2
Charytatywna stołówka na wileńskiej Lipówce

  Dziennie do stołówki na Lipówce przychodzi około 280 osób    Fot. Marian Paluszkiewicz

Dziennie do stołówki na Lipówce przychodzi około 280 osób Fot. Marian Paluszkiewicz

Z charytatywnych stołówek korzysta coraz więcej osób. Aby otrzymać w takich stołówkach posiłki, dochody osób samotnych nie mogą przekraczać 700 Lt, a mieszkających w rodzinie — 525 Lt na osobę. Tacy ludzie mogą ubiegać się o bezpłatne wyżywienie. — Zawsze byłam wrażliwa na ludzką biedę i w miarę możliwości starałam się pomagać potrzebującym. Z czasem zrodził się pomysł konkretnej działalności dobroczynnej. Postanowiłam na wileńskiej Lipówce otworzyć charytatywną stołówkę.

Samorząd miasta Wilna przydzielił pomieszczenie, faktycznie ruiny, które należało doprowadzić do należytego stanu. Wiele firm pomogło przy remoncie. W 2006 roku otworzyłam stołówkę dla potrzebujących. Wtedy na obiad przychodziło około 60 osób, aby ich nakarmić, miesięcznie na żywność wydawałam około 3 000 Lt — powiedziała założycielka fundacji charytatywnej „Ekklesia” Łarisa Čerkaskaja.

Od 2009 roku liczba osób potrzebujących bardzo szybko zaczęła wzrastać, zaczęły tu przychodzić matki z małymi dziećmi. Dlatego raz dziennie są wydawane specjalne obiady matkom i małym dzieciom. Mleko dawane jest do domu.

— Z czasem zaczęło tu przychodzić coraz więcej ludzi. Dzisiaj w naszej stołówce mamy 70 miejsc, obiady wydajemy cztery razy dziennie od poniedziałku do soboty. Czyli dziennie karmimy około 280 osób. Jeżeli ktoś przychodzi głodny, nigdy nie odmawiamy, stołówka jest wypełniona po brzegi. Przychodzą tu różni ludzie, nie tylko pijacy lub bezdomni, są też tacy, którzy zostali bez pracy lub inwalidzi, a alkoholu nie biorą do ust — mówiła założycielka fundacji charytatywnej „Ekklesia”.

W stołówce na Lipówce pracują osoby skierowane z giełdy pracy. Praca jest niełatwa — w ciągu pół godziny należy wszystko posprzątać i nakryć stoły na nowo. Przestrzegana jest higiena. Talerze są myte w zmywarce przy wysokiej temperaturze, aby zniszczyć ewentualne zarazki. Kucharki są bardzo uczciwe, większość z nich jest w podobnej sytuacji, dlatego bardzo dobrze rozumieją ludzi potrzebujących. Porcje są dzielone uczciwie, każdy otrzymuje po równo.

— Nigdy nie myślałam, że tu będzie przychodzić tylu ludzi. To są osoby bardzo nieszczęśliwe, każdy ma swoją historię. Czasami trudno jest uwierzyć, ale w życiu wszystko może się zdarzyć. Pomimo że wyglądają na zdrowych ludzi, większość z nich to osoby niepełnosprawne, które nie mogą pracować — mówiła pani Łarisa.

Ludzie pokrzywdzeni przez los są obrażeni na cały świat. W każdym, kto chce im pomóc, widzą wroga. Ciągle walczą, nawet sami ze sobą. Są zazdrośni o wszystko, czasami są niebezpieczni, ponieważ na wszystko reagują agresją.
— Jestem szczęśliwa, gdy mogę komuś pomóc. Czasami wystarczy tylko wyciągnąć rękę, a człowiek zaraz czepia się za życie. Ale jest wielu takich, którzy po prostu wegetują, niczego nie chcą. Im wystarczy, że przyjdą i tu zjedzą, więcej im od życia niczego nie trzeba. Takim ludziom jest bardzo trudno pomóc, po prostu nie pozwalają na to. Za te lata nauczyłam się rozpoznawać ludzi i od razu wiem, kto chce, żeby mu pomóc, a kto już pogodził się z losem i nic więcej nie chce robić — mówiła Čerkaskaja.

Tu nie tylko można zjeść. Na zapleczu można skorzystać z prysznica lub z pralki. Codziennie jest wydawana gorąca zupa, drugie danie i jakiś napój. Latem jest mniej potrzebujących, wielu zbiera jagody na sprzedaż. Za to zimą stale są tu kolejki.

— Cieszę się, że są jeszcze ludzie, którzy nie są obojętni na biedę bliźniego. Jest wiele firm i osób z zagranicy, które chętnie nam pomagają. W 2011 roku samorząd miasta Wilna wydzielił 50 tys. litów. Żywność dostarcza nam „Maisto bankas” („Bank żywności”). Oczywiście, proszę wszystkich ludzi dobrego serca o pomoc, których na szczęście nie brakuje — mówiła Łarisa Čerkaskaja.

Pani Łarisa pomaga także osobom uzależnionym od narkotyków. Stara się zapewnić im leczenie. Są przypadki, gdy ludzie wychodzą z tego strasznego nałogu i powracają na prostą drogę.
— To bardzo dobrze, że ktoś myśli o takich ludziach jak ja. Zostałem bez domu, pracy, nie mam z czego żyć. To jest jedyne miejsce, gdzie mogę zjeść. W niedzielę jestem głodny, niestety, tu nie karmią. Dania są bardzo smaczne, no, mogłyby być trochę większe porcje — mówił Rajmund Kaszkiewicz.

 Porcje są dzielone uczciwie, każdy otrzymuje po równo      Fot. Marian Paluszkiewicz

Porcje są dzielone uczciwie, każdy otrzymuje po równo Fot. Marian Paluszkiewicz

Zaznacza, że zdarza się, że żywność dają nawet do domu, ale to rzadko. On kiedyś też miał dom po babci, ale spalił go. Przez pijaństwo…
— Dla mnie takie życie to nic nowego. Zawsze tak żyłem i inaczej nie umiem. Urodziłem się w więzieniu, ojca nie znam. Matka i babcia zawsze piły, przebywałem w takim towarzystwie i dla mnie to jest normalne, nigdy nie pracowałem, nie mam ukończonej nawet średniej szkoły. Kto by chciał takiego do pracy — macha ręką.
Są tacy ludzie, którzy nie wyobrażają sobie, że można żyć inaczej. Są zupełnie inni, oni uważają, że takie życie jest normalne i że właśnie trzeba tak żyć. Często zdarza się, że pijaństwo jest dziedziczne, rodzice przyzwyczajają swoje dzieci do alkoholu.

— Nigdy nawet nie myślałem, że kiedyś będę tu jadł. Piętnaście lat temu bywałem w najdroższych restauracjach, miałem własnego kierowcę, podróżowałem po całym świecie. Pracowałem w banku, zajmowałem wysokie stanowisko. Miałem duży dom, rodzinę i dobrą pracę. Często mówiono, że urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą. A teraz… — cichym głosem mówi Stanisław Kołosowskij.
Pochodzi z zamożnej rodziny, nigdy o nic nie musiał troszczyć się, przyszłość miał zapewnioną, przynajmniej tak myślał.

— Kiedyś byłem naprawdę bogaty, wiem, że dzisiaj w to uwierzyć jest bardzo trudno. Miałem wielu przyjaciół, tak myślałem. Ale pewnego razu przez nieudany kontrakt straciłem wszystko, nie tylko pieniądze, ale rodzinę i wolność. Trafiłem do więzienia, spędziłem tam dziesięć lat. Po wyjściu na wolność zostałem sam jak palec. Żona wszystko, co zostało, sprzedała i wyjechała, teraz mieszka za granicą, a dzieci nie widziałem już ładnych trzynaście lat, nic o nich nie wiem — mówił Stanisław.
Zaznaczył, że nie chce widzieć dzieci, ponieważ na pewno będą wstydzić się takiego ojca, on sam siebie się wstydzi. Prawdziwych przyjaciół nigdy nie miał, dzisiaj jego znajomi udają, że go nie znają.

— Nie myślałem, że los szykuje mi taką niespodziankę. Byłem pewny, że zawsze będę żył w dostatku. Byłem przyzwyczajony wydawać rozkazy, w niczym sobie nie odmawiać — mówił Stanisław.
Kiedyś Stanisław gardził takimi ludźmi, dzisiaj cieszy się z ich towarzystwa, chętnie siada z nimi za jeden stół i dzieli się chlebem. Właśnie wśród takich osób dzisiaj mieszka.
Tymczasem Aldona Paszyna twierdzi, że zawsze musiała zarobić na kawałek chleba, mając pięć lat została sierotą, wychowywała ją babcia:
— Życie mnie nigdy nie rozpieszczało. Mając szesnaście lat urodziłam córkę, ale nie byłam dobrą matką. Oddałam ją do domu dziecka, potem jeszcze urodziłam dwie córki i syna, ale nikogo nie wychowywałam. Dzisiaj wiem, że mogłam mieć normalną rodzinę, ale wtedy myślałam inaczej.

Piła od dwunastego roku życia. Ciągle przebywała w towarzystwie alkoholików.
— Swoich dzieci nie widziałam od urodzenia, nie wiem nic o nich. Dzisiaj sama jestem bezdomna, posiłki otrzymuję tutaj w tej jadalni. Może i lepiej, że dzieci nie zostały ze mną, bo zaoferować im nic nie mogę. Niestety, nikt nie chciał mi pomóc. Nie miałam dokąd iść, dlatego wybrałam tę, a nie inną drogę. Dzisiaj żałuję, że nie słuchałam swojej świętej pamięci Babci… — mówi ocierając łzy Aldona.

2 odpowiedzi to Charytatywna stołówka na wileńskiej Lipówce

  1. pani mówi:

    To najlepsza praca Honraty. W stocie gdy iziesz ta ulica a nad toba na zboczu widzisz tych pod cirzarem zycia ugietych czujesz jak i Cie moze przygniesc.
    Wydaje sie nie wytrzymasz a oni … wciaz wytrzymuja.
    A wogole widze w Wilnie duzo, duzo zniszczonych. Dzis widzialam miniaturowa sniada jak hinduske, chyba nieletnia cyganeczke z dzieckiem, moze paroletnim, ktora porzucil mldzieniec. Blakala sie w kapciach z dzieckiem na rekach niedaleko sluzby socjalnej, do ktorej inne Cyganki, ubrane w skorzane i inne drogie szaty przyjezdzaja po social na taksowkach.
    Horror!!!

  2. Wawa mówi:

    Tak rzeczywiscie codziennosc mieszkancow Wielnszyzny i calej Litwy

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.