakt ze światem zewnętrznym, była słonkiem rozweselającym każdego, kto się do niej zbliżył. Interesowała ją każda sprawa dotycząca rodziny czy wydarzeń na świecie. Każde zagadnienie czy jakąś trudność zawsze naświetlała sprawiedliwie, z zadziwiającym jak na wiek młodzieńczy rozsądkiem. Jeżeli ktoś z nas miał zmartwienie czy gniotła go jakaś troska — szedł do Joasi w przekonaniu, że w pełni zrozumienia udzieli dobrej rady, a już niezawodnie słowami pociechy podniesie na duchu.

Miała przecież tylko 19 lat, a pociągała wszystkich jakąś zdumiewającą mądrością, która skłaniała każdego, ktokolwiek się z nią zetknął, nie tylko młodzież, ale nawet osoby starsze, do powierzenia jej swoich trosk i kłopotów. Rozmowy z Joasią zawsze kończyły się prośbą o pomoc modlitewną. Niewątpliwie była to mądrość, której Bóg jej użyczył jako szczególnej łaski. Joasia była przecież w stałym zjednoczeniu z Bogiem przez częstą Komunię świętą, więc może w ten sposób objawiało się w niej działanie łaski Bożej.

Kiedy pierwszy raz po powrocie do domu przyjmowała Pana Jezusa w Komunii świętej, miało miejsce dziwne wydarzenie. Jedna z dwóch zapalonych na stole świec zgasła. Gdy usiłowałam ją zapalić, ksiądz ruchem ręki dał znak, abym nie czyniła tego, zostawiając tak, jak jest. Po udzieleniu Komunii świętej ksiądz sam zgasił drugą, palącą się świecę, podczas gdy pierwsza nawet nie zdradzała, że jest w niej ukryty płomyczek. Po pewnym czasie świeca ta nagle się zapaliła jasnym płomieniem. Byliśmy tym tak zaskoczeni, że w pierwszej chwili przestraszyliśmy się, nie wyłączając Joasi, której niewidome oczy uderzył nagle blask płomienia. Wywarło to na niej silne wrażenie, raz po raz powtarzała: — Co za dziwne wydarzenie!

Nikt wtedy nie przewidywał, że z Joasią będzie tak, jak z tą świecą — zgaśnie, by zabłysnąć znowu jasnym płomieniem Bożym.

Ogromną radość sprawili Joasi dwaj młodzi jezuici — ks. J. L. i ks. T. R, którzy odwiedzili ją w domu w Wielki Czwartek, przynosząc nagraną na taśmie Mszę świętą, śpiewaną przez poznański chór chłopięcy i solistów. Gdy słuchała tego, wydawało jej się, że jest w niebie.

Przeszło cztery lata nie brała udziału we Mszy świętej. Miała możność słuchania Mszy świętej przez radio tranzystorowe, ale nie w tak wspaniałym wykonaniu. Przyznała się potem, że nie można jej było sprawić większej radości. Poduszeczka, na której spoczywała jej głowa, mokra była od łez radości i wzruszenia, że mogła w obecnym stanie przeżyć Mszę świętą. Uszczęśliwiona Joasia nie potrafiła znaleźć słów na wyrażenie wdzięczności tym przezacnym kapłanom za ich wspaniały czyn dobroci.

W kwietniu 1964 roku przyszło czwarte zapalenie płuc, które pokonało wycieńczony organizm. Robiliśmy wszystko, co w ludzkiej mocy, aby zapobiec chorobie. Jednak nieuchronnie zbliżał się kres życia Joasi. Trudności z oddychaniem przy porażeniu przepony były tak duże, że w tym stanie zapalenie płuc było tragiczne w skutkach. Mimo opieki lekarskiej i stosowania wszelkich zaleceń — choroba przybierała na sile.

Cdn.
Pocz. w nr. 87

„Wspomnienia o Joasi Krypajtis”
Wydawnictwo Sióstr Loretanek

Jedna odpowiedź do Joasia. Zawsze obecna (6)

  1. schlange mówi:

    I to są ludzie Boga …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.