8
Wigilia poprzez „Skype”

„Skype” emigrantom daje możliwość spotkać się z rodziną na święta przynajmniej wirtualnie Fot. Marian Paluszkiewicz
image-53434

„Skype” emigrantom daje możliwość spotkać się z rodziną na święta przynajmniej wirtualnie Fot. Marian Paluszkiewicz

„W dzieciństwie rodzice uczyli pielęgnować tradycje pradziadków, bo to jest ważna część naszej tożsamości. Teraz gdy mieszkam daleko od domu, próbuję tradycje zaszczepione przez rodziców pogodzić z nowymi, które w moje życie wniósł mąż” ― opowiada 27-letnia Ewelina, od 6 lat mieszkająca w Wielkiej Brytanii.

Święto Bożego Narodzenia przede wszystkim kojarzy się z przytulnym spędzaniem czasu w gronie rodzinnym. Jednak właśnie podczas rocznych świąt człowiek może czuć się najbardziej samotny, szczególnie jeżeli jest daleko od domu i bliskich. Ludzie radzą sobie z tym różnie. Jedni, na przykład, próbują stworzyć domową atmosferę, przestrzegając tradycji, które im od lat wdrażali rodzice. Drudzy w święta podtrzymują ścisłą więź z bliskimi za pomocą internetu ― „Skype” emigrantom daje możliwość spotkać się z rodziną przynajmniej wirtualnie. W taki sposób w rodzinach, rozdzielonych tysiącami kilometrów, powstają nowe tradycje.

Boże Narodzenie jest ulubionym świętem 23-letniej Edyty Kadzevičiūtė. Jednak już od dwóch lat zimowe święta dziewczyna spędza nie z rodzicami w podwileńskich Pogirach, a w holenderskim miasteczku Monster znajdującym się w pobliżu Amsterdamu. Tam bowiem znalazła pracę, nowych przyjaciół i miłość.
― Po trzecim roku studiów pojechałam do Holandii na lato z powodu banalnych przyczyn ― aby zarobić. Jednak szybko zakochałam się w tym kraju i zrozumiałam, że chcę tam zamieszkać. Po ukończeniu studiów znowu wyjechałam i dzisiaj już nazywam Monster swoim domem ― opowiada nam Edyta.

Zaraz przyznaje, że w ubiegłym roku miała ogromną tremę przed świętami ― nie udało się kupić biletu do Wilna, więc po raz pierwszy była zmuszona spędzić Boże Narodzenie daleko od domu.
― Jednak, dzięki temu, że mam wspaniałych przyjaciół, czas spędziłam o wiele lepiej niż się spodziewałam. Mieszkam i pracuję wraz z kilkoma dziewczynami z Polski, które także tęsknią do swoich rodzin. Postanowiłyśmy same zorganizować tradycyjne święta, jak w domu ― tłumaczy Edyta. ― Na Wigilię przygotowałyśmy 12 dań, zapaliłyśmy świece w domu, nawet znalazłyśmy trochę siana pod obrus! W tym roku planujemy podobny wieczór, ale będzie on jeszcze bardziej przytulny, bo mama mi przysłała opłatki. Wprowadziłyśmy też nową, własną tradycję ― skoro kościół mamy zbyt daleko, po kolacji idziemy nad morze z dużym termosem pełnym gorącego wina…

Boże Narodzenie natomiast Edyta zamierza spędzić wraz z rodziną swego narzeczonego Ramona, z którym przyjaźni się ponad rok.
― Holandczycy zasiadają do świątecznego stołu 25 grudnia. Chociaż to już nie Wigilia, podzielę się z nimi naszą tradycją łamania się opłatkiem. Przywiozę też ze sobą kilka naszych litewskich dań, bo nadal nie mogę przyzwyczaić się do ich tradycyjnych kotletów, krokietów i innych „-etów” z dziwnym smakiem. Ja pozostaję wierna „białej sałatce” ― śmieje się Edyta.
Ciekawe to, że w okresie świąt bożonarodzeniowych w Holandii najwięcej uwagi zwraca się nie na samo Boże Narodzenie, a na przygotowanie się do niego.

„W tym roku Wigilia będzie bardziej przytulna, bo mama przysłała opłatki” ― cieszy się Edyta Fot. Marian Paluszkiewicz
image-53435

„W tym roku Wigilia będzie bardziej przytulna, bo mama przysłała opłatki” ― cieszy się Edyta Fot. Marian Paluszkiewicz

― Tutaj świętuje się już od 5 grudnia, czyli tzw. dnia Sinter Klaas ― to holenderski Święty Mikołaj. Ciekawe to, że na przykład w Polsce i Belgii i wielu innych krajach Europy obchodzone są urodziny Mikołaja, które przypadają 6 grudnia. Zaś w Holandii świętuje się wigilia jego urodzin. Wtedy właśnie ulice są świątecznie upiększane, w domach są stawione choinki, a mieszkańcy po raz pierwszy dzielą się prezentami. Po raz drugi robią to wieczorem, 25 grudnia ― mówi Edyta.

Także od pierwszej niedzieli adwentowej aż do świąt w holenderskich miastach jest praktykowany pewien dosyć specyficzny zwyczaj. Polega on na wydmuchiwaniu przez róg nad studnią pełnych grozy dźwięków, które mają oznajmiać, że szybko już nadejdzie Chrystus.
― W ciągu całego adwentowego okresu jest wesoło, nie ma atmosfery skupienia, w piątki nikt nie pości. Wszyscy mieszkańcy, szczególnie dzieci, uwielbiają przedświąteczny okres, bo wtedy w sprzedaży pojawiają się specjalne przepyszne czekoladki i ciastka, których w innym czasie już nie można nabyć ― opowiada Edyta. ― Jednym słowem, świąteczna atmosfera jest tutaj odczuwalna przez długi czas, ale nie jest tak komercyjna, jak na Litwie, bo panuje nie tylko w centrach handlowych, ale też w domach.

Z kolei 24-letnia Helena Michniewicz i jej brat Andrzej już po raz siódmy mają spędzać wieczór wigilijny przy „Skype”. Bożonarodzeniowe prezenty od rodziców otrzymają dopiero po Nowym Roku. Podarunki przywiezie ich mama Regina, która zwykle w grudniu bierze urlop na dwa tygodnie i jedzie do Wielkiej Brytanii, aby zimowe święta spędzić wraz z mężem w Brystolu, gdzie on pracuje.
― Całą rodziną na Wigilię zbieraliśmy się przy jednym stole już bardzo dawno. To trochę smutne, ale już przyzwyczailiśmy się do nowego sposobu świętowania. 24 grudnia wraz z babcią jemy kolację, następnie jedziemy na pasterkę. Po powrocie włączamy komputer i pozostały wieczór spędzamy przy „Skype”, rozmawiając z rodzicami ― opowiada nam Helena.
Dodaje, że całej rodzinie, nie zważając na ogromną odległość, udaje się połamać opłatkiem:
― Mama wiezie opłatki dla ojca. Łamiemy się nimi przy komputerze, my ― tutaj, a oni ― tam.

Co prawda, Helena przyznaje, że dla babci takie łamanie się opłatkiem i składanie życzeń w sposób wirtualny bywa dosyć trudne. W oczach starszej pani zwykle pojawiają się łzy tęsknoty i żalu, że już od lat nie może objąć na święta swojej córki, przebywającej z mężem.
― W takim przypadku tatuś zaczyna żartować i do wszystkich wraca dobry nastrój. Andrzej świetnie gra na gitarze, więc zawsze śpiewamy kolędy z żywą muzyką ― twierdzi Helena, uśmiechając się nostalgicznie.
Mówi, że czasami ojciec zdąża przysłać dzieciom jakieś świąteczne upominki pocztą.
― Rozpakowujemy je tylko w Wigilię, także przy „Skype”, aby rodzice „online” widzieli naszą reakcję. Rodzice także oglądają swoje prezenty tylko przy nas. W ubiegłym roku wraz z bratem podarowaliśmy tacie gruby album fotograficzny, do którego włożyliśmy zdjęcia najważniejszych dla naszej rodziny chwil. Był wzruszony… ― wspomina Helena.
Twierdzi, że jej ojciec nie przejął żadnych angielskich świątecznych tradycji. Spędzając czas z rodziną, chociażby tylko wirtualnie, mężczyzna czuje się jak w domu.

Tymczasem nasza kolejna rozmówczyni, chociaż pamięta i szanuje rodzinne wileńskie zwyczaje, wprowadza do swego życia także nowe.
― W dzieciństwie rodzice uczyli pielęgnować tradycje pradziadków, bo to jest ważna część naszej tożsamości. Teraz gdy mieszkam daleko od domu, próbuję tradycje wszczepione przez rodziców pogodzić z nowymi, które w moje życie wniósł mąż ― opowiada 27-letnia Ewelina Pears, od 6 lat mieszkająca w Wielkiej Brytanii.
Przed trzema laty Ewelina pobrała się z 32-letnim Davidem i od tej pory spędza zimowe święta z rodziną męża.
― Kiedyś nie doceniałam należycie tych niezwykłych wieczorów w rodzinnym gronie. Nie uświadamiałam sobie wtedy, że wszystko się kończy i niepowtarzalne chwile nie wrócą. Dzisiaj, zapoznając męża i jego rodziców z naszymi obyczajami, tęsknię nawet do tych momentów, gdy z mamą kłóciłyśmy się, gdy śpieszyłyśmy, przy szykowaniu wigilijnego stołu ― z nutką nostalgii opowiada Ewelina. ― W ciągu całego dnia sprzątałam, mama coś gotowała, opowiadała o świętach swego dzieciństwa, razem piłyśmy kawę…, a w pewnej chwili zauważałyśmy, że już mało zostało czasu i zbyt wiele zostało do zrobienia. Wtedy zabierałyśmy się pośpiesznie do pracy i bił się jakiś talerz, nasze dwa koty plątały się pod nogami, a tatuś robił nam zdjęcia i śmiał się, widząc dwie panikujące gospodynie.

Dodaje zaraz, że nigdy nie myślała, że będzie tęskniła do takich rzeczy, o których wcześniej zupełnie nie zastanawiała się.
― Wycieranie kurzu ze starych sowieckich zabawek przed zawieszeniem na choinkę, mieszanina zapachów w kuchni, świeżo ugotowany kisiel, smak śledzia (którego tak naprawdę nie znoszę, jednak tęsknię!), białe opłatki na talerzyku, z których jeden zawsze kradłam, aby zjeść jeszcze przed Wigilią. Bywało zabawnie, gdy brat przynosił koszyczek z sianem i, sądząc, że nie widzę, najdłuższe łodygi kładł w tym miejscu stołu, przy którym sam siadał. Później, gdy tradycyjnie ciągnęliśmy siano spod obrusa, Jakub wyciągał najdłuższą łodygę i niezmiernie się z tego cieszył. Dotychczas nie podejrzewa, że wiem, o tej jego chytrości ― uśmiecha się Ewelina.

Zaznacza, że w Anglii Święta Bożego Narodzenia są bardzo wesołe i lubiane, jednak brakuje w nich tej intymnej, tajemniczej i nieco magicznej atmosfery, jak na Wileńszczyźnie.
― „Cicha noc” brzmi tutaj jakoś inaczej, bez uczucia, że „zaraz stanie się coś niezwykłego i będzie cud”. Prawdopodobnie jest tak dlatego, że Anglicy nie obchodzą Wigilii. Po prostu nie rozumieją, po co ona jest potrzebna. Gdy próbuję wytłumaczyć, mówią mi: „przecież jeżeli masz urodziny 25 dnia, to obchodzisz je właśnie w ten dzień, a nie wieczór wcześniej” ― opowiada Ewelina.
Rozmówczyni jednak podkreśla, że mąż rozumie jej potrzeby, toteż para zasiada do świątecznego stołu dwa razy.
― 24 grudnia jemy kolację razem, nie spożywamy mięsa w ten wieczór. Co prawda, 12 dań na stole nie bywa i zamiast opłatka dzielimy się chlebem. Później włączamy „Skype” i telefonujemy do moich rodziców ― mówi Ewelina. ― Następnego dnia jedziemy do rodziców Davida. Tam jemy świąteczny obiad, dzielimy się prezentami, bawimy się.

Wieczorem cała rodzina razem idzie na centralny plac w Londynie ― Trafalgar Square, gdzie stoi ogromna choinka.
― Tam jest miejsce spotkania z pozostałymi krewnymi, po czym wszyscy wracamy do domu teściów na wspólną kolację. Dzielimy się prezentami z nowymi gośćmi. To bywa zabawne, bo Anglicy zwykle je kupują w ostatniej chwili, przed samymi świętami. Prezenty więc zwykle bywają banalne. Na przykład w ubiegłym roku David otrzymał aż trzy krawaty, dwa były zupełnie jednakowe ― śmieje się Ewelina.

Podstawowy świąteczny posiłek u Anglików to duży pieczony indyk, nadziewany kasztanami. Także święta w Wielkiej Brytanii nie są wyobrażane bez specjalnego deseru ― bożonarodzeniowego puddingu. Tradycyjnie do niego jest wrzucana srebrna moneta, a osoba, która ją znajdzie w swojej porcji, w nadchodzącym roku będzie obdarzona bogactwem i powodzeniem.
― Nigdy jeszcze nie znalazłam tego pieniążka, ale i tak jestem szczęśliwa. Największym bogactwem i powodzeniem jest to, że już wkrótce będzie nas troje! 3 stycznia ma nam się urodzić córeczka. Kto wie, może zrobi nam prezent na Nowy Rok i zechce przyjść na świat wcześniej… ― cieszy się Ewelina, gładząc piękny okrągły brzuszek.

8 odpowiedzi to Wigilia poprzez „Skype”

  1. schlange mówi:

    Co kraj to obyczaj. Autor artykułu, przedstawił nam czytelnikom, kilka historii – wydarzeń, emigrantów z Kresów żyjących obecnie za granicą na zachodzie Europy.
    Jest w tym artykule miejsce na wspomnienia, jest nostalgia, są łzy wzruszenia i tęsknoty, a na zakończenie optymizm, że na zachodzie mimo wszystko można szczęśliwie ułożyć sobie życie, dostosowując rodzime tradycje świąteczne, do tych na zachodzie. Jeszcze dodatkowo ten optymizm ubogacony jest macierzyństwem – tak, tak, macierzyństwem już przeżywanym, mimo tego, że dziecko jest jeszcze w środku, w brzuszku … 🙂

  2. Edward Bernatowicz mówi:

    Wesołych Świąt
    OPOWIEŚĆ WIGILIJNA
    Santa Maria de Victoria
    Ich Mała Ojczyzna tu była od wieków.
    Otoczona: zielonymi meandrami Wilii,
    malowniczymi jeziorami w Żoślach i Zelwi,
    łagodnymi pagórkami pachnącymi uprawami,
    rojstami zarośniętymi żywicznymi sosnami,
    świerkami i odurzającą czeremchą,
    ruczajem z krystaliczną kryniczną wodą mającą cudowną moc leczniczą,
    gdy się ją czerpało pod słońce
    I te długowieczne litewskie lipy rosnące przy każdym dworku,
    folwarku i zagrodzie z daleka wyglądające jak smukłe Litwinki z spadającymi do pasa włosami farbowanymi w czasie kwitnienia na złoto.
    Barcie, całej przydomowej pasieki zapełniają się jednorazowo miodem z takiej lipy a herbata z lipowych kwiatów jest częstym zimowym napojem.

    Centralnym miejscem były Kozakiszki.(Kazokiškės) Właściwie nie miejscowość była najważniejsza, lecz siedemnastowieczny kościół na dominującym wzgórzu.
    Bóg wiedział, że lud tej ziemi będzie się modlił wieloma językami, i by nie wyróżniać żadnego z nich, polecił msze odprawiać po łacinie i przysłał, w XVII wieku, z dalekiego Neapolu, kopię obrazu Santa Maria deVictoria (Matka Boska Zwycięska), piękną jak Ostrobramska i trzymająca dzieciątko jak Częstochowska.

    Dla rodziny Trokiewicza, z posiadłości w pobliskich, Oleniszkach jak dla prawie wszystkich rodzin zamieszkałych od wieków na tych terenach, było istotne przekonanie, że ich przodkowie już przed XVII wiekiem mieli korzenie polskie, nie litewskie, żmudzkie, ruskie, czy białoruskie. Dla nich istotny był rygor moralno – kulturowy, przeniesiony wraz z kulturą śródziemnomorską, na tą ziemie, przez język i kulturę polską.

    Byli Polakami.
    Być Polakiem to nobilitowało i zobowiązywało. Pruskie i ruskie demony historii nie mogły ścierpieć wielowiekowej zgodnej Wileńszczyzny, zaczęły sączyć jad nienawiści w dusze, dotąd bogobojnego ludu, poprzez nacjonalizm litewski, antysemityzm niemiecki a w końcu komunizm sowiecki. Tożsamościowo czuli się Polakami mieszkającymi na Litwie, marzącymi, że i tu będzie Polska. Wolnej Polski nie pamiętali. Najpierw przez ponad sto lat próbowano ich rodziny rusyfikować a później nastąpiła lituanizacja i sowietyzacja

    – Jóżiuk masz kartę ewakuacyjną i jedz do Trok po przydział do transportu na wjazd do Polski – polecił Wincenty starszemu bratu.
    – Wincek jutro jest Wigilia, muszę jechać dziś? To czterdzieści kilometrów.
    – Właśnie, dlatego. Ten litewski komisarz może przy tej okazji wyrazi zgodę na nasz wyjazd.

    Wincenty Trokiewicz był tym z trzech braci, który miał największy posłuch w rodzinie. Jeszcze w czterdziestym piątym roku zgłosił i załatwił braciom i matce, nawet jednemu z byłych parobków, tak zwaną repatriację na „Ziemie Odzyskane” Właściwie te Święta powinni spędzić w swojej nieznanej jeszcze, nowej Małej Ojczyźnie. Lecz władze, nowej sowieckiej litewskiej republiki zaczęły utrudniać wyjazd Polakom na nowe polskie ziemie. Jesienią już nie uprawiał ziemi i nie dokonał ozimych zasiewów w folwarku pozostał tylko inwentarz, który można było wywieść do Polski. Był przekonany, że przed zimą wyjadą. Niestety nie otrzymali przydziału w transportach.

    – Pojedziesz dzisiaj, przenocujesz u szwagra Stasiuka a jutro skoro świt do biura komisarza załatw sprawę i wracaj – instruował Wincenty zaprzęgając z byłym parobkiem konie do sań.
    Parobek Wićka, pomimo, że sowieci dawali mu „państwo robotniczo-chłopskie” i wizję „komunistycznej szczęśliwości” wolał z Trokiewiczami jechać do Polski. Nie miał potrzebnych dokumentów, lecz miał nadzieję, że gospodarz coś wymyśli. Przez te ziemie często przetaczały się fronty i zmieniały się władze tylko za życia

    Wincentego była władza: carska, pruska, hitlerowska, sowiecka i litewska. Lecz tylko jednej władzy byli bezgranicznie oddani i jej zawsze z ufnością powierzali swój los. Była to Santa Maria de Victoria w kościele w Kozakiszkach.

    Zgodnie z jej nakazami i rodziną tradycją trwały przygotowania do Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. Wojenna zawierucha i obecna władza sowiecka spowodowały, że mogli liczy tylko na to, co ich gospodarstwo posiadało.

    W piwniczce moczyły się w jednym garnku solone grzyby z własnego lasu, obok w drugim, śruta z najlepszego owsa, zalana gorącą wodą na owsiany kisiel większość nie lubiła tego specjału, ale tradycja nakazywała, by był na stole wigilijnym. Wymoczone solone gąski i opieńki podsmażone z cebulą to jedna potrawa. Prawdziwki są przeznaczone na kapustę z grzybami i na grzybówki.
    W trzecim garnku moczyły się solone śledzie na rolmopsy i smażenie w drożdżowym cieście. Grzybówki i makówki dwa przysmaki kuchni Wileńszczyzny, które ze zewnętrznego podobieństwa były często mylone, gdy gospodyni niefortunnie wsypała do jednej miski.

    Te „pierogi” przygotowywano z rozwałkowanego ciasta drożdżowego: grzybówki – suszone grzyby gotowano by zmiękły następnie zmielone przyprawiano pieprzem, solą i podsmażano z cebulą, takim farszem nadziewano ciasto; makówki – zmielony mak doprawiano własnym miodem i cukrem, takim farszem nadziewano ciasto. Grzybówki i makówki smażono zanurzone w oleju z siemienia lnianego tłoczonego w olejarni w Kozakiszkach.

    Oczywiście na stole wigilijnym nie może zabraknąć śliżyków. Cała misa tych chrupkich drożdżowych kostek o złocisto-brązowiej barwie stoi na kuchennym stole, zmielony mak posłodzony miodem i cukrem, rozcieńczony kryniczną wodą, jest drugim składnikiem śliżykowego przysmaku.
    Przed podaniem wsypuje się śliżyki do makowo-miodowego mleczka tak by twarda skórka zmiękła pozostawiając chrupkość środka. Tego dnia wszystkie potrawy muszą być smażone i doprawiane, olejem. W potrawach wigilijnych nie może być ani odrobiny smalcu, masła, śmietany lub innego tłuszczu zwierzęcego a nawet mleka. Kuchnię i cały dom opanował niepowtarzalny aromat Świąt Bożego Narodzenia. Ścisły post i apetyczne zapach, szczególnie u dzieci, proteguje niecierpliwe oczekiwanie pierwszej gwiazdy na niebie.

    Ludzie Wileńszczyzny nigdy nie tracili nadziei.

    Józef Wrócił z Trok, gdy stół wigilijny był przygotowany, w największym pokoju,.
    – Nic nie załatwiłeś? – Zapytał Wincenty widząc smutną minę brata.
    – Nie załatwiłem. Litewski urzędnik Pranculis uwziął się na Polaków. Przez otwarte drzwi usłyszałem jego rozmowę z polskim pracownikiem biura w sprawie rodziny Tyszkiewiczów.
    – Dlaczego nie zgadza się pan na wyjazd pana Tyszkiewicza do Polski? Przecież ten człowiek otrzymał kartę ewakuacyjną, na której Przedstawiciel Rejonowy Litewski swoim podpisem i pieczęcią stwierdził, że uznaje go za Polaka, któremu przysługuje prawo wyjazdu do Polski.
    – Zapytał polski urzędnik. Zamiast odpowiedzi Pranculis poprosił o pokazanie karty ewakuacyjnej pana Tyszkiewicza, a gdy ją otrzymał, przekreślił czerwonym ołówkiem pieczątkę i podpis litewskiego przedstawiciela, po czym wręczył mi ją ze słowami
    – Teraz już nie ma podpisu i pieczątki stwierdzającej, że ten pan Tyszkiewicz jest Polakiem i ma prawo wyjazdu do Polski”.

    – Gdy to usłyszałem nie wchodziłem do biura by i naszej karty ewakuacyjnej nie zniszczył – zakończył Józef
    – Teraz cała nasza nadzieja w Matce Boskiej Zwycięskiej Kozakiskiej, przed Pasterką musimy do niej zwrócić się o pomoc – powiedział Wincenty, gdy rodzina zajęła miejsca przy stole Wigilijnym.
    Jak nakazywała odwieczna tradycja Polaków na tej ziemi tą wieczerzę zaczynała zawsze gospodyni modlitwą której słowa prawie nie zmieniły się od wieków.

    MARYJA CNA DZIEWICA,
    PORODZIŁA KRÓLEWICA,
    PORODZIŁA GO W BOLEŚCI.
    ZBAW NAS W SMUTKU I RADOŚCI.
    Wszyscy opowiadali: Zdrowaś Mario…

    Po trzykrotnym powtórzeniu gospodarz rozpoczynał łamanie się opłatkiem i składanie życzeń w tym roku najważniejsze były te by opuścić tą ziemię, ukochaną a zarazem przeklętą, bo gdy zostaną to czeka ich Syberia.
    Słowa kolęd śpiewanych przy stole, zapach choinki i żywicznego smolnego drzewa palonego w piecu, pomimo smutnych wiadomości przywiezionych przez Józefa z Trok, dawał nadzieję. Ludzie Wileńszczyzny nigdy nie tracili nadziei.
    Po wieczerzy stołu nie sprzątano by nocą, gdy wszyscy zasną, duchy przodków pogrzebanych na wzgórzu przy kościele mogły zajrzeć, przypomnieć i sprawdzić smak tradycyjnych potraw. Przed rozpoczęciem Polskiej Pasterki (pierwsza była litewska, choć Litwinów było niewielu), zebrani w kościele z rodzin:

    Gumbisów, Raczalów, Bernatowiczów, Czupajłów, Prokopwiczów, Bortkiewiczów, Amulów, Klementowiczów, Buimiłów, Kozakiewiczów, Pietkiewiczów, Dajnowskich i inni, przerwali ciche modlitwy i obrócili głowy w kierunku wejścia skąd do ołtarza posuwał się powoli na kolanach modlitewny pochód.

    Było rzeczą normalną i oczywistą, że prośby, podziękowania i oddawanie się pod opiekę Santa Maria de Victoria, wierni przekazywali w takiej formie a w letnie i wiosenne dnie na kolanach wokół kościoła.
    Lecz ten pochód robił szczególne wrażenie. Na czele Wincenty z brzemienną żoną Jadwigą i matką Urszulą za nimi dwaj bracia Bolesław i Józef na końcu, trzyletnia Tereska jedyna nie na kolanach, wraz z pięciu i dziesięcioletnimi braćmi i dwoma byłymi parobkami. Cała rodzina Trokiewicza oddawała się pod opiekę cudownego obrazu.
    – Mamo Jezusek na obrazie uśmiechnął się do mnie – zawołała Tereska, gdy dotarli do ołtarza oświetlonego migocącymi świecami.
    – Cicho nie można rozmawiać w kościele – zganiła matka.
    – Panie Wincenty, o co tak usilnie prosisz Boga? – zapytał ksiądz. Wincenty wyjaśnił, nie wszystkim księżom litewskim ufał odkąd w Żoślach, przed wojną, usłyszał z ambony po litewsku od grubego księdza.
    „Jedna Zdrowaś Maria po litewsku więcej znaczy dla Boga niż dziesięć po polsku”

    Temu księdzu ufał. Kapłan ten z taką samą żarliwością pośredniczył między wiernymi a Santa Maria de Victoria po łacinie, polsku i litewsku.
    – Chodź do zakrystii – gdy weszli napisał coś na kartce włożył do koperty i zakleił. – Jedz do Jewia i daj ten list żonie litewskiego urzędnika na kopercie masz nazwisko i adres. Oni teraz są komunistami, lecz ona była ochrzczona w tym kościele przed tym obrazem. Weź pól kabana i bańkę swego bimbru na gościniec dla urzędnika.

    Początek kwietnia 1946 rok. Transport zatrzymał się na granicy.
    – Otwierać! Sołdaci wchodzą do wagonu, w którym znajduje się cała rodzina Trokiewicza i kilka innych rodzin wagon załadowany niezbędnym sprzętem i pachnącym sianem dla zwierząt. Po środku na jednej z beczek stoją dwie butelki z charakterystycznym płynem cztery szklanki częściowo napełnione samogonem, pół wędzonego kumpiaka i pachnący razowy chleb, na prowizorycznych stołkach siedzą dokoła trzej bracia i dawny parobek Kaziuk udając, że raczą się trunkiem.

    Samogon pędzony przez Wincentego miał dobrą renomę wśród rodziny i znajomych. Tajemnicą jego jakości była krystaliczna woda z krynicy obok dworku i mąka z specjalnie, sianego do tego celu żyta.
    Oczywiście to nie wystarczyło była jeszcze receptura przekazywana przez pokolenia z ojca na syna. Trunek ten wraz z wędzonym, drewnem olchowym i jałowcem, kumpiakiem i kindziukiem, robionym pod nadzorem gospodyni Jadwigi, był skutecznym gościńcem przy załatwianiu interesów z przekupnymi urzędnikami. Bańka samogonu i duży kumpiak kabana pokonały ostatnią przeszkodę w uzyskaniu miejsca w transporcie. Przeszkodą tą był brak dokumentów repatriacyjnych dla urodzonego w noc sylwestrową Sylwuka.
    – No pany Polaczki nie cieszcie się, że jedziecie do Polski my tam też przyjdziemy. Dokumenty!
    – Oficer sprawdził dokumenty sołdaci w tym czasie bagnetami sprawdzili siano. – Towarzysze, wypijecie z nami? – Zapytał Wincenty, gdy sołdaci zaczęli bacznie przyglądać się beczce. Szybko nalał po pełnej szklance, każdemu z sołdatów i ukroił po grubym plastrze wędzonego kumpiaka.
    – Co za paskudztwo ta wasza popitka? – zapytał oficer przed wypiciem.
    – Towarzyszu to najlepszy samogon na Litwie! Patrzcie! – Wincenty nalał kilka kropli na palce sołdata.
    – Potrzyjcie palcami i powąchajcie. Wysokoprocentowy alkohol szybko wyparował z końców palców pozostawiając aromatyczny zapach litewskiego czarnego chleba.

    Żebyś próbował wszystkie chleby świata nie dorównają one smakowi i zapachowi żytniego razowego chleba litewskiego. W każdym domu w kolidorze lub komorze stała dzieża z tajemnym zaczynem pozostawionym z ostatniego pieczenia. Gospodynie same lub pod ich nadzorem służące lub córki (był to stały element wykształcenia córek) miesiły i ugniatały chlebowe ciasto, gdy pozostawione w ciepłym miejscu urosło wypełniając całą drewnianą dzieżę, gospodyni zamkniętą dłonią robiła w środku dziurę aż do dna, przez którą uderzał niepowtarzalny zapach duszy litewskiego chleba. Uformowane i ułożone na suchych dębowych liściach chlebowe bochny wędrowały do przepastnego pieca napalonego drewnem.
    – Towarzyszu to na pamiątkę. A jak przyjdziecie do Polski to też Was powitamy samogonem. – Powiedział Wincenty z fałszywym uśmiechem by się pozbyć znienawidzonych gości, wręczając butelkę zatkaną korkiem z gazety
    Sprawdzanie zakończone. Transport ruszył dalej.
    To już Polska.
    – Wićka wychodź jesteśmy już w Polsce. – Powiedział Wincenty zabierając szklanki i butelki stojące na beczce. Z beczki wygramolił się ukryty tam parobek Witek.
    – No od dziś nie jesteś już parobek Wićka Musnskas, ale Pan Wiktor Muszyński, mieszkaniec polskiej Warmii.

    Wkrótce nieznane miasto Bartoszyce.

    Okaże się czy straszne słowa
    „Wincenty! Gdzie Ty wieziesz małe dzieci i rodzinę na zatracenie!” – wypowiedziane przy pożegnaniu przez starego Prokopowicz, spełnią się.

    Przez całe życie Jadwiga i Wincenty wiedzieli, że trafili na Polską Warmię a nie na Syberię za przyczyną Matki Boskiej Zwycięskiej z Kozakiszek
    Edward Bernatowicz

  3. dystans mówi:

    Ciekawe czy odleglosc jest przyczyna zrezygnowania z kosciola w swieto Bozego Narodzenia, bo najblizszy katolicki jest w Den Haag, a to tylko jakies kilkanascie km od Monster, ale do plazy na pewno blizej…

  4. B. mówi:

    Wszystkim uczestnikom tego Forum i ich rodzinom – wesołych Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego 2013 roku!

  5. Łupaszka mówi:

    Kolęda ułańska…

    „Szwadron stój”! Rotmistrz podniósł w górę rękę –
    Zobaczyli na polanie stajenkę.
    Zwykłą szopę, całą śniegiem otuloną,
    Ale blaskiem niepojętym rozjarzoną.
    „Do modlitwy”! Już komenda pada.
    Wybiegł Józef. Palec do ust przykłada.
    Już, już mieli kolędę zawrzasnąć –
    – Cyt, chłopaki! Dopierutko zasnął.
    Od ust trąbki odjęli trębacze.
    Bo się zbudzi dzieciątko i zapłacze.
    Tylko Jaś się w szeregach odzywa:
    – Gruchnąć by mu z karabinów na wiwat!…
    Lecz pan rotmistrz brew zmarszczył: „Ja ci gruchnę!
    Kogo straszyć chcesz – Najświętszą Matuchnę?!”
    Więc się każdy tylko w siodle wyprostował
    A pan rotmistrz stajenkę salutował.
    Potem w ciszy szwadron za szwadronem,
    „Wprawo patrz”! – Jezuskowi z fasonem.
    Przejechali – w las, kędy im droga.
    Koń nie parsknął. Nie zabrzękła ostroga.
    Przebudziło się Dzieciątko.
    Zapytało: – Wojsko piękne tu, Matuś, jechało?
    – Śniłeś, Synku, bo ci chłopcy i te konie
    W Twoim niebieskim – już są garnizonie.
    Już niewielu się po świecie kołacze…
    – Jakże to tak? – pyta Jezus i płacze.
    – Ach, w Katyniu głowa tego rotmistrza
    W krwawym piachu oczodoły wytrzeszcza.
    A porucznik, ten smagły, ciemnolicy,
    Przez gestapo zamęczon w piwnicy.
    I ci zgrabni dwaj podchorążowie
    Na powstańczym legli Mokotowie.
    Zaś ów Jasio, co ci chciał narobić huku,
    To na minie wyleciał w Tobruku.
    I ów wachmistrz także jest umarły –
    W tajdze wszy go tyfusowe zżarły…
    Zapłakało Dzieciątko na serio
    Z żalu za tą polską kawalerią.
    – Cóż po waszej, pasterze kolędzie,
    Gdy takiego wojska już nie będzie!

    Niech Święta Bożego Narodzenia otworzą serca,
    aby mógł narodzić się w nich Jezus- dar Niepojętej Miłości.
    Niech blask Betlejemskiej Stajenki będzie źródłem
    wielu łask Bożych, radości i pokoju
    w Nowym 2013 Roku.

    Wszystkiego Dobrego !!!

  6. wioskowy mówi:

    Wy emigranci, rozzucone po calym swiecie Wilniuki, wroccie do domu, na nasza Wilenszczyzne, musimy tu zyc, na swojej Ziemi.

    Uczucia tego ze jestes u Siebie nie zamienia zadne pieniadze i dobra materjalne. Mozno i tu zyc spokojnie, pracowac, robic biznesy.

    Jesli nie zrobicie tego, bedziecie do konca zycia meczyc sie w cudzej Ziemi, gdzie jest wszystko Obce i nigdy nie bedzie Swoje i Blizkie.

  7. Kmicic mówi:

    do Wioskowy 6;
    Masz pełną rację.
    szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia.

  8. Senbuvis mówi:

    Ramių ir gražių šv. Kalėdų!

    Spokojnych i pięknych Świąt Bożego Narodzenia!

Leave a Reply

Your email address will not be published.