4
Trynopol: wczoraj i dziś na ziemi pradziadków

image-45429

Perła Trynopola — dawny kościół św. Trójcy z klasztorem Trynitarzy Fot. Marian Paluszkiewicz

Powiadają, że ptaki zawsze powracają do swych gniazd. Podobnie jest z ludźmi. W pewnym okresie życia zaczynamy powracać do wspomnień, najchętniej z dzieciństwa i młodości, do chwil i zdarzeń, niby bardzo codziennych, ale jakże odmiennych od dnia dzisiejszego.

Nic więc dziwnego, że gdziekolwiek rzuci nas los i jakkolwiek ułoży się nam życie, myślami i pamięcią zawsze wracamy do lat młodości: przyjaciół, rodzinnej chaty, drogich ścieżek. Tam przecież spędziliśmy nasze, może nie zawsze lekkie, ale najpiękniejsze lata.

Wilia, ta naszych strumieni rodzica, podbiła niejedno serce. Ściągała nad swe wody dzieciarnię, młodzież i dorosłych z wileńskiej Jerozolimki, Bołtupia, Werek i śródmieścia, by odpocząć, wykąpać się w jej wodach, pohasać z piłką albo oddać się pasji wędkowania (bo ryba tu kiedyś całkiem dobrze brała).

image-45430

Waleria Szabłowska

Ale nie było tu, w Trynopolu pustkowie (obecnie teren Werkowskiego Parku Narodowego), mieszkali tu także ludzie. Jedną z pierwszych mieszkanek Trynopola była Waleria Szabłowska, obok państwo Cybowiczowie, Gasiunasowie. Tuż za rzeką mieszkali Runiewiczowie, Makowscy. Wszyscy się ze sobą znali, przyjaźnili, wzajemnie sobie pomagali. Pani Waleria była osobistą fryzjerką hrabiny Tyszkiewiczowej, a także jej doradczynią, jeśli chodziło o to, jaką kreację ma ubrać na tę lub inną okazję.

— W ciepłe letnie wieczory, zamiast do łaźni, chodziło się kąpać nad rzekę. Na zakrętach koło Trynopola były takie zaciszne, otoczone krzakami miejsca, gdzie bezpiecznie można się było pluskać nawet w stroju Ewy – wspomina pewna pani z Jerozolimki, która jako dziecko przybiegała na taką kąpiel z koleżankami.

W Trynopolu, pośród niewielu wówczas mieszkających rodzin, mieszkała rodzina Zofii i Konstantego Szabłowskich. Tak się złożyło, że nasze mamy chodziły do tej samej szkoły, potem my, dzieci, a więc siłą rzeczy przyjaźniliśmy się rodzinami, często u siebie bywaliśmy. Ich domek stał tuż przy lesie, ale też i blisko rzeki. Był to domek Zofii i Kajetana Nowickich, dziś już pradziadków młodego pokolenia Waldka i Romka Szumskich. Pan Kajetan służył jeszcze w carskiej armii, a jego żona Zofia prowadziła gospodarstwo, a potem pracowała w szpitalu, który był w dzisiejszym klasztorze Trynitarzy.

Wokół rozległe łąki pełne kwiatów i niezabudek. Nieopodal porośnięty kaczeńcami i białymi wodnymi liliami staw. Z koleżankami Hanką i Basią chodziłyśmy tam łowić raki, których wówczas było mnóstwo. Niekiedy nawet zwykłym wiadrem udawało się rybkę złapać. Kilkadziesiąt metrów od domu rosła rozłożysta jabłoń, pod którą bawiłyśmy się lalkami, dalej brzózka, a pod nią ławeczka, na której lubiły gawędzić nasze mamy. Wokół kwitło mnóstwo bzów, jaśminów, tak, że od zapachów dech zapierało. Dołem płynęła Wilia. Biegałyśmy rzucać do jej wód małe kamyki.  Prawdziwa frajda wtedy była, gdy nasze matki czasem się dłużej zagadały, bo przyjeżdżali chłopcy zza rzeki. Graliśmy z nimi w piłkę, berka, ale nie zawsze nas przyjmowali, bo byli starsi — wraca myślami dziś już babcia, pani Anna Szajter, dawna mieszkanka Trynopola.

Przez Trynopol prowadziły Dróżki Kalwaryjskie. To w niedzielne popołudnie, gdy obiad już był zgotowany, prosięta i krówka nakarmiona, sąsiedzi: Zofia i Franciszek Cybowiczowie, rodzina Gasiunasów i inni często siadali pod drzewami, by tych pielgrzymich pieśni słuchać.

Trynopol był nie tylko niezwykle urokliwym miejscem, ale okoliczny las oraz rzeka pomagały ludziom przetrwać trudne powojenne czasy. Drzewa się praktycznie nie kupowało, noszono je z lasu. Latem podpalano płytę szyszkami, by coś ugotować. Prawda, po szyszki trzeba było wczesnym rankiem wychodzić, bo chętnych zbierania było wielu. Ludzie przychodzili z Bołtupia, Jerozolimki.

— Pod tym względem mieszkańcom tych okolic było lżej, bo las był zupełnie pod bokiem. Do lasu chodzono także po jagody i po grzyby, bo w owe czasy rosło ich sporo, a to też było pomocne w gospodarstwie. Poza tym każdy tu miał ogródek, wielu hodowało świnki, miało krówkę. Mleko się nosiło do miasta na sprzedaż, warzywa były swoje. I wszystkim tym zajmowały się kobiety. Mężczyźni pracowali w mieście albo w ówczesnym szpitalu gruźliczym. A że domków tu było niewiele, to problemu z bezrobociem nie było – przypomina Elytė, która też sporo lat spędziła w tej miejscowości.

image-45431

Tuż po wojnie parostatki po Wilii kursowały z Wilna do Turniszek Fot. archiwum

Szczególną atrakcją Trynopola były kursujące z Wilna poprzez Werki do Turniszek parostatki, które wówczas były prywatną własnością niejakiego pana Janowicza, a na których przez pewien czas pracował ojciec Barbary Szumskiej — Konstanty.

— To była ogromna frajda, gdy przez naszą okolicę przepływał statek. My, dzieciaki, biegliśmy wówczas nad rzekę, by się pogapić i na przypływające do brzegu fale rzucać kamyki — przypomina pani Barbara.

Kogo woziły statki? Z miasta jechali na wycieczkę turyści, letnicy, bogatsi mieszkańcy stolicy. Z Turniszek i sąsiednich wsi kobiety woziły do miasta na sprzedaż mleko, kosze pomidorów, ogórków i innych warzyw.

Mijały długie dziesięciolecia i praktycznie nic się w Trynopolu nie zmieniało. Ludzie żyli cicho i spokojnie, ale już w latach siedemdziesiątych zaczęły zachodzić pierwsze zmiany, do których zmusiło samo życie. Po prostu niektóre z domków zaczęły się tu ze starości walić i nie było tam zbyt bezpiecznie mieszkać. Wówczas to sowiecka władza wysiedliła wielu mieszkańców (w tym moich bohaterów) do domów blokowych w mieście. Stare domy i chaty po prostu stały rozwalone i nic się tam nie działo.

Ale zmieniły się czasy, przyszła pierestrojka i wnuczkom Zofii i Kajetana udało się wykupić za talony ziemię dziadków i to akurat w tym samym miejscu. Początkowo nikt z rodziny nie miał konkretnych planów, co tam będzie robił. Ale oto dorośli prawnukowie. W głowach Romka (biznesmena) i Waldka (nauczyciela) Szumskich zrodził się pomysł na pradziadkowej ziemi zbudować własny dom. Rodzice nie od razu temu przyklasnęli, bo nie bardzo wiedzieli jak to realnie zrobić, gdy się nie ma pieniędzy. Tak się jednak stało, że jeden z wnuków okazał się urodzonym budowniczym, choć właściwie samoukiem. No i zawinęli chłopcy rękawy do roboty. Oczywiście nie obeszło się też bez pomocy takich lub innych specjalistów, ale to już nie były te koszty.

— Domek powstawał powoli i z trudem przez wiele lat. Ale wszystko tu było przemyślane, zważone i tak jak sami chcieli. Gniazdko budowane z ogromną miłością do wszystkiego, co stare, dawne, do pamięci o swoich przodkach. Do nowego domu wmurowaliśmy nawet kilka cegieł z domu pradziadków, kilka starych belek, by nadal panował tu duch tamtych czasów, to jakby kawałek relikwii przodków, wszak mieszka tu już czwarte pokolenie – opowiada Romek Szumski.

Miejsce urocze i nadal bosko ciche. Czasem jakiś szarak przebiegnie, wiewiórka poskacze po drzewach lub zimowym rankiem sarenka zaglądnie do okna. W domku dużo starych rodzinnych zdjęć pamiątkowych. Taka cała ściana relikwii rodzinnych.

Dziś Trynopol wprawdzie powoli się rozbudowuje, ale nie ma już tamtego uroku ani rzeka, ani las, ani łąki. Nikt już się w rzece nie kąpie, nie łowi ryb. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest tu nadal bardzo zielono i ładnie, ale współczesna cywilizacja wchodzi tu dużymi krokami.

Perłą dzisiejszego Trynopola jest dawny kościół św. Trójcy z klasztorem Trynitarzy (najpierw drewniany), który był zbudowany przez wileńskiego biskupa Brzostowskiego w latach 1695-1709.  Świątynia ta przechodziła wiele kolei losu. Był tam w okresie sowieckim nawet szpital, potem ośrodek turystyczny itp.

Cały zespół odrodził się i po wielu perypetiach został zwrócony katolikom dopiero w 1992 roku. Był w stanie opłakanym. Dziś w klasztorze mieści się zgromadzenie Kongregacji Chrystusa Króla. Jest tu już czynny dom rekolekcyjny dla księży, zakonnic, osób świeckich, młodzieży i rodzin. Siostry (za złożoną ofiarę) gwarantują nocleg i utrzymanie.

Trynopol wyraźnie zmienia swoje oblicze i choć nadal jest bardzo uroczym i cichym zakątkiem naszej stolicy, to istnieje obawa, że z biegiem czasu i tu bezlitosna cywilizacja zniszczy resztki uroku.

Tymczasem jednak warto zawitać w te strony, spotkać się ze starymi mieszkańcami. A tak na marginesie dodam, że w tradycji naszej klasy (dawnej, kochanej Wileńskiej Szkoły nr 11) jest latem obchodzenie Dróżek Pańskich, a po Dróżkach zwykle uroczysty obiad w domu państwa Szumskich. Ileż to wtedy wrażeń, chodzenia po dawnych ścieżkach i parowach. Zajmuje nam to zwykle cały dzień, bo od białego rana aż do wieczora. Te chwile i te wspomnienia są chyba do dziś najwspanialsze. Bo dodać należy, że jeszcze jako uczennice, dość często nasza klasa urządzała w starym domku w Trynopolu spotkania noworoczne, karnawałowe prywatki, a i nie jedno małżeństwo potem z tych spotkań się skojarzyło. Dziś nadal przyjaźnią się ze sobą dziadkowie, ich dzieci i nawet wnukowie. Urocze miejsce, miejsce, które tak bardzo umie łączyć nie tylko bliskie sobie pokolenia, ale i te dalsze. Słowem, przykład jak najbardziej do naśladowania.

4 odpowiedzi to Trynopol: wczoraj i dziś na ziemi pradziadków

  1. kalwaria mówi:

    Abp Jablrzykowski rezydowal w czasie letnim na Trynopolu. Autorka zna nienawisc hierarchii litewskiej do tegoz polskiego biskupa, i stad moze, swiadomie unika historycznej wiedzy o okresie miedzywojennym. Czuje nie smak historyczny, bo to wyrafinowany baabski falsz HISTORII KOSCIOLA DIECEZJI WILENSKIEJ. 100 LAT PO SMIERCI STALINA BEDZIECIE DRZEC ZE STRACHU…CO SIE Z WAMI DZIEJE KATOLICY? POLACY?

  2. Astoria mówi:

    Mętnie napisane. Trudno się zorientować, jakiego czasu historycznego dotyczą wspominki. A nawet gdzie ten Trynopol obecnie jest. To powinno być jasne od pierwszego akapitu.

  3. Marian mówi:

    A ja dziękuję za miłą sercu weekendową lekturę. Trynopolski kościół jest doskonale widoczny z wileńskiego Wołokumpia, miejsca wypoczynku wilnian nad Wilią. Trynopol jest po drugiej stronie rzeki.

  4. Alicja mówi:

    To prawda.Z wiekiem coraz częsciej wraca się do czasów dzieciństwa.Pamiętam jak z rodzicami chodziłam na plażę na Wilię.Jak przez mgłę pamiętam nawet kolor kostiumu kąpielowego Mamy.Po 1989 roku kilka razy odwiedzałam Moje rodzinne miasto i coraz większa jest tęsknota.Rodzice w grobie mają ziemię z Rossy,chociaż tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.