32
Druga wojna polska (2)

Większą uwagę zwraca górujący ponad otoczeniem najstarszy budynek w Borysowie — kościół katolicki Fot. archiwum

Dramatyczne zmagania w bitwie nad Berezyną, tragiczne również dla naszego polskiego żołnierzaoraz wspaniała victoria orszańska — obydwie stoczone na terytorium dzisiejszej Białorusi, jednakże o pierwszej w całej Europie mówi się i pisze dużo, natomiast drugą znają tylko w Polsce i na Litwie, chociaż nie mniejsze prawo do tego zwycięstwa mają także Białorusini. Niestety, nie ma dla niej miejsca w historii współczesnej Białorusi…

Podążając szlakiem historycznych batalii, trafiliśmy najpierw do leżącego nad Berezyną Borysowa, miasta planowanej przez Napoleona przeprawy.

Podróżującym pociągiem zapoznanie się z miastem rozpoczyna się od dworca kolejowego, „czugunacznogo wakzała” — jak piszą Białorusini, chociaż powszechnie używają rosyjskiego „wokzał żeleznadorożnyj”.

Borysowski dworzec zadbany, acz nieduży, wszakże miasto to liczy zaledwie 147 tys. mieszkańców.

Wychodząc z dworca na miasto – pierwsze skojarzenie: jak w Mińsku. W stolicy, na wprost pomiędzy dwoma monumentalnymi socrealistycznymi gmachami, niczym przez babilońską bramę bogini Isztar, otwiera się widok na przestrzenną ulicę. W Borysowie identycznie. Owszem, budynki są o wiele mniejsze, stosowne do wielkości i rangi miasta. Zapewne stolica musiała kiedyś świecić przykładem, skoro architektoniczne rozwiązanie przy dworcu dokładnie naśladuje Mińsk.

Miasto. Ulica Czapajewa, Dzierżyńskiego, Stachanowska, Gorkiego,… prospekt Rewolucji, pomnik Lenina, hasła o jedności narodu i władzy… atmosfera niezmienna już od blisko stu lat, co wcale nie zdziwi znających już ten kraj. Socrealistyczne budynki, czysto, porządek. Dalej od centrum nieco inaczej: drewniane domki, ogrody, wysokie drewniane płoty z wychylającymi się ponad je głowami słoneczników, szutrowe ulice oraz nieliczni przechodnie.

Nas jednak bardziej interesuje przedkomunistyczna przeszłość miasta, więc kierujemy się na Staroborysów, za rzekę Berezynę. Nad rzeką, w pobliżu mostów, trafiamy na pozostałości okazałych szańców artyleryjskich przygotowanych przez wojska rosyjskie przed wojną 1812 r. w celu obrony miasta, a przede wszystkim mostu nad Berezyną. Szańce zachowano jako zabytek, ustawiono jeszcze dwie metalowe atrapy dziewiętnastowiecznych działek oraz tablicę mówiącą między innymi o „rozgromieniu tutaj przez wojska rosyjskie w listopadzie 1812 r. dużego zgrupowania Napoleońskiej Armii”. Dokładniej chodzi o 17 dyw. Jana Henryka Dąbrowskiego, którego zadaniem była obrona jedynego w tej okolicy stałego mostu nad Berezyną i jej rozlewiskiem. Właśnie w tych szańcach oraz w mieście po lewej stronie rzeki niespełna 4 tys. zmęczonych marszem polskich żołnierzy zaskoczył dwukrotnie większy oddział rosyjski. W nierównej walce most był utracony, a w czasie polskiego kontrataku spalony przez wojska rosyjskie. Przeprawa więc utracona — a Napoleon wściekły. To w ostateczności zmusiło go do zbudowania nowych mostów i rozegrania bitwy, dzięki czemu Berezyna trafiła do podręczników historii.

O bitwie nad Berezyną mówi się i pisze dużo, na wielu pomnikach tam widnieją orły napoleońskie Fot. archiwum

Opuszczając szańce, przekraczamy rzekę, trafiając na „stare miasto”. Całkowite rozczarowanie. Po dawnym Borysowie, założonym przecie w 1102 r., ślad całkowicie zaginął. Najczęściej drewniane jak na wsi domki, czasem starsze dziewiętnastowieczne murowane parterowe kamienice oraz współczesne bloki. O historii mówi jedynie będący w renowacji Sobór Zmartwychwstania Pańskiego z 1872 r. oraz przed nim ustawiony pomnik założyciela miasta księcia Borysa, syna księcia Połockiego, skąd właściwie pochodzi nazwa miasta. Większą uwagę zwraca górujący ponad otoczeniem najstarszy budynek w Borysowie — kościół katolicki.

Kościół pw. Narodzenia NMP założony został w 1642 r. z fundacji starosty Adama Kazanowskiego i potwierdzony aktem króla Władysława IV. Pierwotny drewniany gmach świątyni oczywiście nie zachował się. Obecny, klasycystyczny kształt, kościół otrzymał po pożarze w pierwszej połowie XIX w. Jednowieżowy, wewnątrz skromny, acz schludny. Jest po remoncie i obecnie z trudem się uświadamia, że po represjach w 1937 r., kiedy to rozstrzelano nawet sprzątaczkę kościelną, świątynia ciągle zmieniała swe przeznaczenie — magazyny, kino, sala sportowa.

Zwrócona wiernym w 1988 r. została stopniowo odbudowana i odnowiona.

Czyniąc krok w stronę wyjścia, kątem oka ujrzałem ołtarz boczny i odniosłem wrażenie, że jednym krokiem przeniosłem się o kilkaset kilometrów w stronę Wilna. W bocznym ołtarzyku, przed drzwiami, „świeciła” kopia obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej. Są granice i znaczne odległości, ale ta kopia w dalekim Borysowie podkreśla znaczenie nie tylko kultu Matki Bożej, jednocześnie przypomina rolę dawnej stolicy tego kraju. Przynajmniej w kontekście religii katolickiej Wilno pozostało jako centrum ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Nie widząc w rozkładzie mszy św. w języku polskim, zagadnąłem o to krzątające się w kościele kobiety.

— Polskie msze? — z zainteresowaniem obrzuciły mnie spojrzeniem.

— Tak, były u nas, przecież w kościele długo służył Polak, ksiądz Józef. Dzisiaj liczący około osiemdziesiąt lat. A był jeszcze drugi ksiądz z Polski. Ale zmienili go. U nas polskich księży „nie lubiat” — dodała rozmówczyni z niepewnym uśmiechem.

Dopytywałem się jeszcze, czy polskie msze były uczęszczane, lecz na to pytanie, jak też o Polakach w Borysowie odpowiedzieć nie potrafiła, a może nie chciała bądź nie miała odwagi.

Społeczne Zjednoczenie Związek Polaków na Białorusi. Dookoła skromnego budynku wysoki betonowy i częściowo metalowy parkan stwarzający wrażenie murów obronnych Fot. archiwum

Tuż przed kościołem jednak trafiłem na polski napis. Na drewnianym krzyżu w języku białoruskim, litewskim i polskim wymienione było imię księdza prof. Henryka Hlebowicza. Białoruski tekst informował dokładniej:

„W Borysowie 9 listopada 1941 r. hitlerowcy rozstrzelali męczennika za wiarę, wielkiego przyjaciela białoruskiego, litewskiego i polskiego narodów”.

Nie wskazano narodowości błogosławionego ks. Henryka Hlebowicza, jednakże przyjemnie było trafić na wzmiankę o Polaku, wilnianinie z wyboru, którego nazwisko często trafiało mi się kiedyś podczas zbierania materiałów o dziejach organizacji akademickich na Uniwersytecie Stefana Batorego.

Ks. Henryk Hlebowicz nie tylko wykładał w Wilnie, ale dużo czasu poświęcił młodzieży. Był duszpasterzem organizacji i stowarzyszeń akademickich: moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademiczek, doradcą „Juventus Christiana”, współtwórcą Porozumienia Akademickich Katolickich Stowarzyszeń.

Po wybuchu wojny był kapelanem podziemia niepodległościowego w Wilnie (1939-1941). Zginął w okolicach Borysowa z rąk współpracującej z Niemcami policji białoruskiej.

Nietypowo wyglądał ten krzyż z takim właśnie napisem na tle szeregu tablic o odważnych i bohaterskich pionierach bądź partyzantach z oddziału „Diadi Koli”.

Poszukując więcej śladów polskości Borysowa, udaliśmy się w stronę najbliższego zaznaczonego na mapie cmentarza. W drodze przypadkowo natrafiliśmy na tablicę na drewnianym oszalowanym domu z wizerunkiem orła białego i napisem:

„Społeczne Zjednoczenie Związek Polaków na Białorusi.”

Dookoła skromnego budynku wysoki betonowy i częściowo metalowy parkan stwarzający wrażenie murów obronnych. Można by snuć domysły — czy to miał być mur obronny przed obcymi, czy zapora władzy miasta przed polską organizacją…?

Wówczas, niestety, nie udało się skontaktować z Polakami w Borysowie, chociaż informacja w internecie wskazuje, że ta polska „twierdza” działa, organizuje spotkania rodaków, jasełka, koncerty itd.

Do lat trzydziestych w Borysowie działały szkoły polskie oraz litewska. Obecnie Polacy najczęściej nie znają języka ojczystego, wszakże rusyfikowano wschodnią Białoruś od 200 lat z niedużym poluzowaniem w czasie rewolucji i niedługo po niej. Więc powrót do mowy ojczystej — zajęcia z języka polskiego dzieciom i dorosłym, początkowo odbywały się w domu prywatnym, a teraz w Domu Polskim.

Ostatecznie o znaczeniu polskości w historii miasta miały potwierdzić groby. Wchodzimy na cmentarz. Na nowych grobach napisy cyrylicą, a na starszych po… hebrajsku bądź w obu pisowniach.

Borysów niegdyś zamieszkiwała spora gmina żydowska. Z przedwojennego okresu zachowała się synagoga i budynek szkoły. „Borysów był miastem biednych Żydów, a Bobrujsk — Żydów bogatych. Ponieważ u nas mieszkali częściej rzemieślnicy, a tam kupcy… ” — wypowiedział się pewien Białorusin o starozakonnych ze swego miasta. Zwróciło uwagę, że na kilku cmentarzach potomków Abrahama dużo jest nowych grobów. Holokaust Borysów dotknął w mniejszym stopniu, wielu jednak zdążyło wycofać się z Armią Czerwoną, a po wojnie powróciło do domów. Byliśmy na kilku współczesnych cmentarzach w Borysowie, ale nie trafiliśmy na groby z polskimi napisami, jedynie po rosyjsku, hebrajsku, zbiorowe mogiły rosyjskich żołnierzy z okresu II wojny światowej. Dawne cmentarze sowieckim zwyczajem zapewne poszły pod parki lub fabryki.

 

Cdn. Pocz. w nr. 130

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

32 odpowiedzi to Druga wojna polska (2)

  1. taki z Siczy mówi:

    Dziwna nazwa.Autor był turyst w Borysowie.Dlaczego wojna,dlaczego druga? (!!!) polska- tak,turyst z Polski.Czy”Druga wojna polska(2)” w Białorusi to jest “oj,oj,oj,mnie nie podoba się w Białorusi Czapajew,Lenin,Gorkij”?

    A mnie nie podoba się plac zbrodniarza ludobojca Dudajewa w Warszawie.A mnie dziwi zakład naprawy kaloryferów imieni Jana PawłaII w Świnoujści. “Opuszczając szańce, przekraczamy rzekę, trafiając na „stare miasto”. Całkowite rozczarowanie. Po dawnym Borysowie, założonym przecie w 1102 r., ślad całkowicie zaginął.” -> Po tyli wojnach w Białorusi i Ukraini.A przychodzili z wojnami też Polacy,i inni też.

  2. a tu z Litwy mówi:

    Pan z Siczy nie czytał z pewnością pierwszego odcinku oraz komentarzy do niego, dlatego nie orientuje się w czym sprawa. A i nie przeczyta już, ponieważ Kurier pierwszy odcinek dlaczegoś gdzieś zapodział, a może i po prostu usunął.
    P.S. Dudajewa plac jest też w Wilnie …

  3. Budzik mówi:

    Taki z Siczy 1
    Czy aby nie mieszkasz we Lwowie? Powiedz proszę jak dziś nazywa się była ulica Lermontowa w tym mieście? Czy aby nie Dżochara Dudajewa?
    Czy to nie zaburza Twojej estetyki?

  4. monstrum mówi:

    Taki z Siczy, nr 1 :

    Z mojej strony na tyсh łamach po raz kolejny cytat ze słów polskiego generała międzywojennego, tym bardziej że mamy zgłoszony temat o wojnie; otóż: “Spokojnie – jak na wojnie”.

    *

    Pan Waldemar Szełkowski, powyższy artykuł :

    Rzeczywiście tytuł nieco mylący jak na relację z wyprawy – jeżeli nie zna się Pana artykułów poprzednich na okoliczność dwuchsetlecia roku napoleońskiego 1812. Tamte wraz z bardzo dobrym zestawem zdjęć z przyjemnością przeczytałem. Ale jeżeli je się zna, to dziś z 24 akapitów mamy o wyprawie Wielkiej Armii słownie jeden. Ale chętnie podejmę wątek białoruski.

    W związku z akapitem pierwszym, wstępnym, pogrubioną czcionką: “Niestety, nie ma dla niej – wspaniałej victorii orszańskiej – miejsca w historii współczesnej Białorusi…” – najchętniej zapytałbym skąd takie stwierdzenie i czy możnaby go spróbować uzasadnić. Ale zdaję sobie sprawę z oczywistej różnicy między autorem wydrukowanego artykułu a autorami na forum komentarzy. Dlatego kilka uwag z mojej strony.

    Na ziemiach stanowiących Republikę Białoruś miała miejsce niezliczona ilość starć zbrojnych w okresie postrzeganym przez udokumentowaną historię. Największa z nich pod względem ilości walczących i liczby zabitych (około stu tysięcy z obu stron) miała miejsce w dniach 30 czerwca – 3 lipca 1944 i nosi nazwę bitwy o Mińsk. No ale Autor wybrał dla nadmienienia we wstępie do artykułu akurat dwie inne bitwy. Wobec tego – w historii na współczesnej Białorusi jak najbardziej jest miejsce aż na trzy bitwy orszańskie; są znane i badane.

    Rok 1508. Na Wawelu od roku panuje król Zygmunt I Stary, przyszły ojciec Zygmunta Augusta, trwa wyprawa na Smoleńsk, dowodzi nią wielki hetman litewski, słynący z potężnej brody, książe Konstanty Ostrogski. 13 lipca tuż za Orszą, bezpośrednio nad Dnieprem, główne siły litewskie scierają się z kilkoma pułkami wielkiego księcia Włodzimierskiego i Moskiewskiego i samowładcy Rusi Wasyla Trzeciego. W stosunku do liczebności wojsk obu stron bitwa nie przynosi katastrofalnej liczby ofiar, wojska litewskie zostają zmuszone do cofnięcia się za Dniepr, natomiast ku zaskoczeniu Litwinów wojsko wielkiego księcia Wasyla w ciągu nocy wycofuje się w przeciwną stronę pod Smoleńsk.

    Minęło sześć lat, jest rok 1514. Na Wawelu mamy tego samego Zygmunta I Starego, jeszcze nie poślubił włoszki Bony, gdyż pozostaje żonaty z węgierką Barbarą Zápolyą. Na wschodnich obrzeżach Litwy trwają, oscylując w natężeniu, wojny moskiewskie. Rzeczpospolita sięga szczytu poszerzania swych zasobów terenowych. Na tronie w Moskwie zasiada ten sam wielki książe i samowładca Wasyl III. Wielki hetman litewski i książe Konstanty Ostrogski znanym sobie z poprzedniej wyprawy i przeprawy przez Dniepr szlakiem prowadzi teraz pokaźniejsze siły i nad ranem 8 września ustawia je do wielkiej bitwy. Przy sobie ma jako dowódcę sił koronnych kasztelana wiślickiego Janusza Świerczowskiego. Naprzeciwko siebie mają wojsko też pod dwoma dowódcami: koniuszego i wojewody Iwana Andriejewicza Czeladnina i bojara Michała Iwanowicza Bułhakowa-Golicy z rodu Giedyminowiczów. W ciągu następnych dziesięciu godzin wojska moskiewskie ponoszą ogłuszającą klęskę kosztującą śmierci być może połowy stanu liczebnego, a wśród jeńców okazują siŁ obaj dowódcy, zawiezieni następnie do Wilna. Pierwszy zmarł po kilku tygodniach z ran, drugi spędził tam trzydzieści siedem lat, aż został wykupiony; w międzyczasie miał pozwolenie wychodzić na wszystkie święta cerkiewne do miasta w asyście dwóch zbrojnych wojowników i na słowo honoru, że nie będzie próbował ucieczki.

    Minęło dalszych pięćdziesiąt lat. Rok 1564, na Wawelu tronuje król Zygmunt II August, w Europie północno-wschodniej trwa Wojna Północna Siedmioletnia. W Moskwie panuje Iwan IV Wasyljewicz Groźny. W Orszy na zimę zakwaterowała się część armii moskiewskiej działająca przeciwko Litwie. Zmierzające do jej wzmocnienia pułki wojewody Piotra Szujskiego zostają dopadnięte nad rzeczką Ułą przez wojsko księcia Mikołaja Radziwiłła Rudego. Nie mają moskwicinowie szczęścia do Orszy w szesnastym wieku, kolejna przegrana, wojewoda Piotr Szujski w sposób szczególny też trafia do Wilna, ale już jako nieboszczyk, bo w tym stanie po przegranej bitwie został przypadkowo znaleziony w wiejskiej studni, zaś rozpoznany przez Litwinów zabrany przez księcia Mikołaja do stolicy, gdzie go tam chowa z oddaniem wszystkich honorów.

    Ostatnie duże prace archeologiczne były prowadzone na miejscu dwóch pierwszych bitew w maju 1999 pod kierunkiem pani doktor Irуny Jasińskiej z Uniwersytetu Mińskiego. Jesienią tegoż roku znalezione przedmioty trafiły na wystawę w Muzeum Historii i Kultury Białorusi w Mińsku z okazji pięćdziesięciolecia Białoruskiego Towarzystwa Archeologicznego. W pracach odkrywkowych pod Orszą jako ochotnicy uczestniczyli między innymi członkowie oficjalnie powstałego o trzy misiące wcześniej Białoruskiego Młodzieżowego Stowarzyszenia Historycznego, była to ich pierwsza akcja terenowa.

    Jeżeli więc można prosić Autora, proszę z pokorą na przyszłość o nawiązywanie kontaktu z kimś rzeczywiście z historyków białoruskich i nie poprzestawanie na przygodnie napotykanych przechodniach czy krzątających się w kościele kobietach.

    Skoro Autor tam podróżuje, pragnę zaproponować – ewentualnie w drodze powrotnej, bo to ta sama linia kolejowa – wziąć bilet do stacji Kosów Poleski i tam odwiedzić kościół Świętej Trójcy, gdzie został ochrzczony Tadeusz Kościuszko. Zamiast pochodów po ziemiach białoruskich księcia Konstantego Ostrogskiego w wieku szesnastym czy cesarza Napoleona w wieku dziewiętnastym zdecydowanie ciążę ku urodzonemu na północy Polesia naczelnikowi Kościuszce. Oto tablica pamiątkowa w kościele. Proszę też, o ile chęć zaistnieje, zwiedzić wirtualnie ten kościół, naciskając pojawiające się strzałki w górnej części. To jest właśnie to, czemu dziś jest miejsce na Białorusi.
    http://imageshack.us/f/398/dscn7976xk3.jpg/

  5. monstrum mówi:

    a tu z Litwy, nr 2
    Otóż niezupełnie: artykuły poprzednie zostały zapodziane, ale zapodziane do archiwum. Są do wyciągnięcia, jeżeli się pójdzie tu, na tym ekranie, do “Podobne artykuły” między tekstem zasadniczym a komentarzami i tam naciśnie na interaktywne “Druga wojna polska (1)” oraz “Na Litwie uczczono przemarsz Napoleona”.

  6. monstrum mówi:

    Post scriptum do 5
    Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mamy nickname “a tu z Litwy”. Więc nade wszystko – pozdrowienia A TAM NA LITWĘ !!

  7. Maur mówi:

    @ monstrum, 4;
    Fascynujące…
    A i pouczające pod każdym względem. DYplomacji szczególnie.
    Pozdrawiam i miłego dnia życzę.
    Twój post – takim już mój dzień uczynił.

  8. monstrum mówi:

    Maur, nr 7

    Najserdeczniej pozdrawiam wzajemnie, życzę równie zmakomitych soboty i niedzieli. Niezwykle cenię tak serdeczne słowo; otóż właśnie, używając powiedzenia angielskiego, it made my day, “to zrobiło mój dzień” – zrobiło-ozdobiło go uśmiechem.

    Dyplomacja… No tak: mój – znowuż po angielsku: my hero – mój bohater, mój ideał z historii książe Michał Kleofas Ogiński rozpoczynał dorosłe życie jako dyplomata, odrazu zyskując najwyższe uznanie i zaufanie króla Stanisława Augusta. Jedną z pierwszych bardzo poważnych misji była podróż jako królewskiego wysłannika do Anglii do króla Jerzego III. Biegle – co nie było wówczas powszechne – władał angielskim w mowie i piśmie, miał dwadzieścia cztery lata, był świeżo po ślubie z pierwszą małżonką Izabelą z Lasockich. Nad Europą dobiegał końca rok 1790, z Warszawy trwały coraz bardziej rozpaczliwe poszukiwania sojuszników dla Rzeczypospolitej, przez La Manche przetaczały się późnojesienne sztormy, płynęli z Calais do Dover aż osiemnaście godzin (dziś wodolotem trzy kwadranse). Stąpiwszy na angielski brzeg, ku rozpaczy wyczerpanej młodej małżonki, książe Michał nakazuje niezwłocznie szykować powóz do Londynu. Tam docierają po południu, rozlokowują się w do dziś istniejącym domu przy ulicy Pall Mall nieopodal późnogotyckiego królewskiego pałacu świętego Jamesa, księżna Izabela wreszcie się kładzie, książe Michał Kleofas leci do ambasadora Rzeczypospolitej szambelana królewskiego Franciszka Bukatego, starszego od niego o osiemnaście lat, gdzie między innymi zaświadcza, że palenie angielskiej przedługiej fajki opieranej o kutą kratę kominka nie sprawiło mu przyjemności. Wreszcie wraca do zacisza na odpoczynek.

    Rano przynoszą gazety. W wychodzącej od pięciu lat “The Times” czyta, że wysłannik króla polskiego Stanisława Augusta miecznik wielki litewski, znany dyplomata i kompozytor (ma 24 lata) książe Michał Kleofas Ogiński ku nieszczęściu utonął w sztormie wraz z małżonką w czasie przeprawy przez Kanał Angielski. Wysyła do redakcji z kurierem notkę, że żyje i jest zachwycony Londynem.

    Żył jeszcze czterdzieści cztery lata, by w wieku dwudziestym i dwudziestym pierwszym poeci białoruscy, rosyjscy i polscy układali o nim wiersze.

    A dyplomacja – tak, poszła w pokolenia. Przy tym jej filozofia jest chyba w miarę prosta, bo nie gdzieindziej tylko w Krakowiaku Kościuszki słyszymy i sami śpiewamy:

    Tam w górę, tam w górę
    Spoglądaj na Boga,
    Większa MIŁOŚĆ Jego,
    Niźli przemoc wroga.

    Dzięki.

    Wobec tego jeszcze kilka wizji, skoro mówimy o tym co znajduje sobie miejsce na współczesnej Białorusi.

    Folwark-muzeum w Mereczowszczyźnie pod Kosowem Poleskim, gdzie 4 lutego 1746 urodził się Tadeusz Andrzej Bonawentura Kościuszko herbu Roch:
    http://www.toyota-rus.narod.ru/files/voyage2/10-07-20_voyage-990/005c4psd.jpg

    http://palac.by/sites/palac.by/files/images/05ysadba%20kostuwk%20n.JPG

    Folwark-muzeum Zaosie, gdzie 24 grudnia 1798 urodził się Adam Bernard Mickmiewicz herbu Poraj:
    http://s004.radikal.ru/i208/1010/21/dc6206610463.jpg

    http://october.moy.su/_ph/16/450222503.jpg

    http://litmuseums.iatp.by/litm/images/z3.jpg

    http://litmuseums.iatp.by/litm/images/z4.jpg

    http://litmuseums.iatp.by/litm/images/z1.jpg

    Pomnik Adama Mickiewicza w Mińsku:
    http://www.prrb.narod.ru/gal/mic.jpg

    Pomnik Adama Mickiewicza w Nowogródku:
    http://www.tourblogger.ru/sites/default/files/user/23188/photos/206747776.jpg

    Pomnik Mickiewicza w Brześciu:
    http://img-fotki.yandex.ru/get/4429/86893071.f/0_72873_97313487_L.jpg

    Kustosz majątku księcia Michała Kleofasa Ogińskiego w Zalesiu, białoruski historyk, malarz i muzyk pan Sergiusz Wieremiejczyk na jednej z imprez Białoruskiego Młodzieżowego Stowarzyszenia Historycznego, gdzie jestem honorowym członkiem, w zaleskim parku:
    http://www.ljplus.ru/img4/s/t/stary_kresowiak/NY36-Sergey-Ivanovich-singing.JPG

    Pomnik księcia Michała Kleofasa Ogińskiego w Mołodecznie, gdzie kiedyś stał zamek książąt Ogińskich, a dziś po prawej od pomnika widzimy boczną elewację Państwowej Szkoły Muzycznej imienia tej nadzwyczajnej postaci:
    http://www.ljplus.ru/img4/s/t/stary_kresowiak/Oginski-Molodeczno-b.dobre-kwiaty_R.JPG

    Mości Maurze, cieszę me serce i umysł wielce i radością serdeczną napawa, że Białoruś i w ogóle Wielkie Księstwo Litewskie, którego tradycjom i ideałom którego staramy się na miarę sił i Zwyżej danych umiejętności, ale zawsze wiernie służyć, rodzi fascynacje rodzi u Zacnych Czytających fascynacje.

    Już kiedyś wspominałem, ale nigdy nie za wiele. Za pierwszym w rzędzie białoruskich poetów ludowych Janką Kupałą (Janem Łucewiczem, 1882-1942) –

    Я тут бачу свой край,
    Поле, рэчку i бор –
    Сваю матку зямлю Беларусь.

    Tutaj widzę swój kraj,
    Pole, rzeczkę i bór –
    Moją matkę ziemię Białoruś.

  9. monstrum mówi:

    Sprostowanie do 8

    Ależ…

    W najbardziej wzniosłej sekwencji-inwokacji jakaś tarabarszczyzna wyszła, więc niech wypowiem, poprawiwszy sztuczną szczękę, jeszcze raz:

    Mości Maurze, cieszy me serce i umysł wielce i radością serdeczną napawa, że Białoruś i w ogóle Wielkie Księstwo Litewskie, którego tradycjom i ideałom staramy się na miarę sił i Zwyżej danych umiejętności, ale zawsze wiernie służyć, rodzi fascynacje u Zacnych Czytających.

    Amen.

  10. monstrum mówi:

    Oj, powoli złote myśli do główki przychodzą, a ponieważ jestem stary i, może nie tragicznie, ale wredny, więc –

    Post post scriptum do nr 8

    Proszę zwrócić iwagę na dwujęzyczność napisów na zdjęciach na pomniku Mickiewicza w Mińsku, na bramie wejściowej Zaosia. Wszystko to jest fundowane i zatwierdzane przez państwo. Poza tym – napis na tablicy pamiątkowej Tadeusza kościuszki w kościele Świętej Trójcy w Kosowie Poleskim jest WYŁĄCZNIE polski, tablica została odsłonięta w roku 1996 z okazji 250 rocznicy urodzin Naczelnika.

    Patrzeć, zapamiętywać, uczyć się.
    Žiūrėti, laikyti, išmokti.

    No i oczywiście –

    Сардэчна запрашаем у Беларусь.
    Serdecznie zapraszamy na Białoruś.

  11. taki z Siczy mówi:

    monstrum :
    Pan bardzo dobrze napisał i pokazał.Bo taki pan Waldemar Szełkowski to jest taki panek-imperczyk,wszystko wie najlepszej,widzi tylko to co chce.A w Białorusi chce widzieć i pisać że “ach taka tam biedna głupa komuna”.Trzeba dawać prawdę.”Spokojnie – jak na wojnie” i jak tam u was?- Нехай жывё Беларусь!

    Pomnik Adama Mickiewicza w Lwowie z nadpisem WYŁĄCZNIE polskim
    http://www.dlab.com.ua/guide/photo_lvov/238.jpg

    Budzik
    “Powiedz proszę jak dziś nazywa się była ulica Lermontowa w tym mieście? Czy aby nie Dżochara Dudajewa? Czy to nie zaburza Twojej estetyki?” -> Zaburza i nie tylko estetykę.To głupe i niepotrzebne.Ale Warszawa to wszystim mówi,mówi,mówi:”Precz z ludobójstwem!”I co?

  12. Budzik mówi:

    Taki z Siczy 11
    Wywierałeś jakąś presję na Radę Miasta Lwowa w kwestii przywrócenia miana obecnej ulicy Dudajewa na Lermontowa?

  13. monstrum mówi:

    taki z Siczy, nr 11

    Dzięki serdeczne, staram się. Dzięki wielkie za chwałę Białorusi. Gdy chcemy wznieść chwałę krajowi, zwykle powiadamy po prostu:
    – Жыве Беларусь!
    (bez ё na końcu, tylko “-ве”, miękkie, jak ukraińskie “вє” czy polskie “wie”).

    Pozwólmy toteż sobie na krótką chwilę euforyczną, bo bezwzględnie –
    – Хай живе Львiв, завжди вiрний.
    Dwa ostatnie słowa są z motta herbu sławnego miasta, zawsze wiernego:
    – Niech żyje Lwów zawsze wierny.
    – Viva Leopolis semper fidelis.

    A skoro Wielki Mistrz Adam Mickiewicz tu zaistniał, a za stołem gościnnym, wileńskim, w mieście Adamowym, Takiego znakomitego z Siczowych stepów Ukraińca tu mamy, więc –
    w tłumaczeniu wybitnego ukraińskiego poety dwudziestego stulecia Maksyma Rylskiego –

    Адам Міцкевич

    АКЕРМАНСЬКI СПЕПИ

    Пливу на обшири сухого океану.
    Як човен, мій візок в зеленій гущині
    Минає острови у хвилях запашні,
    Що ними бур’яни підносяться багряно.

    Вже морок падає. Ні шляху, ні кургана…
    Шукаю провідних зірок у вишині.
    Он хмарка блиснула, он золоті вогні:
    То світиться Дністро, то лампа Акермана.

    Спинімось! Тихо як!.. Десь линуть журавлі,
    Що й сокіл би не взрів,— лиш чути, де курличе.
    Чутно й метелика, що тріпається в млі,
    I вужа, що повзе зіллями таємниче…
    Я так напружив слух, що вчув би в цій землі
    I голос із Литви. Вперед! Ніхто не кличе.

    Oryginał – http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0032.htm

    Poza tym w komentarzach do pierwszego artykułu pana Waldemara Szełkowskiego na http://kurierwilenski.lt/2012/07/04/druga-wojna-polska-1/ pozostał Pana zapis nr 34, a ponieważ sam artykuł zsunął się już do niewidocznego archiwum, niech odpiszę tutaj.

    Tylko słyszałem o tablicy w Zieleńcach. Wiem, że miała być ustawiona w 210 rocznicę bitwy w roku 2002, ale podobno zaistniały opóźnienia. Dobrze znam obwód Chmielnicki / Płoskirowski na Podolu, ale poza samym miastem Chmielnicki, dawniej Płoskirów / Проскурiв, znam tylko południową część obwodu, gdyż w Gródku Podolskim oraz odległej od niego o pięć kilometrów Nowosiółce nad Smotryczem mam rodzinę. Nigdy nie byłem w części północnej, sięgającej południowych obrzeży historycznego Wołynia, gdzie leżą Zieleńce.

    Starałem się znaleźć w internecie zdjęcie tablicy, nie znalazłem. Natomiast oto obraz Wojciecha Kossaka “Po bitwie pod Zieleńcami”. Mamy popołudnie 18 czerwca 1792. Któryś z dowódców polskich melduje księciu Józefowi Poniatowskiemu (w powitaniu zdejmującemu czapkę) wykonanie zadania. Zieleńce i Dubienka – dwa zwycięstwa wojsk Rzeczypospolitej w wojnie polsko-rosyjskiej 1792 roku.

    http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/97/Wojciech_Kossak_po_bitwie_pod_Ziele%C5%84cami.jpg

    A oto tablica pamiątkiowa w Warszawie stojąca na skraju Parku Skaryszewskiego, gdzie rozpoczyna się aleja Zieleniecka:
    http://www.twoja-praga.pl/img/pomniki/zieleniecka/_big/p6030134.jpg?1307698263214
    Bynajmniej nie wszyscy warszawiacy wiedzą, że jest nazwana na cześć zwycięstwa pod Zieleńcami. Krzyż na tablicy – Krzyż Virtuti Militari, za waleczność wojskową. Słynny ten order, najwyższy order wojskowy w Polsce, utworzył król Stanisław August właśnie po bitwie zielenieckiej dla jej bohaterów.

    *

    Budzik, nr 12
    A może tak ewentualnie do oryginału, do poety i burmistrza lwowskiego Józefa Barłomieja Zimorowica? Skoro już pravda vítězí a/et veritas vincit. 😉

  14. Budzik mówi:

    Monstrum 13
    Myślę, że nie mamy wpływu na nazwy lwowskich ulic. Trzeba się z tym pogodzić i już. Jednak w przypadkach szczególnych należy głośno protestować, sięgając wszystkich możliwych metod czy środków wpływu. Przypadki szczególne dotyczą między innymi aktów gloryfikacji UPA.
    Tymczasem zainteresowało mnie zupełnie inna kwestia. Nasz internetowy kolega jakby nie wiedział, że w jego mieście znajduje się ulica Dudajewa. Tymczasem doskonale wie, że takowa znajduje się w Warszawie, co zresztą potępia. Oczywiście to nie musi nic oznaczać, choć w chwili refleksji na temat “prawdy”…

  15. tak sobie czytam i myślę mówi:

    pan z siczy
    chyba podrabiany mieszka we Lwowie nie kuma ukrainskiego i pisać po rosyjsku tez nie umie.

  16. Wereszko mówi:

    monstrum
    A oto a propos króla Stanisława Augusta Poniatowskiego,jeden z jego listów do Katarzyny:
    “Pani, zechciej pamiętać, jakim szczęściem byłoby dla mnie, po Twojej uprzedniej zgodzie, ZDJĘCIE KORONY. Jeśli zaś dziś, sądy powzięte przeciwko mej osobie, stałyby na drodze do szczęścia mojego narodu, dłużej nie wahałbym się nad zapłatą takiej ceny by się dla niego poświęcić. W takim przypadku domagałbym się jedynie SPŁATY ZACIĄGNIĘTYCH DŁUGÓW i zapewnienia przyszłości MEJ rodzinie i służącym. Wiele pomagając innym, mało uczyniłem dla swoich…”

  17. monstrum mówi:

    O WILNIUKU–BIAŁORUSINIE–MONARCHIŚCIE–ZAMACHOWCU
    BORYSIE KOWERDZIE (1907–1987)
    OPOWIEŚĆ NIE KRÓTKA
    (czyli na co jest miejsce na Białorusi dla historyków białoruskich)

    Budzik, nr 14

    Głośno protestować – być może…

    Ubiegłą jesienią uczestniczyłem w zbieraniu podpisów w Moskwie pod petycją do władz miasta o przemianowanie stacji metra “Wojkowska”, otwartej za Breżniewa a nazwanej na cześć Piotra Wojkowa, rewolucjonisty rosyjskiego oraz – nade wszystko – uczestnika rozstrzelania ostatniej rosyjskiej rodziny cesarskiej w Jekaterynburgu 17 lipca 1918. Przez ironię dokonał żywota w Warszawie, gdzie przez trzy lata (1924–1927) do śmierci był ambasadorem ZSRR w Polsce, a zastrzelił go urodzony w Wilnie pan Borys Kowerda, postać nad wyraz ciekawa, w chwili zamachu redaktor wydawanej podówczas w Wilnie białoruskiej gazety “Białoruskie słowo”. Dziewiętnastoletni młodzieniec, wysoki chudy szaten, wystrojony w garnitur z muszką i z wyciągniętą do uścisku ręką zbliża się do idącego przez halę Dworca Warszawa Główna ambasadora Wojkowa, mówi beznamiętnie: “Za naszego cesarza”, po czym szybko wydobywa rękę lewą z pistoletem i trzykrotnie strzela.

    Był synem nauczyciela w rosyjsko-białoruskiej szkole ludowej w Wilnie. Ojciec, pan Sofron Kowerda, miał poglądy rewolucyjne, a prowadził się, niestety, tak sobie, wreszcie rodziców Borysa podzieliła. Z wybuchem pierwszej wojny światowej pan Sofron trafił do armii rosyjskiej. Gdy we wrześniu 1915 wojska rosyjskie szykowały się do opuszczenia Wilna, pani Hanna Kowerdzina z ośmioletnim Borysem i dwiema młodszymi córkami oraz starszą siostrą, też wdową, z jej jedynym synem ewakuowały się z odchodzącą armią i trafiły za Wołgę do sioła Zubczaninowo pod Samarą. Tam poznają syna zesłańca 1863 roku urodzonego w Wilnie, mającym nazwisko rosyjskie, a będącym wikariuszem w zubczaninowskiej cerkwi ojcem Aleksandrem Lebiediewem. Młody kapłan dużo robi dla ewakuowanych dwóch wilnianek z dziećmi. Błogosławia Borysa i jego starszego kuzyna, gdy w czasie roku szkolnego codziennie jeżdżą pociągiem za siedemnaście wiorst do Samary do szkoły.

    Nadchodzi rewolucja. Mieszkańcy Zubczaninowa przeżywają wszystkie trudy związane z czerwonym koszmarem nowej władzy i wojny domowej. Latem 1918 w chatce młodego wikariusza stary proboszcz odprawia utajoną mszę żałobną w intencji rozstrzelanej w Jekaterynburgu rodziny cesarskiej. Obecni są najbardziej zaufani parafianie, w tym pani Kowerdzina z swoim starszym jedenastoletnim Borysem oraz jej siostrą i siostrzeniec, który ma już lat piętnaście.

    Po półtora roku stary proboszcz umiera. Młody wikariusz, żeby zająć jego miejsce, musi zgodnie z regułą prawosławną być żonaty. Jest uwielbiany przez Borysa i jego dwie młodsze siostrzyczki, nie tylko udziela im komunii, ale łazi z nimi po drzewach. Jak najbardziej pamiętając wileńskość swego ojca, cieszy się dużą wzajemną sympatią ze strony dwóch ewakuowanych wilnianek. Jest starszy od Borysa o czternaście lat, a młodszy od jego matki o siedem. Po Bożym Narodzeniu 1919 roku prosi o jej rękę. Okres narzeczeński prawosławnego kapłana jest długi. Mają pobrać się po Wielkanocy. Nadchodzi wiosna, mimo głodu i obaw pełna radosnych oczekiwań. Nadjeżdżają postacie – kto w czarnej skurzanej kurtce, kto w wojskowym płaszczu, z pistoletami, karabinami. Odjeżdżają z nimi ze swych domów ojciec Aleksander, z nim starszy kuzyn Borysa, już pełnoletni, i kilku innuch parafian zubczaninowskich. Borys, jego matka i ciotka jeżdżą do Samary, przechodzą przez rozpaczliwe dowiadywanie się o losach swoich aresztowanych, potem przez dostanie wiadomości o rozstrzelaniu obu.

    Kiedy po Traktacie Ryskim Rosja Radziecka uruchamia system repatriacji Polaków, pani Hanna Kowerdzina z trojgiem dzieci po utracie narzeczonego wyrusza z powrotem do Wilna. Nad niepocieszoną po utracie jedynego syna jej siostrą Pan Bóg się lituje, zsyła opiekę ze strony napotkanego mężczyzny. Pozostaje z nim nad Wołgą.

    W Wilnie Borys wznawia naukę – w gimnazjum białoruskim. Przy tym nie może słyszeć prorewolucyjnych prokomunistycznych wypowiedzi kolegów. Po roku przenosi się do szkoły należącej do Wileńskiej Wspólnoty Rosyjskiej. U matki pojawiają się objawy gruźlicy, niemniej pracuje jako wychowawczyni w prawosławnym przytułku dla sierot. Dorastający Borys, jedyny mężczyzna w domu, musi troszczyć się o chorą matkę i dwie młodsze siostry. W wieku lat szesnastu zaczyna pracować – najpierw po szkole, potem zamiast szkoły, bo matka już pracować nie może. Jest listonoszem, dorabia jako śmieciarz, potem biega po całym mieście jako ekspedytor gazetowy. Za notoryczne opuszczanie lekcji zostaje relegowany ze szkoły. Wreszcze zyskuje posadę w gazecie białoruskiej “Białoruskie słowo” jako korektor. Przecież w domu rozmawia tylko po białorusku. Wkrótce po podjęciu pracy w gazecie traci matkę. Pierwszego cieżkiego zapalenia płuc dostała, stojąc godzinami wczesną wiosną 1920 pod bramą więzienia w Samarze, nie chcąc wracać na noc do Zubczaninowa. Śwadomość co się stało z narzeczonym oraz mierne wyżywienie nie sprzyjały poprawie zdrowia. Chciała żyć tylko dla dzieci.

    Teraz Borys ma niecałe osiemnaście lat. Zaprzyjaźnia się ze znacznie starszym od siebie redaktorem naczelnym “Białoruskiego słowa”, Białorusinem że aż piszczy, Arsenem Pawlukiewiczem oraz jego serdecznym przyjacielem, emigrantem rosyjskim i dawnym esaułem (kapitan, rotmistrz) kozackim Michałem Jakowlewem. Spędza sporo czasu w ich gronie. Esauł dowiózł do Wilna szablę oraz śpiewy kozackie pod gitarę. Dwaj starsi słuchają borysowych opowieści nadwołżańskich, sentencji: “Pomszczę tym czerwonym”. W piątą rocznicę śmierci rodziny cesarskiej w lipcu 1923 stoją we trzech na mszy o spokój dusz w cerkwi Piatnickiej przy ulicy Wielkiej. On stawia świece również za matkę, kuzyna i ojca Aleksandra. Po roku dowiadują się, że ambasadorem ZSRR w Warszawie zostaje Wojkow, które to imię jest esaułowi Jakowlewowi nader znane. Cała trójka funduje sobie wycieczkę z Wilna do Warszawy – rekonesansową. Po powrocie korektor Borys awansuje w gazecie na młodszego redaktora, a przy herbacie swoim zawsze przyciszonym głosem kategorycznie żąda, że do mordercy cesarza strzelał to będzie on i koniec. Jakowlew na odludziu Ponarskich wzgórz uczy go strzelania z pistoletu. Wreszcie kupiony zostaje garnitur, odświętna koszula, muszka. Kolejna podróż do Warszawy. Przed tym – nieszczęśliwa miłość, taka że Jakowlew nie daje Borysowi pistoletu do rąk i mówi że jeżeli chcesz umrzeć to umrzyj za pamięć o cesarzu. Plan zamachu zostaje zmieniony: nie będzie próbował ratować się, nie chce tego, za to będzie strzelał z kilku kroków, by na pewno. Teraz w Warszawie we trzech prowadzą żmudne obserwacje gmachu ambasady radzieckiej na Poznańskiej i ruchów ambasadora, po czym Pawlukiewicz zostawia pieniądze i wraca do Wilna do gazety i rodziny. (Ów gmach, mimo Powstania Warszawskiego, stoi tam do dziś dnia i nawet widnieje wciąż nad jego drzwiami nieduża płaskorzeźba z przedwojennym godłem ZSRR). We dwóch z Jakowlewem kontynuują obserwacje, wynajmują samochód. Wreszcie nadchodzi wybrany dzień 7 czerwca 1927.

    Planowany zamach przy wejściu do ambasady nie udaje się. Na Poznańskiej Borys nie jest w stanie przedostać się przez niespodziewanie większą ilość ludzi, ambasador odjeżdża. Mamy obraz z klasycznego detektywu: Jakowlew czeka przy kierownicy – w nadziei, że Borys po wystrzale jednak wymknie się. Młodzieniec w garniturze z muszką skocznie dobiega, wsiada, jadą Poznańską, Alejami Jerozolimskimi, nie wiedząc, dokąd ta droga poprowadzi. Zaprowadza pod Dworzec Główny. Tu nie mają żadnego planu działania. Wychodzą obaj. Borys: “Panie esaule, niech pan nie próbuje mnie ratować. Pan jest potrzebny do dalszej walki”. Istotnie, Jakowlew z Wilna podtrzymuje kontakt z emigracją rosyjską w Europie, pomysł zastrzelenia Wojkowa nie jest jego własny.

    W hali tłoczno. Przepraszając i rozpychając się, Borys dociera bliżej, woła nienaganną ruszczyzną: “Piotrze Łazarewiczu!” Ambasador zatrzymuje się, odwraca. Z wyciągniętą do uścieśnięcia prawicą młodzieniec w gali zbliża się. Na spokojnie, bez mimiki, patrząc w oczy:

    – За нашего императора.

    W sądzie mówił, że miał przygotowaną mowę dłuższą: “Za naszego cesarza, za moją matkę, mojego kuzyna i ojca Aleksandra”. Ale gdy moment nastąpił, uznał, że może nie zdążyć wystrzelić. Za to wystrzelił trzykrotnie. Niemniej Wojkow żył jeszcze ponad dobę.

    Śledztwo i sąd nie wpadły na ślad Jakowlewa i Pawlukiewicza. Mówił, że samodzielnie wykonał wyrok na czerwonym mordercy, o którego przeszłości oraz obecności w Warszawie dowiedział się z gazety gdzie pracował. O dwóch starszych kolegach Borys opowie po ponad czterdziestu latach, w latach siedemdziesiątych, gdy będzie wiedział, że tamci już nie żyją. A wtedy, na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, paczki z Wilna przesyłali mu Pawlukiewiczowie. Przecież to naturalne – pan redaktor był zwierzchnikiem skazanego na dożywocie. Parokrotnie odwiedzała przyjeżdżająca z Wilna pani Pawlukiewiczowa. Jakowlew na wszelki wypadek nie pojawiał się. Natomiast zadziałał później. Borys Kowerda był zwolniony po dziesięciu latach na podstawie amnestii 1937 roku. Jakowlew drogą swych kontaktów zorganizował mu wyjazd do Jugosławii, tam przed drugą wojną światową znajdował się silny ośrodek emigracji rosyjskiej. Mimo wieku trzydziestu lat został bezpłatnie przyjęty do emigracyjnego korpusu (szkoły) kadetów, gdzie zdał maturę.

    Po okupacji Jugosławii przez Niemcy hitlerowskie Borys jako zabójca Wojkowa bez trudu uzyskuje od władz niemieckich papiery i araca do Warszawy, gdzie jego młodsza siostra mieszka z mężem. Starsza w roku 1940 została wywieziona z Wilna na Syberię i tam, jak się okazało po wojnie, zmarła. W Warszawie borysowy szwagier działa w AK. Sam Borys tam nie wstępuje, zakłada małą firmę zajmującą się handlem spekulacyjnym, wspiera w ten sposób szwagrostwo, ale czasem kolportuje “Biuletyn Informacyjny”.

    We troje przeżywają powstanie, we troje trafiają do Pruszkowa, dokąd Niemcy przed rozpoczęciem burzenia stolicy wyprowadzają całą ocalałą po powstaniu ludność cywilną. W Pruszkowie rozstają się. Borys, po trzech latach w rosyjskim korpusie kadeckim w Jugosławii swobodnie władający trzema językami zachodnioeuropejskimi, zgłasza się do miejscowego dowództwa niemieckiego, mówi kim jest i że z tego powodu kategorycznie nie chce oczekiwać nadejścia Armii Czerwonej, prosi o pozwolenie o odejście z armią niemiecką. Po sprawdzeniu pozwalają. Z Niemec przez zieloną granicę w Alpach, wydając ostatnie pieniądze przewodnikowi, ucieka do Szwajcarii. Po wojnie przemieszcza się do Francji. Tam w wieku lat czterdziestu spotyka towarzyszkę życia. Rodzi się córka, na cześć jej wileńskiej babci – Hanna. W Wilnie powiedzieliby: Hanna Kowerdzianka. Po dalszych pięciu latach, w 1952, odbywają na zawsze do Stanów Zjednoczonych. Tam pan Borys zostaje aktywnym pracownikiem gazet “Rossija” i “Nowoje russkoje słowo”. Córkę wychowuje w ścisłym prawosławiu. W wieku emerytalnym z żoną coraz szerzej uczestniczą w życiu religijnym rosyjskiej wspólnoty w Waszyngtonie. W cerkiewnym czasopiśmie pisze artykuł “Modlitwa mordercy za zamordowanego przez niego mordercę”. Bardzo mało jest w artykule o dniu 7 czerwca 1927 na Dworcu Głównym w Warszawie, praktycznie nic. Znacznie bardziej postrzegamy rozważania chrześcijanina w podeszłym wieku żałującego o swym grzechu śmiertelnym. Widzimy też swoisty apel o nadanie świętości ostatniej rodzinie cesarskiej Rosji.

    Pan Borys Kowerda, Барыс Сафронавіч Каверда, Борис Софронович Коверда, urodził się 21 sierpnia 1907 w Wilnie. Żył lat siedemdziesiąt dziewięć i pół. Zmarł 18 lutego 1987 w Waszyngtonie. Spoczywa na cmentarzu klasztoru prawosławnego Nowe Diwiejewo w dziwiętnastu milach amerykańskich od Manhattanu. Diwiejewo właściwe, nie zaoceaniczne, mieści się na ziemi nadwołżańskiej w obwodzie Niżnienowgorodzkim. Jest to wielki klasztor, gdzie niżejpodpisany był z pielgrzymką, a założony przez jednego z najbardziej czczonych rosyjskich świętych Serafina Sarowskiego. Uwielbia to miejsce i często tam występuje pani Żanna Biczewska ze swoim unikalnym głosem i pieśniami. Imię jej w Wilnie jest chyba znane. Za Niemnem i Bugiem (na zachód) być może też.

    W roku 2000 Rosyski Kościół Prawosławny kanonizował ośmioro członków rodziny cesarskiej.

    *

    Taka oto historia. Borys Kowerda jest chyba jedynym zamachowcem, jednorazowym terorystą, któremu autentycznie szczerze sympatyzuję. Wilno, Białorusin, ofiary czerwonego terroru, zemsta na mordercy cesarza Mikołaja Drugiego i jego rodziny. Nie starcza mnie, nie starcza mi chrześcijaństwa i prawosławia, by modlić się o czerwonych mordercach Rosji. Może do tego dorosnę.

    Na razie uczestniczyłem w akcji zbierania podpisów o zmianę nazwy stacji moskiewskiego metra nazwanej na cześć Piotra Wojkowa. Zaprowadziły mnie tam przede wszystkim pielgrzymki Jekaterynburgskie. Ale nie w ostatniej też kolejności Borys Kowerda.

    W śródmieściu Moskwy już dawno przywrócono wszystkie historyczne nazwy. Ale poza centrum mamy nadal prospekt Lenina i stację Wojkowską. Może wielka stolica stopniowo dorośnie.

    *

    A po tak długim wstępie – pytanie do Ciebie, Budziku: a Waszeć głośno protestowałeś, sięgając wszystkich możliwych metod i środków wpływów, wywierałeś jakąś presję na Radę Miasta Stołecznego Warszawy w kwestii zmiany nazwy placu Dudajewa na coś bardziej godnego europejskiej stolicy?

    *

    http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/0e/Koverda.jpg
    Borys Kowerda w sądzie, w tej samej gali w jakiej podchodził do Wojkowa. Pocztówkę z jego portretem wydały rosyjskie organizacje emigracyjne. W starej ortografii rosyjskiej czytamy:
    BORYS KOWERDA
    Zdjęcie zrobione w Warszawie w sali sądowej w dniu rozprawy 15 czerwca 1927.

  18. monstrum mówi:

    Wereszko, nr 16
    Przy tym nie skasujemy orderu Virtuti Militari i nie będziemy apelowali o wyrzucenie wszystkich istniejących do zsypów; taką chciałoby się mieć nadzieję.

  19. taki z Siczy mówi:

    monstrum
    13 :
    Щиро дякую за чудовий вiрш,дуже сподобався! Tреба буде почитати Мiцкевича.

    17 :
    Bardzo ciekawa story! Pan jest powinny pisać artykuły i książki,a nie taki sobi komentarzy.Ciekawiejsze niż Szełkowski.

    Budzik 12 & monstrum 13(koniec) :

    “Wywierałeś jakąś presję na Radę Miasta Lwowa w kwestii przywrócenia miana obecnej ulicy Dudajewa na Lermontowa?”
    &
    “A może tak ewentualnie do oryginału, do poety i burmistrza lwowskiego Józefa Bartłomieja Zimorowica?” ->

    Ja też myśle że jest powinno jak do wojny ulica Zimorowica,a nie Dudajew.I też dlaczego Lermontow,on nie jest powiazanny z Lwowem,a Zimorowic bardzo jest.

    Ja nie wywierałem,bo jeżeli ja napiszę to itak do śmieccia.Ale w Lwowie nasz czudowny Wysyl Gorbal(to deputowany Rady Ukrainy,bankir,harytatywiec,a niedawna głowa Lwowskiej obwodnej państwowej rady)wysunął inicjatywu że Lermontowa.Była dyskusja w Lwowskim TV,Gorbyl nie wiedział że do wojny ulica była Zimorowica,a drugi,opozycjoner,wiedział.Był w zali TV śmiech,szkoda.A opozycjoner mówi,że najlepszej Dudajewa.Rada znow ugłosowała że Dudajewa.A kilka roków raniej była demonstracja że Lermontowa,ale wtedy był Juszczenko i milicja rozgnała.

    ( (c) monstrum): “pytanie do Ciebie, Budziku: a Waszeć głośno protestowałeś, sięgając wszystkich możliwych metod i środków wpływów, wywierałeś jakąś presję na Radę Miasta Stołecznego Warszawy w kwestii zmiany nazwy placu Dudajewa na coś bardziej godnego europejskiej stolicy?”

  20. taki z Siczy mówi:

    tak sobie czytam i myślę 15 :

    Myślej,to rozwija. Думай,це розвиває.

  21. kolinwalin mówi:

    Zimorowicz z CZ, nie Zimorowic

  22. Wereszko mówi:

    monstrum
    “Przy tym nie skasujemy orderu Virtuti Militari i nie będziemy apelowali…”

    Nie,nie będziemy.Będziemy natomiast apelowali,za każdym razem, o pisanie prawdy o S.A.Poniatowskim – małym podłym żałosnym człowieku.Wystarczy poczytać jego pamiętniki.

  23. Budzik mówi:

    MOnstrum 17
    Wspaniały, post malowany epicko w całej rozciągłości. Czyta się świetnie niczym najlepszą powieść historyczną. Mam nadzieję, że piszesz więcej, bowiem Twój talent literacki nie może zostać utrwalony wyłącznie na forum Kuriera Wileńskiego.
    Czasem odnoszę wrażenie, że najlepsze i najgorsze posty niczym się nie różnią. Mają bowiem krótki żywot, przez co przypominają okręgi na tafli jeziora – krótki ślad po wrzuconym doń kamieniu. Fale rozchodzą się i znikają.
    Tak samo znikają posty, po krótkim czasie schodzą z wokandy zdjęte pracowitą ręką administratora.
    Tymczasem są osoby, których pisarstwo powinno zostać utrwalone na bardziej trwałym i powszechnym nośniku aniżeli archiwum znajdujące się serwerze danej, sławetnej gazety.
    Tymczasem odpowiadam na uprzednio zadane pytanie. Warszawa to dla mnie zbyt daleko aby podejmować lokalne inicjatywy obywatelskie, zwłaszcza w kwestii oceny niejednoznacznych postaci historycznych. Nie miałbym cywilnej odwagi aby arbitralnie wypowiadać się na temat postaci o której moja wiedza ma charakter szczątkowy, uprzednio przemielony przez media różnego typu i co ważne – także różnego autoramentu podające niejednokrotnie informacje materialnie znoszące się

  24. monstrum mówi:

    Marek, nr 71

    Bardzo ciekawe pytania, acz niezwykle szerokie. Przede wszystkim, również życzę Polsce szczerze jak najlepiej, co jest podłożem moich tutaj wylewności.

    Cieszę się, iż ze strony polskiej dostrzegane jest, o czym piszesz, że ++Białoruś to państwo z którym nie mamy złych doświadczeń++. W ramach – co rozumie się samo przez się – nie jakichkolwiek wytyków, tylko pewnej refleksji chciałoby się mieć nadzieję i życzyć, by identyczne nastawienie i rozumienie przejawiało się również w polityce państwa. Absolutnie szczerze szanuję pana Tuska. Pamiętam, jak w październiku 2007 gościłem u siebie serdecznie zaprzyjaźnioną parę z Warszawy. W niedzielę wyborów do Sejmu chodzili głosować do ambasady polskiej. Gdy po dwóch dniach dowiedzieliśmy się o wynikach wyborów i że premierem zostanie Donald Tusk, po obejrzeniu wiadomości wznieśliśmy przy kolacji lamkę wina. Właśnie dlatego budzi żal niedawne oświadczenie premiera, że państwo polskie będzie wywierało na Białoruś wszelką presję.

    Ale do rzeczy, po kolei.

    ++Ale co to jest ta Białoruś? Może mnie objaśnisz?++

    Pytanie wszak gigantyczne. Pierwsze skojarzenie to publicystyka niezwykle światłej postaci pani Elizy Orzeszkowej. Na przełomie lat 1870-ych i 1880-ych pisała, że przyszłość jej ziem nad Niemnem i nad Wilią należy do Białorusinów. Ziściło się.

    ++Bo z jednej strony mamy koncepcję zapadno-rosyjską (według niej niema żadnych Białorusinów, są tylko opolaczeni Rosjanie-Rusini). Według innych, też Białorusinów nie ma, są tylko „Lićwiny”.++

    Dokładnie w nadmienionym okresie, w roku 1882, w Peterburgu ukazała się ogromna objętościowo praca zbiorowa pod tytułem „Narzecza zachodnie języka rosyjskiego”, gdzie opisano narzecza białoruskie i małoruskie (dawna rosyjska nazwa Ukrainy – Małorosja), przy tym książka znacznie wykraczała poza lingwistykę, zwracając się ku zagadnieniom etnograficznym i kulturoznawczym. Jej autorzy na pewno nie przypuszczali, że po ponad stuleciu będzie wykorzystywana do celów z zupełnie innego wymiaru, niż nauka, bo dla negowania tożsamości białoruskiej i ukraińskiej.

    W nauce, w lingwistyce, dziś języki białoruski i ukraiński są uważane za dwa z trzech równorzędnych (trzeci rosyjski) współczesnych języków wschodniosłowiańskich. Przy tym stwierdzenie, że w stanowieniu pierwszych dwóch wielką rolę odegrały wpływy leksykalne i składniowe języka polskiego, uważane jest za oczywiste. W odbiorze społecznym – tak jak to widzę od ponad dziesięciu lat mieszkając w Moskwie i w miarę często podróżując po Rosji, czytając i rozmiawiając z ludźmi – nie tylko Ukraina, przez kilka lat prowadząca oscentacyjnie antyrosyjską politykę, ale również cicha pracowita Białoruś postrzegane są jako zjawiska i byty samoistne i bynajmniej nie tożsame z Rosją. Tworzące dziś już ponad połowę trolejbusów moskiewskich schludne nowoczesne pojazdy z symbolem „Biełmasz” znane są moskwianom właśnie jako nowe trolejbusy białoruskie. Tak samo chodzi się do sklepu po białoruskie sery oraz po białoruskie meble (z mojego ukochanego Mołodeczna), bo – mówią moskwianie – u nich to potrafią robić, a czasem dodaje się: „Ich Saszka (rosyjskie zdrobnienie od Aleksander) tandety nie popuści”. Przynajmniej wśród mieszkańców Moskwy i Petersburga Białoruś w ostatnich latach w szybkim tempie staje się kierunkiem wyjazdów do dobrych i tanich sanatoriów. Mówi się: „Białorusini potrafią, a nie okradają”. Nie mówi się, że przecież Białorusinów nie ma, to wszystko nasze. Rosyjscy goście Mińska po powrocie mówią o tamtejszej codziennej uprzejmości, w tym – zauważalnie – ze strony milicji, jeżeli zachodzi potrzeba zwrócenia się do milicjanta. Ciągoty post-imperialne wobec Białorusi są znikome. Zapędy takie bardziej dają się zaobserwować wobec Ukrainy: że przykręcimy im kranik rurociągowy, że zabierzemy Krym i Donbas, by nie podskakiwali. Białoruś natomiast postrzegana jest jako naród i państwo bezwzględnie sojusznicze i przyjazne, dlatego na jej suwerenność nikt nie dybie. Mówię tu o odbiorze społecznym. Polityka państwa rosyjskiego, jak każdego wielkiego podmiotu na arenie międzynarodowej, na pewno zdąża do zabezpieczenia swoich interesów w pierwszej kolejności na najbliższym przedpolu, skąd powstają organizacje formalne, gdzie członkowie mniejsi muszą korygować swoje zachowania, co – jak wspólnie stwierdziliśmy poprzednio – jest właściwe każdemu regionowi świata i każdemu zrzeszeniu międzynarodowemu. Przy tym bynajmniej nie wydaje mi się, by w przypadku relacji Białoruś-Rosja mogło to stanowić zagrożenie dla białoruskiej tożsamości jako narodu.

    Odnośnie ++Białorusinów nie ma, są tylko Lićwiny++ – to dopiero temat! Bo choć genetycznie sporo jest we mnie namieszane, ta część co wywodzi się znad górnej Druci (ponad trzysta kilometrów nad wschód od Wilna, bliżej Orszy) oraz środkowej Wilii (trzykrotnie bliżej, bo pod Mołodecznem) rączo woła: „Jam Litwin! – Я лiцьвiн!” Przy tym jest to przejaw właśnie białoruskości. Wśród zaś tej części młodzieży białoruskiej co po hurra-entuzjastyczne uszy nurza się i siedzi w białoruskiej historii, w krajoznawstwie historycznym, rekonstrukcjach, muzyce ludowej, spotkaniach poetyckich, często słyszy się zawołanie, które brzmiało w wyprawach i na polach bitewnych co najmniej od początku szesnastego wieku, od bitew orszańskich za Zygmunta Starego, a prawdopodobnie nawet od wyruszenia jedynego oddziału litewskiego pod Szczepanem Załuskim do wojny trzynastoletniej w drugiej połowie piętnastego wieku za panowania Kazimierza Jagiellończyka; brzmi ono: „Гэй, лiцьвiны, Бог нам раiць!” – „Hej, Litwini, Bóg nam radzi!” – radzi w sensie, że jest z nami, prowadzi nas i wesprze. Dotykamy tu nieprzebranego tematu do kogo dziś należy Wielkie Księstwo Litewskie. Od naszego białoruskiego protoplasty naukowego i ideowego Mikołaja Jermołowicza dziedziczymy przekonanie, że należy do Białorusi w co najmniej tym samym stopniu, co do sąsiadów z północnego od nas zachodu. Z tym że w odróżnieniu od rzeczonych sąsiadów znacznie bardziej jesteśmy skłonni dzielić się tą spuścizną ze współczesną Polską. Co się tyczy stosunku Lićwinów do Polski – coś znaczą prawie coroczne jesienne partyzanckie podchody nad jeziorem Narocz, gdzie białoruska hurra-historyczna młódź przede wszystkim chce być w AK i uczy się na tę okazję śpiewania o sercu w plecaku czy rozszumiejących wierzbach płaczących, przeważnie z pisanych przeze mnie kartek z białoruską czy rosyjską transkrypcją cyrylicą.

    Używając inkluzji logicznej, można powiedzieć tak: zbiór wspołczesnych Białorusinów zawiera podzbiór współczesnych gorących Litwinów – лiцьвiнаў. Oczywiście ci którzy w każdej chwili dnia i nocy są gotowi wołać „Гэй, лiцьвiны, Бог нам раiць!” stanowią podzbiór liczbowo nie duży w stosunku do 9,5 milionów mieszkańców Republiki Białoruś. Niemniej historii Wielkiego Księstwa Litewskiego uczy się dziś w szkole jako naszej historii. Historycy białoruscy cieszą się z dumą, że po prawie dziesięciu latach prac ukazała się w latach 2009-2010 duża, trzytomowa, kolorowa białoruska Encyklopedia Wielkiego Księstwa Litewskiego.

    Wśród białoruskiej inteligencji humanistycznej w ciągu dwudziestolecia istnienia nowej Białorusi na pewno znacznie poszerzyło się identyfikowanie z litewskością – w pojmowaniu dawnym, szerokim, mickiewiczowskim. Oczywiście młody wiek jest temu procesowi bardziej podatny. Technicy nasi, w tym twórcy szeroko dziś eksportowanych do Rosji i Ukrainy trolejbusów, z oczywistych powodów postrzegają książąt Ogińskich, Sapiehów, Radziwiłłów i sprawy wielkiej Litwy gdzieś na marginesie swych zainteresowań, co jest przecież zrozumiałe. Przy tym rzeczą charakterystyczną i nader według mnie pozytywną jest to, że wśród tych kto emocjonalnie wie, że „Мы лiцьвiны!” , nastawień antyrosyjskich czy antypolskich jest istotnie mniej, niż wśród analogicznych środowisk na Ukrainie (przede wszystkim antyrosyjskość) czy w Republice Litewskiej (przede wszystkim antypolskość).

    ++Białoruś – kraj paradoksów, prowadzący niezależną politykę, ale w w którym passe jest mówić publicznie w języku ojczystym, czy posługiwać się historyczną flagą.++ Oraz ++nawet w Grodnie trudno jest usłyszeć mowę Taraszkiewicza. Może oni mówią szeptem, jak Serbołużyczanie?++

    Paradoksy – no nie wiem. To znaczy całkowicie szanuję odczucie, jeżeli komuś się tak wydaje. Język – parę lat temu UNESCO zaszeregowało język białoruski jako język potencjalnie zagrożony zanikaniem. W latach radzieckich we wszystkich czternastu republikach poza RFSRR język danej republiki był obowiązkowy we wszystkich szkołach – w rosyjskich na terenie tych republik w postaci dwóch przedmiotów od pierwszej lub drugiej klasy szkoły podstawowej: gramatyka języka danej republiki i literatura w danym języku. We wschodniej Białorusi, tak samo jak we wschodniej i południowej Ukrainie, w szkołach rosyjskich języków tych się uczono, ale wyłącznie by zdać egzamin maturalny i zapomnieć o tej piątej nodze od stołu. Na Białorusi od publikacji danych UNESCO wprowadzono obowiązkowe wyłącznie napisy białoruskie na drogach i ulicach oraz obowiązkowo dwujęzyczne napisy w środkach transportu oraz przy wejściach do wszystkich instytucji państwowych. Poszerzono godziny antenowe programów telewizyjnych i radiowych w języku białoruskim. Przy tym nisko chylę czoła, że istnieje przepis prawny zabraniający przymusowej białorutenizacji. Kraj jest oficjalnie dwujęzyczny, wszystkie dokumenty urzędowe mogą być w każdym z dwóch języków.

    Niestety jest tak, że białoruska opozycja polityczna z powodu swej natury optuje za wyrugowaniem języka rosyjskiego, bo inaczej nie byłaby opozycją. Gdy na wschodzie w Homlu, Mohylewie, Orszy czy Witebsku na zwrócenie się na ulicy po białorusku czy w sklepie czy na dworcu usłyszy się po rosyjsku: „Przepraszam, nie dokładnie zrozumiałem, czy można po rosyjsku?” to można zrozumieć. Inną jest jednak rzeczą, gdy w Mińsku pod pomnikiem Janki Kupały czy Jakuba Kołasa (obaj poeci i pisarze) widzi się kilka zasmuconych postaci z dużą ilością wykrzykników na plakatach „precz z torturami i rusyfikacją!!!!!!!” Ponieważ w odbiorze masowym realnie istniejąca opozycja prezentuje się, mówiąc najoględniej, niekorzystnie, zaś jednym z głównych a stale brzmiącym jej żądaniem jest walka z językiem rosyjskim, u określonej części Białorusinów słyszany na ulicy język białoruski kojarzy się z zapalczywą krzykliwością opozycyjną. To podług mnie jest największa szkoda czyniona przez ugrupowania opozycyjne.

    Według danych sprzed dwóch lat z 9,5 miliona mieszkańców Białorusi 7 milionów deklaruje swobodne rozumienie białoruskiego, 5,5 miliona swobodne władanie nim na piśmie oraz 2,5 miliona mówienie w nim w domu. Jednak dane te wymagają natychmiastowego komentarza. W terenach wiejskich, gdzie dziś mieszka około jednej czwartej ludności, powszechnie słyszy się tak zwaną trościanicę – niepoprawną a nawet czasem strachliwą mieszankę białoruskiego i rosyjskiego. Zjawisko to jak najbardziej dotarło na Białoruś zachodnią. Trościanica wycieśniła gwarę poleską, od dawna nieliczną, dziś już praktycznie nie istniejącą. Wiejską białoruszczyznę, czasem różniącą się od współczesnego literackiego języka białoruskiego, ale bez koszmarnych rusycyzmów, można dziś z rzadka niekiedy na Polesiu zachodnim w górnym dorzeczu Piny oraz w tak zwanym kącie grodzieńskim – przy obecnie istniejących granicach nieduży teren na północ i północny zachód od Grodna, gdzie schodzą się granice z Republiką Litewską i Polską. Trudno jest powiedzieć, jaki procent ludności potrafi mówić poprawnym językiem literackim i rzeczywiście mówi.

    Jest jeszcze tak, że w roku akademickim, co się niedawno skończył, po kryzysie monetarnym przeżytym przez republikę na przełomie 2010 i 2011, od jesieni 2011 w Uniwersytecie Mińskim istotnie zmniejszono ilość sekcji filologii białoruskiej. Przyczyna niestety nie jest wesoła. Od wielu lat nierzadko ilość pracowników przewyższała ilość studiujących. Młódź woli studiować co innego. Studia zaś są bezpłatne lud znacznie dofinansowywane. Zaszły konieczności cięć.

    Ale – przy wejściu do imponującego a wielkiego nowego gmachu Białoruskiej Biblioteki Narodowej, wizytówki architektonicznej współczesnego Mińska, wielkie litery z brązu ułożone są w cytat z klasyka poezji białoruskiej Franciszka Benedykta Boguszewicza: „Не пакiдайце ж мовы нашай беларускай, каб не ўмёрлi!” – Nie zarzucajcież mowy naszej białoruskiej, byście nie umarli! Mój wieloletni a najbliższy na Białorusi przyjaciel, o którym parokrotnie na tych łamach wspominałem, postać nadzwyczajna: historyk, malarz, poeta i muzyk pan Sergiusz Wieremiejczyk, pisze piosenki – słowa i muzykę – by śpiewały je w szkołach dzieci w mowie naszej białoruskiej. Ma już dwa dyski, wydania drukowane, piosenki jego brzmią z anteny białoruskiego radia. Popularność co najmniej na Grodzieńszczyźnie oraz sąsiadującymi z nią okolicami Mołodeczna zyskał w ostatnich latach zespół ludowy „Tałaka” (akcent na ostatnie a, święto rozpoczęcia orki i siewów), już wiele razy gościł na antenie radiowej i telewizyjnej, a stawia sobie cele identyczne: popularyzację języka poprzez zachęcanie do śpiewania. O zasięgu ogólnobiałoruskim istnieją dwie organizacje młodzieżowe: Białoruskie Młodzieżowe Stowarzyszenie Historyczne oraz „Etna”, pierwsza o ciągotach bardziej historyczno-krajoznawczych, druga, liczniejsza, bardziej kulturoznawczo-etnograficznych. W obu jednym z pierwszych celów statutowych jest pielęgnowanie języka i poszerzenie sfery jego używania. Poza licznymi imprezami o różnym profilu sprawia wrażenie następująca scena z drugiego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku. W mińskiej siedzibie młodych historyków w zimowy sobotni wieczór w pokoju gościnnym na fotelach, tapczanych, na podłodze po turecku siedzi ponad dziesięcioro towarzystwa w wieku lat od może osiemnastu do dwudziestu kilku, w łaciatych dżinsach i innych odpowiednich do wieku ubiorach. Jeden z nich siedzi i czyta na głos opowiadania Włodzimierza Korotkiewicza, najbardziej znanego pisarza białoruskiego drugiej połowy dwudziestego wieku. Zebrali się by posiedzieć i posłuchać w mowie ojczystej swego wielkiego pisarza. Robi to wrażenie niezwykle imponujące.

    Reasumując: zgadzam się całkowicie, że nawet w Grodnie rzadko słyszy się, by ktoś na ulicy mówił po białorusku. Ale właśnie dlatego czynimy starania, by mowa nasza białoruska nie zostawała zarzucona, nie zniknęła. Przysłowie białoruskie i rosyjskie głosi, że drogę pokona idący. Nie wiem czy istnieje odpowiednik polski.

    Biało-czerwono-biała flaga ma długą historię powstania. Została surowo zakazana za czasów radzieckich. Niestety, w latach okupacji niemieckiej używały jej białoruskie jednostki policyjne, tak zwana czarna policja (bo mieli charakterystyczne czarne mundury), flaga ta powiewała na budynkach urzędowo zajmowanych przez tę policję. Dlatego gdy w roku 1992 flagę przywrócono, u pokolenia starszego wywołała przede wszystkim skojarzenia okupacyjne, były protesty w prasie. Poza tym ówczesny Białoruski Front Narodowy, odpowiednik „Solidarności” czy „Sąjūdisa”, intensywnie używał tej samej flagi, co awersję do niej jeszcze bardziej zwiększyło. Dlatego po trzech latach istnienia flagi zorganizowano na jej temat referndum, w którym prawie dwie trzecie głosujących wypowiedziało się za flagą nową, będącą modyfikacją flagi Białoruskiej SRR bez symboli radzieckich oraz z tradycyjnym ubarwieniem haftu ludowego. Szkoda, że sprawę flagi połączono z godłem z Pogonią, bo Pogoń nie miała żadnych konotacji faszystowskich. Obecnie na naszych imprezach zawsze jesteśmy pod chorągwią z Pogonią, bo sądzimy, że słuszną sprawę trzeba posuwać do przodu powoli i nie natarczywie, ale konsekwentnie.

    ++Ja tak nie do końca wierzę w to że istnieje ta „młoda dziś inteligencja mówiąca na co dzień między sobą w języku białoruskim a zachowująca się i mająca odruchy podobne do rówieśników z analogicznego poziomu społecznego w Finlandii czy Niemczech”. Gdzie ona jest?++

    Na pewno nie jest za bardzo widoczna. To znaczy ta którą powyżej opisałem. Ale istnieje. Rzeczą ważną jest też, że białoruskomowność zauważa się również wśród inteligencji technicznej: w „Etnie” niemały procent stanowi młodzież nie humanistyczna. W ostatnich latach również wśród młodych historyków mamy nie tylko studentów historii czy literatury. Z kolei gdy się jedzie transportem miejskim w uniwersyteckich Mińsku i Grodnie czy jest się tam w kawiarni, to widzi się i odczuwa młodzież jak najbardziej mówiąca po rosyjsku ma w sobie coś, co różni ją od młodzieży z dużych miast rosyjskich. Jest to styl zachowywania, mówienia. Również, jak się okazuje, władanie językami obcymi. Zaryzykuję uogólnienia, że może jest to większa otwartość a mniejszy snobizm. Te dwie cechy w ogóle odróżniają Białoruś. Gdy nakłada się to na niewątpliwą inteligentność i wiedzę, przypominają mi się wrażenia z dwóch krajów zachodnich gdzie bywam dość często, to znaczy z Finlandii i Niemiec.

    ++A nawet jak ta białoruska inteligencja jest, to jakie ma szanse przekonać do swoich idei resztę społeczeństwa?++

    Nie wiem. To się okaże. Najważniejsze według mnie jest to, że coś się robi sensownego i pożytecznego, a nie siedzi w rozmyślaniach utopijnych. Co do idei dla ewentualnego przekonowywania, nie jestem pewien, że ludzi ci mają jakieś konkretne idee które chcieliby wszczepić w resztę społeczeństwa. Sądze, że to co ich prowadzi to chęć doskonalenia się, aktywnego życia, w tym aktywnego uczestniczenia w pomnażaniu dóbr swojego kraju, którego jak najbardziej czują się patriotami.

    ++A nawet jeśli przekona, to jakie Białoruś ma szanse na niezależny w kontekście ekonomicznym i kulturowym byt w stosunku do Rosji?++

    Szanse? Ekonomicznie z oczywistych powodów nadrzędnym priorytetem w polityce gospodarczej powinna być jak najszersza współpraca z Rosją. Z powodu nader wielkich różnic gatunkowych między stronami współpraca ta będzie w istotny sposób wyznaczała kierunki i formy polityki Białorusi. Jak dotychczas eksport białoruski cieszy się w Rosji dobrą opinią i wzięciem. Poza tym stałe a mocne naciski i presje ze strony zachodniej z równie oczywistych powodów nie stanowią dla Białorusi czynnika zachęcającego do poszukiwania swych szans gospodarczych na Zachodzie. Czyli niezależność w rozumieniu współczesnym i realnym, może porównywalna do samodzielności gospodarczej nie pierwszorzędnych krajów Unii Europejskiej.

    W przypadku bytu kulturowego, jak już wspominałem, nie dostrzegam obecnie jakichś zagrożeń. Oczywiście mogą zajść wydarzenia nieprzewidywalne, ale o nie mówimy, jak na przykład o trzęsieniu ziemi. Ustawowa dwujęzyczność na Białorusi, brak agresywności antyrosyjskiej, w sumie zrównoważone i bez istotnych wstrząsów stosunki dwustronne, przede wszystkim na płaszczyźnie gospodarczej, sprawiają, że Rosja nie musi wywierać presji na Białoruś, jaką widzimy wobec Ukrainy. Przy tym, co ciekawe, stan ten pozwolił Białorusinom w strefie mentalnej bardziej posunąć sie ku współczesnej Europie, niż widzimy to u naszych znacznie większych sąsiadów południowych, z którymi ze zrozumiałych powodów często porównywujemy się. Drobna rzecz: wystarcza poczytać fora internetowe. Fora ukraińskie tchną niezwykle ostrymi namiętnościami, nierzadko antyrosyjskość osiąga poziomów zastanawiających, ale – rzecz charakterystyczna – nieprzerwanie a równoległe jest wyszukiwanie, co tam u Rosji jest źle, a przy tym czy aby we wszystkim jej dorównujemy. Na forach białoruskich Rosja jest obecna nieporównywalnie mniej, nie ma się wobec niej kompleksów. Bo tożsamość białoruska, acz czesto nie wiedząca sama na czym polega i dość rozmyta, jest wystarczająco silna. Stąd brak fobii i paranoi wobec sąsiadów. Stąd łatwiejszy jest ruch ku przyszłości.

    ++To są te moje wątpliwości czy Białoruś może być niezależna. Może uda Ci się je rozwiać…++

    Nie wiem, na ile udało mi się rozwiać wątpliwości. Postarałem się najlepiej jak potrafię odpowiedzieć na postawione pytania i poruszone myśli. Jeżeli obraz stał się trochę klarowniejszy, będę szczęśliwy.

    Dziś poniekąd hymnem białoruskich Litwinów – беларускiх лiцьвiнаў jest wiersz wspominanego już wyżej klasyka poezji białoruskiej z dziewiętnastego stulecia Franciszka Benedykta Boguszewicza (autora, że nie zarzucajmyż mowy naszej białoruskiej, byśmy nie umarli). Nazywa się wiersz-hymn „Pogoń Litewska”. Jego najbardziej przejmujące słowa końcowe to:

    Ўсё лятуць i лятуць тыя конi,
    Срэбнай збруяй далёка грымяць.
    Старадаўняй Лiтоўскай Пагонi
    Не разьбiць, не спынiць, не стрымаць.

    Dosłownie –

    Wciąż lecą i lecą te konie,
    Srebrną uprzeżą z oddali brzęczą.
    Starodawnej Litewskiej Pogoni
    Nic nie rozbije, nie przeszkodzi, nie zatrzyma.

    http://www.ljplus.ru/img4/s/t/stary_kresowiak/KurWil-Wiszniewo-salutowanie.JPG
    Wiszniewo pod Wołożynem, czerwiec 2009, jeden z uczestników wyprawy na miejsce bitwy pod Wiszniewem 7 czerwca 1794, gdzie dowódcą litewskim był generał-major Michał Kleofas Ogiński, z okazji 215 jej rocznicy.

  25. monstrum mówi:

    taki z Siczy, nr 19, oraz Budzik, nr 23

    Niezwykle serdecznie dziękuję Zacnym Panom za tak serdeczne słowa, które bardzo wysoko doceniam. Od kilku dzisięcioleci słyszę, że powinienem pisać więcej, ale konieczność zarabiania na chleb powszedni sprawia, że zająć się tym wypadnie zapewne tylko na emeryturze, bo nie chce się pisać pod presją, że od tego zależy zarobek. Natomiast komentarze w “Kurierze Wileńskim”, które te pismo szanuję bardzo i mam gigantyczny sentyment do Wilna, pozwalają podchodzić do sprawy relaksowo i ćwiczyć umysł, gdy jestem na rekonwalescencji.

    Budzik

    Generał Dżochar Dudajew był postacią nader ponurą odpowiedzialną za taką a nie inną politykę Czeczni wobec inaczej, niż nakazano, myślących jej mieszkańców, wobec sąsiadów z napadami terrorystycznymi oraz wojną czeczeńską. W czasach radzieckich był generałem lotnictwa, jednym z głównych autorów operacyjnych i wykonawców bombardowań dywanowych Afganistanu, strategiem koncepcji ataków nuklearnych na stolice europejskie w wypadku wojny światowej, dwukrotnym zdobywca złotej odznaki i dyplomu przodownika pracy ideologiczno-wychowawczej w Armii Radzieckiej. Ale nie zaprzątajmy tu nim sobie głowy, są tematy ciekawsze.

    Kolinwalin, nr 21

    Będę się jednak upierał, że nadmieniona postać pisała się Zimorowic, Józef Bartłomiej, z C na końcu nazwiska, co jest do sprawdzenia w każdej encyklopedii. Co więcej, pozwolę sobie posunąć się w swej śmiałości dalej i zapytać, czy jesteś może spokrewniony z Kulinwalinem piszącym się po K przez U ? 😉

  26. monstrum mówi:

    Sprostowanie-wyjaśnienie

    Zapis nr 24 do Marka został tu przeze mnie wstawiony omyłkowo, bo miał być na gałązce komantarzy http://kurierwilenski.lt/2012/06/25/antypomnikowa-przedwyborcza-retoryka-prawicy/ . Przepraszam za nieuwagę.

  27. kulinwalin mówi:

    Tak, jestem Kulinwalin. Nie, dawna nazwa ul.Dudajewa, Lermontowa we Lwowie to Zimorowicza przez CZ. Wystarczy przedwojenny fotos

  28. taki z Siczy mówi:

    monstrum
    Niech żyje Białoruś! Zdrowia i pisać więcej,w presie.

    kulinwalin
    A kto wtody Zimorowicz przez CZ ?

  29. kulinwalin mówi:

    Nie wiem. Wiem tylko o nazwie

  30. monstrum mówi:

    Kulinwalin, nr 27 i 29, Taki z Siczy, nr 29

    Spróbuję wnieść jasność. O polskim pisarzu i poecie, wieloletnim burmistrzu Lwowa z wieku siedemnastego czytałem dotychczas wyłącznie w źródłach polskich, jako o Józefie Bartłomieju Zimorowicu. Poznałem dziś, że w historiografii ukraińskiej i rosyjskiej postać ta jest pisana wymiennie również jako Zimorowicz. Natomiast, jak się okazało, w przedwojennym Lwowie ulica jego imienia nazywała się Zimorowicza. A że właśnie Józefa Bartłomieja – wspomina o tym w swoich lwowskich pamiętnikach Lucjan Zdanowicz. Toteż nie ma sporu. Ulica zaś widnieje na planie: górny rząd, drugi od lewej kwadrat, dolna część, po lewej od białej szczeliny wynikłej z kopiowania planu częściami (fragment się powiększa).
    http://www.lwow.home.pl/plan/d.jpg

  31. LT-PL mówi:

    monstrum
    Wyrazy szacunku za ciekawe informacje dotyczące “polskich ścieżek” na Białorusi i biografie interesujących ludzi.
    Widzę,że wie Pan nie tylko to co myśli i czuje medelsvensson,ale i zna Pan ciekawe miejsca , ciekawych ludzi.

  32. Budzik mówi:

    Monstrum 25
    Znana jest mi postać Dudajewa, nie mniej tak jaki pisałem trudno o jednoznaczną pozytywną bądź negatywną opinię na temat tej osoby. Zdania są podzielone i cała nadzieja w ciężkiej pracy historyków. Z ciekawością przeczytam rzetelną monografię na temat tej postaci historycznej.
    Nie mniej postać Dudajewa nie będzie stanowić tematu zastępczego dla głównego nurtu

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.