6
Stawiszki – tu, gdzie kiedyś były stawy

Odnowiona figurka Pana Jezusa Fot. Juozas Labokas

Starsi ludzie mówią, że gdy żyli tu ich prapradziadowie, były tu zaledwie 3–4 chaty. Pierwszymi osadnikami ponoć byli trzej bracia Bartoszewiczowie. Nazwa zaś miejscowości, jak twierdzą starzy mieszkańcy, powstała od stawów, których w owe czasy było tu sporo.

Gdy wyjedziemy z Wilna ulicą Werkowską, jedziemy przez las w stronę Zielonych Jezior i 250 metrów przed ulicą Ożkińce skręcamy w lewo, natkniemy się na kurhanek, gdzie stoi duża figura Pana Jezusa postawiona w 1928 roku, a niedawno odnowiona. Historia figury też jest nieco niezwykła, bo sprawił to smutny wypadek.

Kajetanowi Bartoszewiczowi w 1920 roku raptem zmarła na serce 14–letnia córeczka Marysia. Długo przeżywał tę tragedię i w 1928 roku na pamięć o niej postawił tę figurę, gdzie niemal codziennie on i ludzie ze wsi przychodzili się modlić. Mijały lata, a figurę stale odwiedzali mieszkańcy nie tylko Stawiszek, ale i sąsiednich wsi. W 1999 roku figurka była odnowiona, po 10 latach odnowiona i wyświęcona po raz wtóry.

Gdy przyjechaliśmy, spotkaliśmy tu modlące się kobiety — panie Kazimierę i Walentynę. Cała figura ukwiecona świeżymi kwiatami, paliły się znicze. W maju i w czerwcu codziennie o 19 zbierają się tu mieszkańcy na nabożeństwo. Tradycja ta trwa już bardzo wiele lat.

A oto przyszli Bartoszewiczowie, ojciec Bronisław z synem Rajmundem, staraniem których odnowiono figurkę, a teraz już właściwie małą kapliczkę.
— Właściwie inicjatorką była nasza mama Anastazja (Litwinka ze Święcian). Ona dała pieniądze na farby, daszek, a myśmy tylko wykonali robotę — mówi Rajmund Bartoševičius — Przecież nie można było pozwolić, żeby święta rzecz tak się zniszczyła.

Bardzo często przychodzą się pomodlić ludzie z okolicznych osad, przyjeżdżają wycieczki z Polski. Dawniej były tu piękne tradycje, chodzono po domach w święta z piosenkami:
„Czy można ten dom rozweselić. Dom ma 4 kąty, a Pan Jezus piąty” — przypomina pani Anastazja.
Do niemal najstarszych mieszkańców należała tu rodzina Piórków. Mieszkali oni chyba z górą 200 lat. Mieli 10 ha ziemi i na niej głównie pracowali: orali, sieli, mężczyźni często zajmowali się rybołówstwem, bo ryby w tych okolicach nie brakowało. Łapano nawet wspaniałe łososie. Kobiety zboże na żarnach mełły, chleb piekły, zajmowały się ogrodami, gospodarstwem.

Siostry Alfreda Bartoszewicz i Zyta Wasiljewa na swojej posesji Fot. Juozas Labokas

— W 1957 roku była tu duża powódź i zatopiła nawet mały wiejski cmentarzyk oraz zniszczyła kilka chat, zniosło wtedy 11 metrów gruntu — opowiada pani Anastazja.
— Potem zaczęły powstawać kołchozy. W Stawiszkach był kołchoz „Bolszewik”, gdzie przewodniczącym był niejaki Dalecki. Dobry był człowiek, nie krzywdził ludzi, bardzo skrupulatnie prowadził całą księgowość. Do dziś zachowały się księgi, gdzie każda kopiejka jest zapisana. Trzeba było płacić podatek do kołchozu, a płaciło się jajkami, mlekiem — mówi Bronisław. — I choć życie było ciężkie, to ogólnie jakoś weselej się żyło. Ludzie się przyjaźnili całymi wsiami, razem bawili się podczas świąt, wesel, całymi wsiami uczestniczyli w pogrzebach.
Dziś wieś się rozrosła, ale nadal pozostaje raczej małą osadą, bo liczy zaledwie 25 chat. Większość ludzi pracuje w mieście, starsi emeryci latem raczej grzebią się na własnych ogródkach. Ale jak mówią – „teraz każdy jest tak jakoś sobie”. Nie ma tu już większych tradycji ogólnego świętowania jakichkolwiek świąt, jak to było kiedyś.

— Jeszcze stosunkowo do niedawna często wspólnie z całą wsią świętowaliśmy wesela, chrzciny, Trzech Króli, zapusty inne święta. Teraz jakoś to wszystko się rozsypało i każdy sobie „rzepkę skrobie”. Ludzie się zrobili bardziej zamknięci, a i dobrego lidera jakoś tu wyraźnie brak — mówi pani Aldona Bartoszewicz, jedna z dwóch „prawdziwych” Litwinek we wsi.

Nie, nie czuje się tu obco, ale początki nie były łatwe. Sama pochodzi ze Święcian z litewskiej rodziny. Swego męża poznała tutaj na jednym z wesel i jakoś od razu przypadli sobie do gustu. Nie uszło to uwadze rodziców męża Stefanii i Stanisława, na co pan Stanisław twardo i stanowczo powiedział, że w jego rodzinie nie będzie żadnej Litwinki, ani Rosjanki. Stało się jednak inaczej — Aldona i jej mąż Wacław poznali się w styczniu, a już w lipcu się pobrali. Młoda żona początkowo czuła się nieco jak biała wrona: obcy ludzie, zwyczaje itp. Jednak rodzice męża bardzo szybko zaakceptowali synową i polubili ją jak rodzoną córkę. Zresztą, dziwne są czasem ludzkie losy, bo teściowa Stefania z domu była Niechludowa, a więc chyba też nie była z krwi i kości Polką.
— Teściowie okazali się wspaniałymi ludźmi, pomagali mnie w wychowaniu trójki dzieci i to dzięki nim mogłam pójść do pracy. Pracowała w piekarni, w fabryce Aparatury Paliwowej, szyła dzieciom ubranka itp. Z czasem mąż zbudował dom i osiedlili się na swoim, a więc już i poczuli się bardziej pewnie. Mąż wykonywał wiele różnych prac w pobliskich okolicach.

Aldona, oprócz tego, że pracowała, zajmowała się dziećmi, domem, ogrodem i bardzo pięknie haftowała. Haftowała serwety, pokrowce poszewki, ręczniki. Z tego wszystkiego pozostała tylko jedna serweta, którą na nasz przyjazd przykryła stół. Reszta albo się już zużyła, a większość po prostu z różnych okazji porozdawała krewnym, znajomym, przyjaciołom. Mąż Zbigniew lubił bardzo łowić ryby. Na ryby często chodzili razem.

Aldona Bartoszewicz ze swoimi wypiekami Fot. Juozas Labokas

Najczęściej je potem wędzili i wówczas była cała uczta. Od przyprawiania ryb do wędzenia specjalistką była Aldona. Oczyszczone nacierała je czosnkiem, solą, pieprzem, układała na denku ze szkła i takim samym denkiem przykrywała z wierzchu.
Gdy tak dzień, czasem dwa (w zależności od wielkości ryb) marynowały się, szły do wędzenia.
Uwędzone zamykała w szklanych słoikach i stawiała do prawdziwej wiejskiej piwnicy, bo tak dłużej się przechowywały.
Aldona miała i do dziś ma także swój sposób na malowanie jaj. Nigdy nie używa do tego żadnych sztucznych, kupowanych farb. Jajka zawsze maluje tylko w wywarze z łuski od cebuli i pokrzywy.
— Latem zawsze zbieram pokrzywę i suszę ją. Sporo tego zbieram. Łuski od cebuli też nigdy nie brakuje. Na parę dni przed Wielkanocą w jednym garnku zalewam zimną wodą suszoną pokrzywę, w innym łuskę cebuli. Gdy to postoi, już woda nabiera koloru (trzeba żeby kolor był intensywny). Jajka wkładam do zimnej wody, sypię nieco soli i stawiam gotować. Z cebuli mam różne kolory beżu i nawet brązu, a z pokrzywy powstaje piękny kolor zielonej trawy — opowiada pani Aldona.

Wielu sąsiadek nauczyła takiego malowania i, jak się okazało, te zielone cieszą się największym powodzeniem.
Na nudę i smutki i dziś nie narzeka nasza rozmówczyni. Wszak ma trójkę dzieci i sześcioro wnucząt. Raz ona do nich pojedzie, to znowu oni przyjadą. A jak dzieci przyjeżdżają do babci, to musi być coś smacznego (własnego pieczywa bułka, galareta z mięsa, pączki itp.).
Sąsiedzi tu niezbyt często ze sobą się spotykają, ale wszyscy żyją w zgodzie bez względu na narodowość. A jako ciekawostkę chyba warto dodać, że ponad połowa wsi nosi nazwisko Bartoszewicz i w mniejszym lub mniejszym stopniu są ze sobą spokrewnieni.

Ale powróćmy jeszcze do figurki Pana Jezusa. Od pewnego czasu znalazła się tu tabliczka z napisem: „Dzięki, Panie Jezu, tu zostałam wysłuchana”. Autorką tego tekstu była ponoć starsza pani Klara, która od lata mieszka w Polsce, ale niedawno tu przyjeżdżała i te swoiste wotum zostawiła w podzięce za jakąś łaskę, której tu w młodości doznała.

— Niedawno tu też Bóg wysłuchał mojej prośby i mam zamiar też umieścić jakąś tabliczkę, by tak jakoś Bogu podziękować — opowiada kosmetyczka Danuta Karwowska, która pochodzi z Turniszek, ale często przychodzi pod kapliczkę, by w ciszy o swoich sprawach z Panem porozmawiać.
Wielu okolicznych ludzi twierdzi, że przy tej kapliczce na kurhanku Bóg wysłuchał ich modlitw. Może właśnie dlatego tu prawie codziennie ktoś przychodzi.

Przyjechaliśmy właśnie do sióstr Zyty Wasiljewej i Alfredy Bartoszewicz, bo to ich dziadek Kajetan Bartoszewicz za własne pieniądze zbudował tę figurkę Pana Jezusa, a w pracach pomagał mu Wincenty Bartoszewicz. Ze strony babci Kazimiery była jeszcze poniemiecka rodzina Minkielów, ale w 1913 roku wyjechała z Wilna.
Dziadek Kajetan był wyjątkowym człowiekiem, przez całe życie związany z Kalwarią Wileńską, tam też wiele pomagał. Ufundował do kościoła wiele chorągwi i innych sakralnych rzeczy. Ojciec Bernard z wykształcenia był weterynarzem, ale hodował też pszczoły, znał się na agronomii i jak jego ojciec całe życie był związany z kościołem — opowiada wnuczka Alfreda Bartoszewicz.

W domu tym niczym świętość przechowuje się wiele pamiątek po dziadkach i rodzicach, a przede wszystkim dużo zdjęć, portretów. Dziś już rzadko gdzie można spotkać taką galerię i to tak pieczołowicie przechowywaną.
Pani Zyta teraz marzy tylko o jednym — odrestaurować domek. Żeby to zrobić, trzeba pokonać wiele biurokracji i mieć sporo pieniędzy. Ta myśl jednak ich nie opuszcza, żeby przynajmniej na starość znowu osiedlić się tam, gdzie są ich rodzinne korzenie. Dziś przyjeżdżają tylko na lato, bo zimą tu nie da się mieszkać, gdyż nawet wody w domu nie ma, a kaflowe piece też wymagają zręcznej ręki zduna.

Nie bacząc na te niedogodności, koło domu jest dużo kwiatów, krzewów ozdobnych. Wszystko to pięknie uporządkowane i dopatrzone.
I tu mimo woli przypominają się wersy Pieśni Świętojańskiej o Sobótce Jana Kochanowskiego, który pisał:
„Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, twe pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki”.

6 odpowiedzi to Stawiszki – tu, gdzie kiedyś były stawy

  1. monstrum mówi:

    Dziękuję Autorce za piękną opowieść. Niech takie nastrojowe krajoznawczo-obyczajowe opowiadania regularnie pojawiają się w Kurierze.

    To że ludzie już znacznie mniej razem świętują, są bardziej zamknięci i odosobnieni, jest chyba cechą ogólnoświatową. Jako jedno ze swoistych wytłumaczeń czytałem i to, że słońce w swej drodze nie zodiakalnej, tylko jakiejś jeszcze innej, dotyczącej całej ludzkości, nie jestem mocny w austrologii, z początkiem stulecia opuściło znak czułych Ryb i weszło (odwrotny kierunek, niż w Zodiaku) w znak bardziej racjonalnego, oschłego i samodzielnego Wodnika. Mimo to starajmy się więzi międzyludzkich nie gubić.

  2. józef III mówi:

    Szczęść Boże dobrym Ludziom !

  3. monstrum mówi:

    Józef III
    Bóg zapłać!

  4. Astoria mówi:

    Trudno powiedzieć, ile jest w tym reportażu realiów, a ile fantazji autorki. Niby pierwszymi osadnikami w Stawiszkach byli bracia Bartoszewiczowie, czego autorka nie podważa, ale w innymi miejscu pisze, że była to rodzina Piórków. Zdaniem autorki, Piórkowie chyba mieszkali w Stawiszkach od 200 lat i byli niemal najstarszą rodziną. Nie bardzo rozumiem sens tych stwierdzeń. Trudno się połapać w genezie czasowej: na początku autorka sugeruje, że wspomnienia sięgają prapradziadków, a w innym miejscu pisze o 200 latach. Trudno też uznać za wiarygodne, że „w maju i w czerwcu codziennie o 19 zbierają się tu mieszkańcy na nabożeństwo”. Byłby to raczej dość wyjątkowy kult w swojej intensywności. Czy ktoś z mieszkańców może to potwierdzić?

  5. józef III mówi:

    Panie „Astoria” uprzejmie przypominam o ludowej tradycji nabożeństw (modlitw) majowych i czerwcowych …

  6. Astoria mówi:

    @ józef III:

    Dziękuję uprzejmie; wiem o tej tradycji, bo się o niej niedawno temu dowiedziałem z „KW”. Mimo to, wciąż wydaje mi się nieprawdopodobne, żeby się przed kapliczką zbierali ludzie na nabożeństwa codziennie przez 2 miesiące. Dlatego wciąż czekam na potwierdzenie tej informacji przez osobę tam zamieszkałą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.