13
Miłością mnożoną na… szesnaście obdarzeni!

To niedaleka, ale już przeszłość, kiedy cała rodzina była w komplecie Fot. z albumu rodzinnego
image-53420

To niedaleka, ale już przeszłość, kiedy cała rodzina była w komplecie Fot. z albumu rodzinnego

Jest w roku wieczór szczególny. Wieczór, kiedy to wraz z rozbłyśnięciem pierwszej gwiazdki na niebie do stołu świątecznego zasiada rodzina.
Tak, niestety, życie się czasem układa, że przy stole jest jeden samotny człowiek albo osób kilka.

Ale są rodziny wyjątkowe, gdzie nie tylko tego wieczoru, ale do codziennego stołu zasiada osób… osiemnaście! Rodzice oraz ich szesnaścioro dzieci.
Co prawda, ostatnie lata rodzina jest ta nieco mniejsza. Starsze dzieci, jak te ptaki dorosłe, z gniazda rodzinnego wyfrunęły i swoje rodziny założyły.
Tym niemniej i dziś dom państwa Makutonowiczów w Połukniu, w rejonie trockim, rozbrzmiewa gwarem dziecięcych głosów. Jedenaścioro jest jeszcze z rodzicami.
Dom Wiery i Czesława Makutonowiczów — solidny, okazały, na mocnym wysokim fundamencie.

Wiera i Czesław Makutonowiczowie Fot. Marian Paluszkiewicz
image-53421

Wiera i Czesław Makutonowiczowie Fot. Marian Paluszkiewicz

Spotyka nas gospodarz domu i zaprasza do mieszkania — czystego, zadbanego, solidnie urządzonego i gdyby nie liczne buciki w przedpokoju starannie i równiutko ustawione na półkach, naprawdę zwątpilibyśmy, czy trafiliśmy pod właściwy adres.
Czesław — miejscowy, ale był czas, kiedy na naukę z domu rodzinnego wyjechał. Ukończył Kowieński Instytut Politechniczny, wydział elektroniki i jako młody specjalista zaczął pracować w stołecznym zakładzie „Vilma”.
Tu, w Wilnie, u znajomych poznał Wierę, słuchaczkę Technikum Politechnicznego na Holenderni i kiedy ona miała lat 19, on pięć lat więcej — na ślubnym kobiercu stanęli.

Jak i wszyscy młodzi, nie mieli łatwego startu. Oboje są z rodzin wielodzietnych. W rodzinie Wiery, która spod Brześcia pochodzi, było sześcioro dzieci. W rodzinie Czesława — pięcioro, ale jedno dziecko umarło, została więc czwórka.
Zresztą oni prosić nie nawykli od dzieciństwa. Bo i o co by prosić mieli? Byli młodzi, mieli zawody. Co prawda, jeżeli chodzi o Wierę, to niedługo jako księgowa pracowała. Zaczęły się rodzić dzieci. Najpierw Andrzej — dziś 29 lat mający, po roku Emilia, w rodzinie Milką zwana, po dwóch latach Daniel, po kolejnym roku — Julia.

Po latach przenieśli się do Połukni, gdzie Czesław w gospodarstwie eksperymentalnym „Merkys” nie tylko pracę otrzymał, ale też najpierw dwupokojowe mieszkanie, a kiedy była czwórka dzieci — skromny domek. Co prawda, nie za darmo, musieli go spłacać. Pomogli rodzice Czesława, krewni, trochę pożyczyli i tak młoda wielodzietna rodzina, jak wtedy siebie nazywali, no, bo czwórka dzieci była, przeniosła się do tego domku, który zmieniał się, rozszerzał z latami, udoskonalał.
Rodzina się zwiększała również.

Marta, Ania i Joanna chętnie zasiadają przy pianinie Fot. Marian Paluszkiewicz
image-53422

Marta, Ania i Joanna chętnie zasiadają przy pianinie Fot. Marian Paluszkiewicz

Kolejna po Julii była Bożena (24), potem Aneta (23), Miłosz (21), Marek (19), Wiesław (17), Marta (16), Lila (14), Neli (12), Ania (11), Joanna (9) , Łukasz (7). No i najmłodszy — sześcioletni Samuel.
Boję się poplątać imiona, nawet zapisać jest trudno, dlatego też czasami przepytuję. Widząc to gospodarz żartuje: „A wie pani, nawet dziadkowie pierwszą piątkę przyjęli z takimi też obawami, że imiona poplączą, że nie zapamiętają. A teraz, kiedy mają szesnaścioro wnuków — każde jednakowo kochają, o każdym pamiętają”.

— Czy jest ciężko?
— Teraz to już nie — słyszę w odpowiedzi.
A potem snują się wspomnienia rodziców o tym, jak mieszkali najpierw w wynajmowanym pokoiku, następnie w mieszkaniu dwupokojowym. Dzieci były małe, jedno po drugim — stąd katarki, brzuszki, jak to u dzieci.
Ale, jak za chwilę usłyszę, nigdy nie pomyśleli, żeby którekolwiek pozbawić życia w łonie matki. Bo kiedy tylko rodzinę założyli, lekarze nie wróżyli im nic dobrego — przepowiadali, że dzieci mieć nie będą.
Więc jak pan Bóg zesłał pierwsze dziecko, potem drugie, trzecie i kolejne — nie można to było przyjąć inaczej jak dar niebios. Wtedy też postanowili — ile Bóg da, tyle będzie.

Znajomi, sąsiedzi, początkowo nawet rodzice trochę ze zdziwieniem na nich patrzyli i może po cichu szeptali, że czyżby zwariowali — tyle dzieci w jednej rodzinie.
„Zresztą my zbytnio nie dziwiliśmy się z takiego stanu rzeczy” — mówi gospodarz. I kontynuuje: „Czasy przecież nie te co dawniej, kiedy na Wileńszczyźnie były liczne rodziny. A dostatnio tu ludzie nie żyli. I wygód nie mieli. Ale dzisiaj ludzie są inni, do wygodniejszego, zasobniejszego życia przyzwyczajeni. Myślą raczej o sobie. A kiedy jest taka rodzina jak na przykład nasza, najpierw trzeba myśleć o każdym dziecku, w samym końcu o sobie”.

Każdy pracuje w miarę swych sił, nawet mężczyźni, jak trzeba, to i w kuchni Fot. Marian Paluszkiewicz
image-53423

Każdy pracuje w miarę swych sił, nawet mężczyźni, jak trzeba, to i w kuchni Fot. Marian Paluszkiewicz

Ale gdy na twarzy Czesława oraz jego żony rozgaszcza się uśmiech, doskonale wiem, jaką za to mają kompensatę. Jaką miłością są obdarzeni, ileż to rączek ich szyje oplata, tuli się do nich, siada na kolanach.
Najmłodszy Samuel, mimo że lat ma już sześć, jest ukochanym pupilkiem — na kolanach mamy się ulokował i uważnie słucha opowiadania taty, jak to ich dom rozbudowywał, jak go doskonalił. I jak z werandy szósty pokój zrobił.

A że tato z zawodu jest inżynierem, zainstalował bardzo oszczędne ogrzewanie, doskonale dom ocieplił.
„Inni za rok tyle opału zużywają, co ja za 3–4 lata, a proszę się przekonać, że mamy w domu ciepło” — mówi Czesław.
Rzeczywiście w domu ciepło, czyściutko i gościnnie. Bo oto za chwilę na stole, który nakryła dziewięcioletnia Joanna, pojawiają się faworki (czyli nasze wileńskie chrusty) zrobione przez małą gospodynię pod nadzorem mamy — specjalnie na nasz przyjazd. Tu każde dziecko wie, co ma robić. Nikt nie czeka, że mama talerzyk z jedzeniem do łóżeczka przyniesie.

Ale przytulić, popieścić Wiera zdąży każdego, bo jak mówi — teraz na co dzień tak ich niewielu zostało. Tylko jedenaścioro.
Pięcioro już swoje rodziny założyło. Andrzej w Wojdatach mieszka. Emilia w Narwie w Estonii, Daniel i Miłosz w Wilnie, Julia w Olicie (Alytus). Zlatują od czasu do czasu do domu rodzinnego. Ostatni raz spotkali się wszyscy na weselu Julii. Na przyjęciu było prawie 200 osób.
Czesław widząc moje zdumienie na twarzy wyjaśnia: „Byli tylko najbliżsi: nasze dzieci, ich rodziny, nasi rodzice, bracia, siostry, krewni. No i naszych siedmioro wnucząt. Oczywiście, że wynajęliśmy salę, bo sami nie dalibyśmy rady”.

W domu rodzinnym w Połukniu Fot. Marian Paluszkiewicz
image-53424

W domu rodzinnym w Połukniu Fot. Marian Paluszkiewicz

A radę dać umieją, bo muszą. Chociaż czasami naprawdę nie jest łatwo. Każde dziecko trzeba nakarmić, ubrać, do szkoły wyprawić. A te wrześniowe wyprawki trzeba rokrocznie dla sześciu, czy też czasami siedmiu dzieci przyszykować. Czasy natomiast bynajmniej nie są łatwe. Do przeszłości należą te lata, kiedy to medale dla matek wielodzietnych przypinano, w prezydiach honorowych zasiadały.
— Teraz teoretycznie się mówi, że dzieci na Litwie są potrzebne, ale praktycznie jest odwrotnie — mówi Czesław.
I jak za chwilę się dowiem, nie ma w tym ani krzty przesady. Nawet te skromne zasiłki jakże trudno zdobyć.

„Ostatnio żona miała wypadek samochodowy, na szczęście została żywa, ale samochód był do niczego. A my bez samochodu nie możemy przecież zostać, bo w rękach nawet zakupów na jeden dzień nie udźwigniesz. Stary samochód nie nadawał się do naprawy. Wykorzystaliśmy wszystkie swoje możliwości, starsze dzieci dorzuciły, krewni pomogli. Kupiliśmy tak zwany nowy, czyli używany samochód. I tu się zaczęło — że zasiłki nam się nie należą, bo samochody kupujemy. Takie to nasze prawo, taką mamy pomoc od państwa. Pomoc idzie tam, gdzie pijacy, nieroby, lenie — ze słusznym rozgoryczeniem mówi gospodarz.
Nie nawykli więc oczekiwać wsparcia ze strony. Gdy jednak ktoś wyciąga pomocną dłoń, nie odtrącają jej. A tę za życia oferował prezydent Litwy Algirdas Brazauskas, przeznaczając z własnego funduszu 2 000 litów. Na listę darczyńców wpisywała się też władza gminy połukniańskiej oraz rejonu trockiego. Mer tego ostatniego, gdy przyszło im na świat 15. dziecko, gratulacje wsparł kwotą 3 500 tys. litów, potrzebną na zakup nowego pieca do parowego ogrzewania domu.

Muszą i radzą sami. Mają trzy hektary ziemi. Jeden od rodziców Czesława otrzymali, dwa dzierżawili, a po latach dokupili. Mają więc ziemniaki, warzywa, cieplarnię, paszę dla krów. Trzymają wieprze, kury. Czesław więc musi wstać wcześnie, by żonie przed pracą pomóc. Dzieci oczywiście też pomagają, wszyscy. Młodsi — mamie w kuchni.
Czy ci zazdrośnicy, co to próbują czasami mówić, jak to tym Makutonowiczom dobrze się żyje, obliczyli, ile trzeba im na jeden dzień kartofli (wiadro), ile chleba (bochen) itd., by rodzinę nakarmić.
Dzięki pracowitości, zaradności gospodarza mają mięso kurze — kupują brojlery, kilka miesięcy tuczą, no i jest stale świeży rosół i świeże mięsko na codziennym stole. Po pokarm dla kur Czesław jedzie do Polski, bo tam taniej, no i tak się kręcą.
A jak tylko lato nadchodzi, mama wraz z całą gromadą wyrusza do lasu, który jest nie tylko ich żywicielem, ale i sporą podporą finansową. No bo za jagody, grzyby dzieci sobie na szkolne wyprawki zarabiają.

Czy nikt im nie pomaga? I tak, i nie. Jak nadmieniliśmy powyżej, kilka razy tak zwaną sporadyczną pomoc otrzymali. I za to dzięki. Mało nawet dobrych słów. Za byłej władzy Wiera, która to w bólach i mękach na świat tyle dzieci wydała — byłaby na świeczniku jako „mat’-gieroinia”. Dziś takiego miana na Litwie nie ma. Ostatnie zaszczyty dosięgły ją w roku 2004, kiedy to mocą dekretu czasowo pełniącego wówczas obowiązki prezydenta RL Artūrasa Paulauskasa jej pierś ozdobił medal „Za zasługi dla Litwy”. A w roku 2010 oboje rodzice otrzymali nagrodę II stopnia księcia Giedymina za „krzewienie wysokich wartości moralnych w rodzinie”.
Mieli też inne chwile wyjątkowe, które trudno zapomnieć. Kiedy o tym mówimy, Czesław przypomina, jak to połuknianie w konsulacie RP w Wilnie otrzymywali Kartę Polaka. Z osiedla przybyło 20 osób. Z nich dziesięcioro Makutonowiczów. Były konsul Stanisław Kargul po wręczeniu Karty podszedł do ojca–bohatera, by jeszcze raz mu dłoń uścisnąć i poprosił: „Czy mogę stanąć z wami do zdjęcia pamiątkowego? Bo to wyjątkowa chwila w mojej pracy jako konsula na Wileńszczyźnie. Tylu patriotów w jednej rodzinie”.
Gospodarz się uśmiecha na to wspomnienie , a po chwili mówi: „Wie pani, czasami nauczyciele martwią się, że szkół ubywa, że dzieci w nich brakuje. Więc ja zawsze żartuję, że dopóki w Połukniu są Makutonowiczowie, dla naszej miejscowości to nie grozi.
To tak na wesoło. A w samej rzeczy to łatwo na pewno nie było i nie jest. Najlepiej wie o tym Wiera. Cichutka, skromniutka, szczuplutka jak dziewczynka, bez żadnej absolutnie zmarszczki na twarzy. Bynajmniej nie od wypielęgnowania, ale od tych pocałunków dziecięcych, którymi w ciągu tych wszystkich lat została obdarzona.

Taka lekcja komputerowa pod okiem starszego brata — to coś wspaniałego Fot. Marian Paluszkiewicz
image-53425

Taka lekcja komputerowa pod okiem starszego brata — to coś wspaniałego Fot. Marian Paluszkiewicz

A ileż to słów serdecznych usłyszała, kiedy przed kilkoma dniami świętowała swoje 50–lecie. Od dzieci i Czesława, z którym w lipcu roku bieżącego 30–lecie wspólnego pożycia obchodzili. Wtedy mogli jeszcze raz się pocieszyć, że ich dzieci dobrą drogą idą, że dążą do wiedzy. I że zrobiona po polsku matura wcale nie jest w tym przeszkodą. Zdecydowana większość dzieci, które już mają świadectwa dojrzałości, bynajmniej na tym nie poprzestała: Emilia ma dyplom Kolegium Medycznego, Daniel ukończył Uniwersytet im. Witolda Wielkiego w Kownie, Julia najpierw ukończyła kolegium, a w roku ubiegłym zdobyła wyższe wykształcenie medyczne na Uniwersytecie Wileńskim, Bożena jest na studiach magisterskich z filologii germańskiej, Aneta ukończyła studia na Wileńskiej Filii Uniwersytetu Białostockiego i obecnie robi magisterkę w Łodzi. Miłosz swoje obowiązki świeżo upieczonego tatusia łączy z nauką w Kolegium Wileńskim, gdzie studiuje też jego brat Marek. Teraz kolej na abiturienta Wiesława, potem — na następne, młodsze wiekiem latorośle.
Na odchodnym pytam żartobliwie: „Czego życzyć państwu na rok przyszły? Może dziecka?”.
Pan Czesław żartobliwie też odpowiada: „Ano, w naszej rodzinie jest w drodze dziecko. Ale to już wnuk, jak na razie tylko ósmy…”.

13 odpowiedzi to Miłością mnożoną na… szesnaście obdarzeni!

  1. B. mówi:

    “Pod choinkę” składam tej wielkiej, wspaniałej rodzinie życzenia zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności.

  2. Kmicic mówi:

    Serce rośnie.
    dla całej rodziny Radosnych Świąt Bożego Narodzenia, wielu prezentów pod choinkę i wiele wnucząt .
    Powinniście być Państwo przykładem dla rodzin w Macierzy.

  3. schlange mówi:

    ,,czyńcie sobie ziemię poddaną”
    To słowa z Pisma Świętego.
    Ta piękna, liczna rodzina, uczyniła swoim życiem, to o czym mówił Ś.P.Prymas Polski Stefan Wyszyński, że ,,życie człowieka, jest Piątą Ewangelią”.
    Uczyniliście tę ziemię żywą, urodzajną i dającą obfity plon.
    Szczęść Wam Boże, niech Wam się darzy, tak w domu, jak i w zagrodzie!

  4. Piast 1000 mówi:

    Genialne. Im więcej Polaków tym lepiej!

  5. Tadeusz mówi:

    Piękny przykład wielodzietnej rodziny, w której dzięki pracowitości i miłości dobrze się wiedzie. Przykład budujący, szkoda że obecnie tak mocno lansuje się inne modele życia – single, bez zobowiązań, bez dzieci albo mało dzieci (bo kłopot, bo przeszkadzają w karierze, bo wychowanie kosztuje…).
    A przecież jak widać można inaczej.

  6. Adam81w mówi:

    Gratulacje dla rodaków i dzięki za artykuł dla red. Gładkowskiej.

  7. Zagłoba mówi:

    Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! Zdrowia, miłości, pokoju, uśmiechu.

  8. Zbyś mówi:

    Zdrowych.Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia w gronie calej Rodziny dla Państwa.Jesteście wspaniali

  9. Marek i Jacek, Białystok mówi:

    Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzymy Panstwu Makutonowicz dużo zdrowia, usmiechu na codzień, radości i wszelkiej pomyslności w nadchodzącym Nowym 2013 Roku! Pozdrowienia od rodaków z Białegostoku.

  10. ted mówi:

    Wielce budujący artykuł,taka rodzina to jest coś!
    Dzielnym Państwu Makutonowiczom życzę Wesołych Swiat i wszelkich łask Bożych.

  11. Polak ze Śląska mówi:

    Ktoś przynajmniej celebruje tradycję.

    Bo moim zdaniem w Polsce Wigilia wychodzi po prostu z mody.

    Byłem w Wigilie w markecie-konkretnie w Realu.

    Wszystkie restauracje w nim obłożone.

    Ludzie żarli pierogi,schabowe ,a przecież za jakieś trzy, góra cztery godziny mieli miec kolacje Wigilijną.Ciekawe na co im w żołądkach miejsca starczyło-na łyżke barszczu??

    Tak żarli,że uznałem,że Wigilii nie robią,bo żeby zjeść normalna kolację musieliby zwymiotować to co zjedli w markecie.

    Zauwazyłem,że obchodzenie Wigilii podzieliło sie na trzy etapy.

    Pierwszy-kiedyś gdy kolacje robiło się samemu

    Drugi-gdy kolację robiło sie z kupionych gotowych produktów.

    I trzeci-obecny w Polsce teraz-kiedy kolacji nie robi się ani samemu,ani z kupionych produktów tylko się idzie z żoną i dziecmi do mamy i taty na gotowe i je u nich(oczywiście nie pomagając w przygotowaniach-niech się starzy męczą).

    Znam mnóstwo takich przykładów moich znajomych,którzy OD PRZYNAJMNIEJ 10 LAT ani razu nie zrobili Wigilii samodzielnie w domu.
    Zawsze do rodziców na wyżerkę.

    Doszedłem nawet do wniosku,że kiedyś ,gdy ci rodzice odejdą,to rodzina na Wigilie pójdzie do Mc Donalds’a.

    Małżeństwo 10 lat po ślubie i muszą u mamy jeść bo żona zajęta kariera zapomniała jak sie uszka robi(a po co ma pamiętać,w markecie kupi!).

    Juz nawet zrozumiałbym te kupowanie,bo faktycznie trzeba roboty na to poświęcić sporo,ale żeby czekać aż mamusia zrobi i nawet nie pomóc??

    Tak-Polska staje się państwem prawdziwie europejskim.

    Bo w Europie,jak mi znajoma mówiła olewa się te tradycję,żadnej tam kolacji,żadnej tam wspólnoty z rodziną.

    Tylko w Polsce i na Wschodzie to jeszcze zyje,ale uwierzcie mi.

    ZA DWA POKOLENIA(albo krócej) w Wigilię cała rodzina będzie co najwyżej grała na X Boxie.

  12. Polak ze Śląska mówi:

    Bo na pewno nie zasiadała do wspólnej uroczystej kolacji,bo jej po prostu nie będzie miał kto zrobić.
    Uszka sie kupi,barszcz z Knorra w słoiku,ale juz taki kompot z suszonych śliwek to już trzeba zrobić samemu.

  13. marek mówi:

    Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia, dla Redakcji i Czytelników KW.

Leave a Reply

Your email address will not be published.