16
Kawiarnie, restauracje i inne lokale w Wilnie (2)

Po lewej stronie ulicy Mickiewicza, po przejściu ulicy Jagiellońskiej, był hotel „Georges”, znany w Wilnie „Żorż” Fot. Marian Paluszkiewicz
image-54492

Po lewej stronie ulicy Mickiewicza, po przejściu ulicy Jagiellońskiej, był hotel „Georges”, znany w Wilnie „Żorż” Fot. Marian Paluszkiewicz

Z kawiarnią Rudnickiego wiąże się pewne zdarzenie opowiedziane przez kompozytora Witolda Rudzińskiego (1913-2004) w „Wileńskich Rozmaitościach”:  

„W »Słowie« ukazała się narysowana przez Dangla karykatura: gęś z głową Hulewicza, w podpisie: »szara gęś«. Wilno zamarło w oczekiwaniu: jak zareaguje Hulewicz i jak to się wszystko skończy!
Najpierw wydawało się, że nic, żadnej reakcji, protestu. W demarche’u redakcji zaczęły się nawet pojawiać objawy zdenerwowania: czy nie poszliśmy za daleko?  W kilka dni później, w samo południe, do kawiarni Rudnickiego wszedł Hulewicz. Podszedł do pewnego stolika i zapytał?
— Pan Dangel?
— E… Tak, a bo co?

Na to Hulewicz wyciągnął trzymaną za plecami szpicrutę i obił nią Dangela po twarzy.
Dangel oczywiście posłał sekundantów, ale Hulewicz odmówił satysfakcji, Dangel nie był członkiem Związku Oficerów Rezerwy.
W kilka dni później, w samo południe, do cukierni Rudnickiego weszła energiczna dama, podeszła do stolika i spytała:
— Pan Hulewicz?
— Tak, czym mogę pani służyć?
— Jestem Dangelowa!
I zdzieliła Hulewicza kilka razy parasolką.
I znów, w kilka dni później, w południe, do tejże cukierni przyszedł Mieczysław Kochanowski (Kagan), wieloletni, zasłużony dyrygent Operetki Wileńskiej. Codziennie o tej porze miał przerwę w próbie z orkiestrą i stale przychodził do Rudnickiego na kawę.

— Pół czarnej jak zawsze! — zawołał i pogrążył się w lekturze „Słowa”.
— Tak jest, panie dyrektorze — odpowiedział kelner i znikł w kuchni. Zaczytany dyrygent nie zwrócił uwagi, że zeszło już z dziesięć minut, a kawy wciąż nie ma. Właśnie zaaferowany kelner przebiegł koło stolika, ale nie do niego.
— Co tam z kawą?
— Już się robi, panie dyrektorze.

I znów znikł w kuchni. Kiedy scena ta powtórzyła się raz jeszcze, zirytowany Kochanowski zawołał:
— Tu u was prędzej można dostać w mordę niż pół czarnej,
Hulewicza zabrano z Wilna i przeniesiono do centrali, z niewątpliwą stratą dla Wilna. Był czynny w radio aż do kapitulacji Warszawy. Jeden z pierwszych został aresztowany przez Niemców, a potem zamordowany przez Gestapo. O Danglu różnie mówiono, ale wojennych plotek lepiej nie powtarzać, często polegały na nieporozumieniu. W każdym razie słuch o nim zaginął”.
Restaurator Rudnicki posiadał jeszcze jedną kawiarnię w Wilnie, mieściła się ona w domu na rogu ulic Trockiej i Wileńskiej na parterze. Wejście było z rogu.

„Wnętrze — wspomina Rapolas Mackonis — było urządzone ze smakiem, a bufet mógł zadowolić każdego gościa, jednakże, jeśli się nie mylę, właściciel większego zysku nie miał, chociaż miejsce w centrum miasta i pomieszczenie wspaniałe. Rudnicki chciał przyciągnąć tu publikę z »Zielonego Sztralla«. Pomysł był dobry, ponieważ kawiarnia znajdowała się w centrum Wilna, gdzie też skupiał się duży i drobny handel, obok był magistrat i w pobliżu duży hotel »Europa«. Ale czemuś niewielu tam bywało gości”.
Przy ulicy A. Mickiewicza, obok teatru „Lutnia” była kawiarnia „Jugosławia”, którą założyli przybyli do Wilna Serbowie. Mackonis pisze, że „wszyscy kelnerzy byli wysocy, przystojni bruneci”. W „Jugosławii”, jak wspomina Alfred Kolator, można było napić się „kawy tureckiej z lebiebiją, a były to nasiona rośliny, używane do kawy w Turcji i na Bałkanach zamiast cykorii”. Ponadto w kawiarni tej podawano macedońską buzę, którą szczególnie lubili popijać studenci z USB.

Przy ulicy Mickiewicza była restauracja „Zacisze”, obecnie stoi tu pomnik litewskiej pisarki Žemaitė Fot. Marian Paluszkiewicz
image-54493

Przy ulicy Mickiewicza była restauracja „Zacisze”, obecnie stoi tu pomnik litewskiej pisarki Žemaitė Fot. Marian Paluszkiewicz

„Żacy wileńscy uczęszczali też do »Fromboli« przy ulicy Mickiewicza. Była to niby cukiernia, gdzie sprzedawano czekoladę, kawę, herbatę. Alfred Kolator pisze, że lokal wyglądał jak staroświecka apteka, prawie nikogo tam nie widać, kupujących mało, a sklep świetnie zaopatrzony (szepczą, że to lokal masonów). Jest dwa czy trzy stoliki, kilka krzeseł i można poprosić o filiżankę kawy. Miła pani odmierzy miareczkę, wsypie do młynka, następnie do maszynki, po sali rozejdzie się wspaniały aromat, poda filigranową filiżaneczkę z ciemnym napojem. Serce od tego nie będzie pikać, drzemka popołudniowa się nie uda, a w umyśle będzie jakoś jasno, świeżo. (…) Przed egzaminem dobrze jest zajść do »Fromboli«, egzamin pójdzie jak z płatka, pod warunkiem, że się przedtem przynajmniej do skryptu zajrzało”.

Na Mickiewicza, za kawiarnią Rudnickiego, był sławny w Wilnie zakład mleczny pani Hejberowej. Kolator wspomina, że „mleko i wszelkie wyroby mleczne były tam również doskonałe”. Dalej, w kierunku placu Orzeszkowej, na rogu dawnej ulicy Śniadeckich i Mickiewicza, była kawiarnia Żyda Dormana. Tu można było napić się dobrej kawy, piwa z pianką i zjeść świetne parówki. Bywalcami tej kawiarni byli przeważnie studenci Litwini i Białorusini, a także mniej zasobni w kasę urzędnicy. Kolator pisze: „Jeżeli się nie jest Polonusem, tylko innym korporantem, to czy się lubi, czy nie lubi Żyda, pójdzie się na piwo do Dormana. Stolików i krzeseł tam prawie nie ma, są długie półki przy ścianach, umieszczone na wysokości piersi, staje się przy nich i spożywa jedyne w Wilnie parówki i popija piwem okocimskim, może być żywieckie, ale z browaru arcyksięcia w Tychach, mocne. Ci z młodszych korporacji piją haberbuscha, czyli piwo z warszawskiego browaru Błażeja Haberbuscha”.

Ulica Mickiewicza sławną była też z istniejących przy niej jadłodajni i restauracji. Kolator pisze o jadłodajni „cioci Dmochowskiej. Zakład cioci Dmochowskiej nie był restauracją, jadalnią czy stołówką, był lokalem cioci Dmochowskiej. Produkty podawane do stołu nie pochodziły z rynku, lecz z własnego majątku. Stołownicy byli gośćmi po prostu, a nie stołownikami i tak ich też traktowano. Ceny były umiarkowane, jakość produktów doskonała. Każdy, kto miał apetyt na barszcz buraczkowy, prawdziwy kapuśniak wiejski, czy jakąś zupę jarzynową, dostawał pachnącą, smaczną, ze świeżych produktów wiejskich, można było zjeść kotlet wieprzowy z przysmażonymi kartofelkami, ale najsłynniejsze bodaj u cioci zsiadłe mleko; ściśle chłodne, na poły ze śmietaną”.

Po lewej stronie ulicy Mickiewicza, po przejściu ulicy Jagiellońskiej, był hotel „Georges”, znany w Wilnie „Żorż”.
Renesans i barok składają się na architekturę dawnego hotelu Georges wzniesionego zgodnie z projektem Tadeusza Rostworowskiego. Jak na skalę miasta była to budowla ogromna. W czasie drugiej wojny spłonęła. Odbudowana pomieściła hotel Vilnius. Dziś to apartamentowiec. Georges, a właściwie jak popularnie wówczas pisano — Żorż, przeszedł do historii głównie dzięki eleganckiej restauracji. Jeszcze przed 1914 r. w karnawale odbywały się tam jedne z najwspanialszych balów.
„Bilety były bardzo drogie, a przy bufecie gospodynie obdzierały gości ze skóry” — wspominał Stanisław Mianowski.  W latach międzywojennych do Żorża chodziło się z paniami.

W restauracji „(…) stoliki były tak przemyślnie rozstawione, aby goście mogli nie tylko swobodnie rozmawiać ze znajomymi siedzącymi przy innych stolikach, ale i zaglądać im do talerzy” — pisał w książce „Wojna i sezon” Michał K. Pawlikowski. — Jego zdaniem, Żorż był restauracją familijną i panował w nim duch rodzinnego plotkarstwa. Gdy pojawiał się jakiś nieznajomy przybysz, „najczęściej osoby przyjeżdżające na rozwód kalwiński przy ul. Zawalnej” — witano go ożywionym szmerem. Stali klienci nie zawsze dysponowali gotówką i gdy nie mieli czym zapłacić, podpisywali rachunek, który przez kelnera wieszany był na haku nad kasą. Takie posiłki na kredyt u Żorża nazywano jadaniem na hak.

A Alfred Kolator wspomina, że „była tam obszerna sala restauracyjna, meble stylowe z belle epoque, miękkie, pokryte jasno kremowym brokatem, części drewniane złocone, ściany zdobione złoconymi gzymsami, gości nie za wiele. Dania: zupa rakowa, udziec sarni, może być zając, cietrzew, bażant, przepiórka, jarząbek (zależnie od sezonu), w ogóle czego dusza zapragnie, ale zawsze coś z dziczyzny, a do podlania tego ni wypadało wziąć co innego, niż jarzębiak izdebnicki. Na deser, choćby to było w okresie Bożego Narodzenia, mogą być świeże truskawki — od tego byli w Wilnie sławni ogrodnicy, panowie Kiec i Wagner”.

Przy tejże ulicy Mickiewicza była też restauracja „Zacisze”, w tym miejscu obecnie stoi pomnik litewskiej pisarki Žemaitė. Restaurację „Zacisze” bywalcy popularnie nazywali „U Macieja”. Takie imię nosił jej właściciel Maciej Kiełbuć. Do Zacisza męskie towarzystwo chadzało na wódeczkę. Ale restaurację upodobała sobie też wileńska palestra. Tu odbywały się „kiełbasy adwokackie” organizowane tradycyjnie przez prawników w dzień walnego zebrania Rady Adwokackiej w Wilnie. Rady funkcjonujące przy Izbach Adwokackich w międzywojennej Polsce załatwiały personalne sprawy adwokatów wraz ze szkoleniem i przyjmowaniem aplikantów oraz skreślaniem z listy. Kiełbasa, jak wspominał Stanisław Mianowski, była wspólną kolacją czy też późnym obiadem, na którym pośród zakąsek i gorących dań podawano gorącą kiełbasę z kiszoną kapustą.

Potrawa miała symbolizować zapusty wypadające zwykle w tym czasie. „Kiełbasy swoją tradycją sięgały daleko w przeszłość, bodaj pochodziły od zebrań tzw. szubrawców wileńskich. Szubrawcy, jak wiadomo, to było grono osób, kwiat inteligencji, które w okresie dawnego Uniwersytetu Wileńskiego w latach 1812-32 wydawało pisemko »Wiadomości Brukowe«” — czytamy u Mianowskiego. Tu należy sprostować, bo Szubrawcy działali tylko w latach 1817-1822.

Alfred Kolator wspomina, że w „Zaciszu” podawano też befsztyki z cebulą, rumsztyki ze skrobanym chrzanem, albo boeuf a la Stroganoff, dania te podlewano doskonałą firmową „maciejówką” lub śliwowicą. „A gdy się bywało w damskim towarzystwie — pisze Kolator — to podawano melbę z płonącą wisienką (lody z kremem — M.J.), mazagran (napój chłodzący z czarnej kawy, cukru i koniaku — M.J.) i zapewne likier do kawy”.
Między restauracją „Zacisze” a ulicą Wileńską, na Mickiewicza, była restauracja „Myśliwska”, gdzie podawano dania z dziczyzny, a na dużej Sali wieczorami były potańcówki.

Cdn.
Pocz. w nr. 13

16 odpowiedzi to Kawiarnie, restauracje i inne lokale w Wilnie (2)

  1. Halibutt mówi:

    Ależ się głodny zrobiłem po lekturze…

  2. Ireneusz mówi:

    Autor pisze o tym, czego sam na oczy nie widział.Stąd rozwodzenie się nad adwokacką kiełbasą z kapustą u Macieja, nie ma zaś ani słowa o tym, co wyróżniało dobre wileńskie międzywojenne knajpy od całej reszty restauracji w Rzeczypospolitej. U tegoż Macieja w Zaciszu, i w innych dobrych knajpach, raz w tygodniu (chyba, może częściej, nie pomnę)pojawiał się napis “dziś kołduny”.To była kwintesencja wileńskiej kuchni.Specyjał.Tego nie bywało w innych miastach (a i nie ma do dziś). Gdzież te czasy…

  3. Kaziuk mówi:

    Do nr “, “Ireneusz”

    Po raz pierwszy trafiłem na ten historczny temat kulinarno-restauracyjny. Bardzo ciekawy opis polskiej kultury codziennej sprzed wieku. Każdy Wilniuk powinien tę wiedzę zachować w swoim sercu i umyśle. I restaurować tę kulturę, słynącą już wtedy ze swego kulturowego bogactwa i doskonałej kuchni.

    Kołduny! – to jest słowo, które dla wielu w Polsce jest tylko tworem wyobraźni. Nigdy nie próbowałem i nigdy nie widziałem, ale słowo to zakodowane jest gdzieś w głębi mojej duszy.

    Czy dziś można zjeść dobre kołduny w Wilnie? Gdzie, w jakim lokalu? I w ogóle, co byś mi “Ireneuszu” polecił z tradycyjnej wileńskiej kuchni, gdyby los pozwolił mi kiedyś odwiedzić to moje kochane miasto nad Niemnem?

  4. pani mówi:

    Do Kaziuka i innych przyszlych Gosci Wilna,
    ,Sznowni,tu obecnie tyle kawiarni, cukierni i restauracji,a nawet codziennie nowe sa!
    Nie sposob odpowiedziec na pytanie Kaziuka – zawsze sklamisz, bo nie znasz wszystkiego.
    Jeszcze w sowieckich czasach lubiano w Wilnie spedzac chwile rannych godzin pracy w kilku okolicznych kawiarniach.
    Na obiady chodzono do tychze, lub do restauracji, albo zakladowych jadalni.
    Wieczorami – na drynki.
    A obecnie w Wilnie znajdziesz kuchnie wschodu i zachodu, polnocy i poludnia. Od japonskiej, chinskiej, tailandskiej przez azerska, gruzinska czy ormianska az po bialoruska.
    Restauracje wloskie, niemieckie, francuzkie, szkockie czy irlandzkie i, jasne, litewskie spotykasz co dwa kroki, Rzuc okiem naprawo czy nalewo w starym miescie zawsze dwie knajpki wpadna w kazde oko.
    A gdy po kilkudniowej przykrej aurze blysnie slonko i cieply srodziemnomorski bryz, {chyba przez samoloty przyniesiony} ogrzeja powietrze, lud tlumnie wysypuje na ulicy starowki … by przysiasc tu czy tam na wyniesione z tych restauracji krzesla. A wowczas juz nie sposob odmowic sobie jakas mala, lub, i wieksza uczte podniebienia …

  5. black mówi:

    No właśnie , bardzo ciekawy temat i … bardzo dyplomatyczna ucieczka “pani” od wskazania konkretnego adresu: Tutaj w Wilnie można zjeść dobre kołduny”. I mówią po polsku na przykład.
    Brakuje mi wspomnienia gen. Długoszowskim – utrzymywał wiele lokali wileńskich.

    Mam i ja pewną “kulinarną” prośbę. Czy ktoś ze znawców Wilna mógłby wspomnieć, gdzie w Wilnie mieściło się Kasyno Policyjne. Rodzina była związana z obiektem, ale nie zachowało się żadne zdjęcie ani nawet adres.

  6. Kaziuk mówi:

    “pani”, nr 4

    Bardzo dziękuję za odpowiedź. Wszystkie wiadomości wydają mi się bardzo ważne, chociaż te, dotyczące różnych narodowych restauracji, są mniej istotne. Najważniejsze byłoby dla mnie, żeby trafić do restauracji czy baru, który pielęgnuje dobre zwyczaje kulinarne i kuchnię wileńską, a przy tym stosujące umiarkowane ceny, i gdzie mógłbym porozumieć się w języku polskim.

    A że Wilno ma piękną starówkę i czasami nawet śródziemnomorską pogodę, to ja wiedziałem od zawsze. Nigdy w tym mieście nie byłem, ale to jest moje rodzinne miasto. Bardzo dziękuję “pani”.

  7. pani mówi:

    Kaziuniu, piszesz >
    ” …Kołduny! – to jest słowo, które dla wielu w Polsce jest tylko tworem wyobraźni. Nigdy nie próbowałem i nigdy nie widziałem, …?
    Gdzie mieszkasz???
    W Warszawie, Londynie, miastach ameryki znajdziesz sklepy z polska zywnoscia, a teraz i z litewska.
    Tam Polacy i Litwini sprzedaja mrozone kolduny. Ltore na opakowaniach maja podobnie: kolduny, koldunai.
    A jak bedziesz w Wilnie, w Trokach, = tez poszukasz w meniu slowko “koldunai”.
    Po co w rodzimym miescie mam placic za kolduny w kawiarni czy restauracji????! Zawsz moge miec je w kuchni u siebie???
    Na marginesie – koldyny czy pierogi obecnie na jedno wychodzi.
    To wczesniej mieso bylo z przydomowej hodowli – inaczej smakowalo. A dzis – wszedzie na rynku jest niewiadomo czym.

  8. black mówi:

    “pani” wyraźnie prowokuje i chyba jej/jemu się udało, ale po kolei.

    do “Kaziuka” – najpierw z przykrością muszę Cię poinformować. że żadną miarą NIGDY DO WILNA NIE DOTRZESZ, jeśli nie zejdziesz ze złej drogi, którą obrałeś: Wilna po prostu nad Niemnem nie znajdziesz. Wilno leży nad Wilią, ewentualnie Wilenką.

    “pani” to nie może być kobieta, a jeśli, to taka, która utraciła cechy kobiece: jak można publicznie wygadywać (wypisywać) takie herezje na temat kołdunów? Owszem mięso – ważny składnik. Ale dobry zakład może (to praktycznie wykonalne w Unii) zdobyć mięso wolne przynajmniej od dodatków zwiększających jego wagę (zatrzymujących wodę) itp. ANtybiotyków już chyba nie da się uniknąć. Ale nie ma co upadać na duchu. Przygotowując mięso na kołduny w domu unikamy wszelkich utrwalaczy, wzmacniaczy i innych konserwantów – to już duży plus.

    Kolejna sprawa, nie mniej ważna – ciasto. Musi być możliwie najcieńsze i nie może pękać w gotowaniu, a jednocześnie, dobrze się kleić. To, według znawczyń, sprzeczne wzajemnie cechy, a więc ich wypośrodkowanie jest sztuką, do której dochodzi się latami.

    Ciasto przygotowane przemysłowo jest grube (przechowywanie, transport) naszpikowane chemicznymi dodatkami, nie ma nic wspólnego z ciastem na kołduny.

    Króciutko jeszcze o mięsie: tradycja (M. Wańkowicz, Ćwierciakiewiczowa) piszą o mięsie siekanym. W moim domu było ono tylko mielone w ręcznej maszynce do mięsa). No i gotowanie w rosole.

    To oczywiście tylko schemat-dokładne przepisy patrz wyżej. I teraz wyobraźmy sobie, że w Krakowie, (tuż obok Rynku) jedyna jadłodajnia, do której stoją kolejki (tania i smaczna – “Obiady domowe”) serwuje się pierogi mrożone. To byłby po prostu absurd!
    Kończąc: ponoć kołduny to potrawa tatarska. Moim marzeniem jest, aby zamiast debilnego grillowania, odpoczywający “na powietrzu” gotowali uprzednio przygotowane kołduny. Może to nie jest utopia?

    Pozdrawiam z Korony

    P.S. 1 proszę o info o kasynie policyjnym – adres.

    2. Znalazłem info o Zaułku Węgierskim, przy którym znajdowały się “źródła węgierskie, które niegdyś (…) zasilały całe miasto w doskonałą wodę” – ponieważ doskonała woda to również “kulinaria” – co dzisiaj wiadomo o owych źródłach?

  9. pani mówi:

    Nicki zmieniasz
    A mentalnosc nie.
    Rospoznawalny
    pod kazdym kapeluszem.
    Te same kolduny w Rosji nazywane pelemieni, w Syberii je zawszse mrozono robiac zawczasy zapasy na cala zime.
    A Vingriai to pierwotna nazwa tych źródeł. Od nich w XVI wieku byl ciagniety wodociag przez miasto.
    Wiadomo o nich nieco nowego od archeologow. Niestety tylko po litevsku.

  10. Kaziuk mówi:

    “pani”, nr 7

    Szanowna Koleżaneczko, bardzo wzruszyłem się Twoją spoufaloną formą zwracania się do mnie: “Kaziuniu”. Nikt mnie tak ładnie nigdy nie nazywał. Ale to zapewne akcenty naiwności w moich komentarzach sprawiły, że mnie objęłaś swoją tak czułą opieką. A może też na tym polega urok zalotnej kultury wileńskich dziewcząt?

    Na mrożonki to ja nie mam ochoty. Muszę więc liczyć na przypadek, gdy przyjadę do Wilna – ach kiedyż spotka mnie takie szczęście? – i będę szukał w ciemno. Bardzo Ci dziękuję, moja droga Koleżaneczko “pani”.

  11. Kaziuk mówi:

    “black” nr 8

    Przyjacielu drogi, aleś mnie zawstydził. A ja w szkole zawsze uchodziłem za bardzo dobrego z geografii! Bardzo przepraszam za błęd umieszczenia Wilna nad Niemnem. Bowiem cudowne to miasto leży – cóż za piękne położenie! – na Wilią i Wilejką, na Litwie, w “ojczyźnie mojej”.

    Z profesionalnym wręcz znawstwem informujesz o sztuce kulinarnej gotowania kołdunów. Tu przyznam się do jeszcze jednej mojej gafy. Dotychczas byłem przekonany, że kołduny, to nadziewane kartofle. Skąd taki pomysł narodził się w mojej makówce, tego nie potrafię wytłumaczyć.

    Zgadzam się bez zastrzeżeń co do tego, że tzw “grillowanie” jest aspektem naszego debilizmu pod każdym względem (słowo “debil” pochodzi z języka hiszpańskiego i jest przymiotnikiem o znaczeniu “słaby” w odróżnieniu od “mocnego/silnego”, po hiszpańsku “fuerte”; nie ma ono nic wspólnego z taki rzeczownikami w języku polskim, jak “idiota”, czy “imbecyl”; dlatego toleruję to słowo w języku i hiszpańskim, i polskim). Polskim odpowiednikiem “grillu” jest bowiem “rożen”, a zamiast “grillowania”, możemy mówić o “pieczeniu na rożnie”. Ale młodzież woli używać światowych wyrażeń. I wychodzi na tym co najmniej głupio. Bowiem niemieckie słowo “Grill” wymawia się jako “gryl”. I tak powinno się pisać i wymawiać po polsku. A więc “gryl” i “grylować”.

    To byłby piękny nawtót do polskiej kultury kulinarnej, gdybyśmy odpoczynek na łonie natury łączyli nie z grylowaniem lecz gotowaniem – na otwartym ogniu! – tatarsko-litewsko-polskich kołdunów! Dziękuję za wymianę uwag i serdecznie pozdrawiam “czarnego Koroniarza”.

  12. black mówi:

    “Kaziuk”: “Pawiem narodów byłaś i papugą, [A teraz jesteś służebnicą cudzą.]”- to miałem głównie na myśli, pisząc zanadto emocjonalnie o grylowaniu. A że wyszło, że to nasza słabość (w tym wypadku kulinarna) – to przez przypadek, ale bardzo dobrze – zgodnie z moją intencją.

    Co do mojego profesjonalizmu – niestety wiedzę mam czysto teoretyczną, z czasów, kiedy ledwo nosem dosięgałem blatu stołu kuchennego, na którym przygotowywały się kołduny. A ponieważ rodzina (dość duża) była z Wilna – jeszcze wiele lat mogłem kołduny jeść, wiedzę o nich uzupełniać i utrwalać. Nie zdobyłem się tylko, jak do tej pory, na praktyczne jej wykorzystanie.
    Zawstydzanie kogokolwiek nie jest moją pasją ani celem – ale nie mogłem przemilczeć. A błędy – zdarzają się każdemu. Też byłem (i jestem) fanem geografii, a poznanie jakiegoś nowego terytorium staram się rozpoczynać od studiowania map. Stwierdzam również, że pięknie odczytałeś i opisałeś to moje marzenie o kołdunach z kociołka zamiast gryla – przygotowywanych w plenerze.
    Jeszcze się tylko wytłumaczę z tego black’a: miał być Czarny, ale to w kontekście wileńskim zarezerwowane przez J.Grzesiaka.
    Pozostały schwartz i black – zdecydowanie wybrałem to drugie, ale faktycznie nie wysiliłem się.
    A Wilno to miasto nie tylko cudowne, ale i miłe.

    Wracając do kulinariów.
    Młodzi pytają, nie ufają starszym – dlatego trzeba wyjaśnić niemal łopatologicznie, dlaczego świeże jest lepsze od mrożonego.
    Przywołam tutaj autora, który jest ostatnio jakby passe (Unia, europejskość, poprawność polityczna itp.) ale ja mu ufam. Otóż chodzi mi o zakonnika, ojca Czesława Klimuszkę. On to w swej książce, zdaje się pod tytułem “Moje widzenie świata” dokładnie opisał (na podstawie własnych obserwacji, doświadczeń i odczuć) dlaczego jedzenie mrożone jest dużo gorsze od świeżego.

    “pani” przywołuje wzorce z Syberii – no cóż. W polskiej kulturze to raczej obce fascynacje. Zawsze działało to w drugą stronę – Rosjanie fascynowali się polską kulturą i z niej czerpali.
    Co dzieje się na Syberii? Przy odrobinie szczęścia i samozaparcia można skonsumować i mamuta, ale czy o to chodzi? – Klimuszko to wyjaśnia.

    Co do mojej mentalności: krystalizowała się wśród przodków na Kalwaryjskiej i na Zwierzyńcu, wśród wileńskich AK-owców. Łatwa nie jest, ale jest szczera i uczciwa i tego się trzymam. Trudna tylko dla niektórych, którzy na to zasłużą.

    Natomiast jestem pełen podziwu dla tych archeologów, którzy robiąc wykopki usłyszeli głosy, które im powiedziały, jak się w XVI w. nazywały źródła bo przecież wówczas język litewski jako pisany nie istniał, a patefon to wynalazek XVIII/XIX w.
    Mnie jednak chodziło o coś innego: w dużym mieście, jakim Wilno niewątpliwie jest, powinny być (poza systemem wodociągowym) inne źródła bezpiecznej wody pitnej. Jeśli ktoś tych węgierskich źródeł nie zniszczył, mogłyby by taką rolę spełniać dzisiaj, dając mieszkańcom Wilna okazję do czerpania zdrowej i darmowej wody pitnej (w polskim prawie tak zwane zwykłe korzystanie z wody, na potrzeby własne i własnego gospodarstwa domowego) – zamiast kupowania licho wie skąd pochodzących i co zawierających plastikowych butelek z “wodą pitną”. W tym kierunku szło moje pytanie.

  13. black mówi:

    Zapomniałem: znalazłem adres Głównego Komisariatu Policji Państwowej: Zawalna 57. Ale czy tam mieściło się to kasyno?

  14. Kaziuk mówi:

    Ahoj! Czarny Koroniarzu!

    Z fantazyjnym rozmachem umiesz dyskutować, a przy tym krytyczne uwagi potrafisz zachować w ryzach przyzwoitości. Dziękuję za wyrozumiałość. Geograifia to był również mój ulubiony przedmiot w liceum, a pani profesor od geografii w liceum, nadal pozostaje moim natchnieniem i uosobienim człowieka mądrego i dobrego. Miałem też więcej szczęścia do dobrych nauczycielek, choć w sumie uczeń był ze mnie bardziej niż marny. I to chyba po mojej pani profesor pozostała mi wprost niepohamowana przypadłość podróżowania po świecie. I wszystkie podróże również zaczynam od mapy, (często na tym kończąc, niestety), ale też od studiowania historii, geografii oraz zwyczajów panujących w danym kraju, który chciałbym odwiedzić. I zawsze uczę się choćby kilku słów języka tego ludu, który chciałbym odwiedzić.

    Ale trochę też jestem zawiedziony. Nie zająłeś żadnej pozycji w sprawie moich “nadziewanych kartofli”. Nigdy o czyś takim nie słyszałeś? To w takim razie skąd to-to się wzięło w mojej wyobraźni?

    I jeszcze krótkie wyjaśnienie. Po niemiecku czarny, to “schwarz”.

    Pozdrawiam Cię, Czarny Koroniarzu.

  15. pani mówi:

    Tu byli dwaj ulani
    Popisy wyprawiali
    A czy to bylo szarzowanie?
    O, nie wiem Panie.

  16. black mówi:

    “Kaziuk” – jestem, wedle życzenia. Cyk, pstryk i … piszę drugi raz tą odpowiedź. Po pierwsze – przez kilka dni nie będzie mnie – stawiają mi dzisiaj bańki i trzeba będzie je sumiennie wyleżeć.

    Króciutko o zwiedzaniu nowych krajów: też staram się studiować dostępne materiały. Jest jeden wyjątek: Litwa. Z racji sporej rodziny wywalonej z Litwy po 1945 r. (a mieszkali, żyli, pracowali moi od Łotwy, przez Laudę, Wilno) po Postawy, Lidę, Baranowicze)opieram się na ich wiedzy na temat Litwy . Nowej rzeczywistości nie akceptuję, bo jest skrajnie niesprawiedliwa. Jeśli już czytam coś współczesnego o Litwie – jestem skrajnie nieufny.

    Teraz te ziemniaki nadziewane. Myślałem o tym i wymyśliłem takie opcje: NIe znam takiej potrawy.albo kiedyś coś na ten temat czytałeś (słyszałeś) i Ci się z biegiem lat pomyliło, albo widziałeś też dawno (w realu lub na zdjęciu, obrazie, reklamie) – lub może ktoś Ci tak to opisał (upraszczając)cepeliny. Też smaczne i dość typowe dla kuchni litewskiej, ale kołduny to (za Ireneuszem) specyjał! Jedno jest pewne – szukamy lokalu w Wilnie, gdzie podają kołduny litewskie przygotowane po domowemu (i mówią po polsku).

    Tymczasem ja do łózia

    Pozdrawiam i życzę smacznego

Leave a Reply

Your email address will not be published.