2
Z historii Wilna: nieistniejące dzielnice stolicy(1) — Pióromont

Stare dzielnice Wilna przestają istnieć  Fot. Marian Paluszkiewicz
image-57380

Stare dzielnice Wilna przestają istnieć Fot. Marian Paluszkiewicz

Dzielnica Pióromont leżała na prawym brzegu Wilii, nieco na wschód od Zielonego mostu, za Rybakami. W XIX wieku było tam wzgórze, które, jak pisze Konstanty Tyszkiewicz, „…ocienione na wierzchu poważnymi drzewami, dotykające jednym bokiem Zielonego mostu.

Było to rozkoszne niegdyś siedlisko Piórów. W owe czasy, kiedy największą modą było z francuskiego nazywać wzgórza, dodając do nich jakieś imion właściwe, kiedy w kraju naszym tworzyły się bez końca Marymonty. Ludamonty, Belmonty, około 1765 r. krajczy (krający mięsiwo i kołacze dla biesiadników, był to urzędnik na dworach panujących w Polsce i Litwie — M. J.) witebski i starosta rumszyski, Pióro, dziedzic tego wzgórza, nazwał je od swego nazwiska Pióromontem. W tym letnim dworku Pioro przyjmował Stanisława Augusta. Był tam tylko dom drewniany, papierem wyklejany, lecz z takim widać gustem i przepychem urządzony, że biskup smoleński, Naruszewicz, towarzyszący królowi w tych odwiedzinach, zachwycony urządzeniem Pióromontu, tak go opisał:

Kędy wprzód owe same było widać góry,
Gdzie zwierz na błędne trzody rzucał strachy,
Tam dzielna ręka dowcipnego Pióry
Najroskoszniejsze zbudowała gmachy.
Dziś już przed niemi i wspaniałe mury,
I świetne książąt prawie gasną dachy;
Ledwobyś nie rzekł zadumiony na nie,
Że to bóg jakiś założył mieszkanie

Nie rwie tu wprawdzie oka kamień drogi
Ani sufitów cedrowych blask złoty.
Nie błyszczą świetnym jaspisem podłogi
Kupne krwawemi nędznych kmieciów poty:
Nie masz tych ozdób, które ucisk srogi
I twarde panów wymuszają młoty:
Sam wszystkie kąty piękny gust odziewa
I czyni cuda z papieru i drzewa.

Tereny wokół dworku Pióry nazwano później Pióromontem i nazwa ta przetrwała do 1945 roku.  W XIX wieku na Pióromoncie był cmentarz parafii św. Rafała — znajduje się na terenie, zwanym niegdyś „Rybaki”, a później „Pióromont” od nazwiska właściciela Pióro, pisarza wielkiego księcia litewskiego. To najstarszy w Wilnie katolicki cmentarz zamiejski. Był to cmentarz parafii św. Jana, a od końca XVI w. — zakonu jezuitów, a po kasacie tego zakonu w 1773 roku — pijarów — do kasaty w 1835 roku. Pierwszą kaplicę na nim (św. Teresy) zbudowali jezuici w 1680 r. Po jej zniszczeniu wskutek powodzi w XVIII w. na cmentarzu zbudowano kaplicę pogrzebową, widoczną na planie Wilna Fürstenhoffa z poł. XVIII w. Kaplicę tę odbudowano w 1889 r. w skromnym stylu neoklasycystycznym.

„Cmentarz ten — pisze Edmund Małachowicz — był już zamknięty przed wojną, a na jego okrojonym terenie (zajętym pod budowę elektrowni w 1903 r.) wznosiła się kapliczka. Groby zajmowały również zbocze nadbrzeżne od strony Wilii (…).
Prawdopodobnie na tym cmentarzu należącym do pijarów spoczywa Zabłocki, znany ze starego przysłowia, zmarły w 1820 lub 1821 r., o którym w swych pamiętnikach pisze Stanisław Morawski: „(…) to mi teraz na myśl nabiegło, kto jeszcze mieszkał u pijarów wtedy. Mieszkał tam wtedy ledwie że niehistoryczny człowiek, jak się o tym przekonacie zaraz. Mieszkał tam wtedy Zabłocki, »Durnieńkim« zwany.

W połowie przeszłego wieku (tu XVIII w. — M. J.) było trzech braci Zabłockich. Wszyscy ludzie dostatni, a nawet lwy ówczesne na Litwie. Każdy z nich z dopuszczenia Bożego miał sobie właściwe przezwisko albo drażniło, od całej, jak jest, powszechności nadane. Jednego z nich wiecznie nazywano »Rozumnieńki«, drugiego »Pięknieńki«, trzeciego »Durnieńki«. Ten to właśnie ostatni, wdawszy się w różne spółki i spekulacje fabryczne, które mu nie poszły ręką, kiedy mydłem, w cenie sobie danym, od jednego z upadłych dłużników i wspólników swoich za włożoną znaczną w ten handel sumę wynagrodzony został i, rozumie się, ogromnie na tym towarze stracił, dał początek od wieku już trwającemu przysłowiu: Wyszedł jak Zabłocki na mydle. A przysłowie to jak się już przynajmniej na Litwie zakorzeniło, że długo bardzo, jak się zdaje, żyć jeszcze będzie”.

Pochodzenie tego przysłowie to w Koronie interpretowano inaczej. Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej pisze, że „przysłowie — Wyszedł jak Zabłocki na mydle — wzięło podobno swój początek od szlachcica Zabłockiego, który wziąwszy się do handlu mydłem, stracił na nim całą fortunę, gdy znaczny transport mydła spławiony Wisłą na szkutach (szkuta — statek rzeczny, bezpokładowy — M. J.) czy tratwach uległ zatopieniu i rozpuszczeniu się w wodzie”. Natomiast Samuel Bogumił Linde w swoim Słowniku języka polskiego pod hasłem „mydło” pisze, iż „bryka Zabłockiego naładowana mydłem wywrócił się do Dunajca”.

Ale wróćmy do opowieści Morawskiego: „Durnieńki” zatem, dotąd kapitalista, jak mu się wszystkie interesy spękały, zbrzydziwszy świat, a nie chcąc uwierzyć we współczesne polityczne wypadki, postanowił się ukryć i za oddaną księżom pijarom wileńskim sumę w rodzaju procentu od bardzo dawnego już czasu kosztem tychże pijarów był utrzymywany do samej śmierci. Miał on w ich murach na dole wyznaczoną sobie celę, oddalona i odosobnioną zupełnie od innych różnymi klasztornymi składami. W tej celi była spora alkowa, którą Zabłocki pąsową adamaszkową firanka od lat wielu zasłonił, i nikt odtąd, nawet służący pijarów, co go dopatrywał, do tej alkowy zajrzeć nie miał prawa.

Księża dawali mu oprócz mieszkania stół, opał, usługę i pranie. Dopełniali zobowiązania się sumiennie. Nawet doktor Neumann z ich polecenia co tydzień Zabłockiego odwiedzał, choć i nie było potrzeby. Kolegium pijarów było podówczas naprzeciw kościoła księży dominikanów na Dominikańskiej ulicy. A że dziś już ani jednych, ani drugich nie ma, jaśniej powiem, że było to tam, gdzie dziś (lata 40. XIX w. — M. J.) jest instytut naukowy dla szlacheckiej młodzi.
Nikt już w Litwie ani się wtenczas domyślał, że „Durnieńki” żyje. Dziad stuletni zaledwie na dziedziniec kolegium dla świeżego powietrza i popatrzenia na słońce miał ochotę i siłę wychodzić. Zdarzyło się jednak, że i na miasto się wywlókł. Ale dokąd, nikt tego nie był ciekaw.

„W 1819 roku jako uczeń Uniwersytetu, nająwszy u pijarów mieszkanie, poznałem go. Był to słusznej urody, chudawy, ale poważny starzec. Oczy nadzwyczaj żywe i biegające ciągle. Włosy pomimo tak podeszłego wieku miał na wpół siwe, tak że szpakowaty wyglądał. Łeb wiecznie podgolony. Wąsy duże, na dół patrzące. Sam siebie statecznie »Durnieńkim« nazywał i o sobie samym statecznie w trzeciej osobie mówił. A mówił zawsze, nieprzerwanie, wyłącznie wierszami. Czy to spotykał się z ks. rektorem, czy z klerykami, czy ze mną, czy coś nakazywał usłudze klasztornej, czy w kuchni jadło sobie zalecał, rym był koniecznym jego warunkiem. Na ostatnie słowo interlokutora swojego także odpowiadał rymem. Dziwne to, że mu tego rymu nie zabrakło nigdy. Nie było przykładu, żeby się zaciął.

Na miejscu starych dzielnic Wilna powstają nowe Fot. Marian Paluszkiewicz
image-57381

Na miejscu starych dzielnic Wilna powstają nowe Fot. Marian Paluszkiewicz

Nikt nudnego już starca nie odwiedzał nigdy, chyba, jaki pijar dla miłości bliźniego. Jadł ciągle u siebie, wyjąwszy wigilie Bożego Narodzenia, wtedy bowiem przychodził do refektarza. Trunku żadnego prócz piwa i miodu nie pijał, i to bardzo skromnie. Nosił się po polsku, nakładając na żupan (długa suknia zapinana na haftki — M. J.) zamiast kontusza (wierzchni strój męski, długa suknia sięgająca poniżej kolan — M. J.) długa aż po same kostki ferezję (wierzchnie, męskie okrycie, obszyte futrem) sukienną cynamonowego, nieco w pąsowy przechodzącego koloru, który pod nazwiskiem sanguis drakonis u rysowników chodzi. Ferezja ta obramowana była po kieszeniach bocznych i tylnych i po mankietach długimi, dosyć szorstkimi wełnianymi czy włóczkowymi frędzlami.

Od kołnierza po pas wisiały na piersiach dwa złote z takimiż kutasami (kutas — ozdoba w kształcie pędzla — M. J.) sznurki. A i wszystkie guziki, a raczej guziczki, szmuklerską (szmuklerz — rzemieślnik od wyrobów pasmanteryjnych: tasiemek, galonów, wstążek — M. J.) robotą także ze złotych nici sporządzone były. Trzcinę (laska — M. J.) nosił wysoką, ze złotą skuwką. Wystawiał też zawsze spomiędzy guziczków zapinających ferezję srebrny od zegarka łańcuszek, na końcu którego naczepionych było mnóstwo złotych z krwawnikami (minerał stalowo-szary) sygnetów, a prawie na każdym z nich były wyrżnięte herby. Sam zegarek był srebrny i, mało mówiąc, na pół talerza miał obwodu. Pękaty zaś był jak litewski weselny korowaj. Ale szedł tak dobrze, bez żadnej od lat trzydziestu poprawy, że się nad tym cały świat pijarski dziwował.

»Durnieńki« umarł, a raczej zasnął, zdaje mi się w końcu 1820, a może na początku 1821 roku. (…) Zabłocki, jakem już nadmienił, tak się w osobistości swojej dał najzupełniej światu poznać, chociaż ciągle żył w przysłowiu u ludu, że nikomu do głowy nie przyszło, żeby on miał mieszkać w Wilnie, albo że był jeszcze na tym świecie obecny”.
W okresie międzywojennym na Pióromonce, przy ulicy Ułańskiej były koszary 4 Pułku Ułanów Zaniemeńskich, w pobliżu ulice Zaniemeńska, Derewnicka, gdzie stały bloki mieszkalne rodzin oficerskich, a nieco na wschód rozciągała się dzielnica Łosiówka.
W czasie walki o Wilno na tym cmentarzu na Pióromoncie pochowani zostali 14 lipca 1944 roku: dowódca 1 Brygady Wileńskiej AK porucznik „Jurand”, st. sierżant-szef „Strug” i plutonowy „Szary”, polegli w bitwie z Niemcami z ugrupowania gen. Stahela pod Krawczunami — Nowosiółkami.

Cmentarz ten już przed II wojną światową był zamknięty, zlikwidowano go w 1958 r. Pozostały na nim ślady grobów i resztki żelaznych ogrodzeń. Teren otaczają bloki mieszkalne. Płyty nagrobne użyto dla celów budowlanych.
Dopiero w 1989 r. staraniem Związku Polaków na Litwie uporządkowano groby poległych akowców, wznosząc przed kaplicą trzy żelazne krzyże otoczone wspólnym ogrodzeniem, a na tabliczkach obok pseudonimów umieszczono także nazwiska: Czesław Grombczewski — kapitan, Maurycy Palenko „Strug” — st. sierżant, „Szary” (pseudonim) — plutonowy. 3 grudnia 1992 roku dokonano ekshumacji szczątków pochowanych żołnierzy i przeniesiono je na cmentarzy wojskowy na Rossie.

Pióromont, podobnie jak i Łosiówka, przestał istnieć po 1945 roku. Przy ulicy d. Derewnickiej (obecnie Rinktinės) znajduje się stadion sportowy „Žalgiris”, zbudowany w 1950 roku. Mieści się w nim 18 tysięcy widzów. Bliżej rzeki stoi Pałac Sportu i Widowisk na 2 876 miejsc, wzniesiony w 1971 r. według projektu E. Chlomauskasa, J. Kriukelisa i Z. Liandzbergisa.

Cdn.

2 odpowiedzi to Z historii Wilna: nieistniejące dzielnice stolicy(1) — Pióromont

  1. zbyszka mówi:

    Ja znowuż od wczesnego dzieciństwa wiem, że Zabłocki przemycał mydło pod tratwą.

  2. gosc mówi:

    jakie to wszystko……smutne….to przemijanie….durnienki tez minal ,nowe dzielnice tez mina,beda starenkie i….bez znaczenia a wspomnienie stanie sie zalosne i nikomu nie potrzebne ….taka to prawda

Leave a Reply

Your email address will not be published.