3
Gazeta w moim życiu: Najważniejsze Rodziny naszej pani Gieni

Pani Gienia zawsze była pilna i oddana pracy – każdy list był zarejestrowany Fot. archiwum rodzinne
image-58080

Pani Gienia zawsze była pilna i oddana pracy – każdy list był zarejestrowany Fot. archiwum rodzinne

Należy do pokolenia ludzi, dla których słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna — od wczesnego dzieciństwa, przez całe absolutnie życie były nie tylko samymi symbolami, a tą najcenniejszą syntezą idei patriotyzmu polskiego oraz swoistym modlitewnikiem, od którego treści nie odstąpiła nigdy.

Nie tylko sama. Ona, jej nieżyjący już mąż, dzieci, ich rodziny. Nasza pani Gienia. Tak z szacunkiem nazywali i nazywają ją wszyscy, którzy przychodzili do polskiej redakcji w różnych latach istnienia pisma, którzy z nią pracowali, którzy ją pamiętają.

Ona pamięta o wszystkich. Czasami się dziwimy, jak potrafi zapamiętać daty — imienin, urodzin, byłych współpracowników — i złożyć życzenia.
Sama tak kiedyś o tym powiedziała: „Czy trudno zapamiętać członków Rodziny?”.
Redakcja zawsze była dla niej Rodziną. Drugą, nie mniej ważną niż ta podstawowa. Zapewne kochała je inną miłością, ale nie mniej gorącą i szczerą. Z nie mniejszym szacunkiem traktowała każdego człowieka, z którym zetknął ją los właśnie tam, na Mostowej, gdzie rozpoczęła pracę w pierwszych latach istnienia pisma i gdzie przepracowała pół wieku.

Pani Genowefa Bieleninik. O niej to te, dla postronnych zdaje się może wzniosłe, ale dla tego, kto ją zna jakże prawdziwe słowa — kobieta, która nie zważając na różne koniunktury — nigdy nie zapomniała o tym, że pracując nawet w ówczesnej gazecie partyjnej, należy służyć przede wszystkim Bogu.

Nie afiszowała się z tą wiarą, którą wyniosła z domu rodzinnego, który znajdował się na Antokolu, naprzeciwko Cmentarza Wojskowego. Ale nigdy nie zapomniała złożyć życzeń wielkanocnych, czy też przed wigilią przełamać się opłatkiem przyniesionym z domu. A kiedy komukolwiek z nas było, czy jest ciężko na duszy, jak może pocieszała, zawsze dodając: „Módl się i mniej nadzieję w Bogu”.

Wracając do miejsca rodzinnego, czyli do okolic Cmentarza Wojskowego, pani Gienia by mogła wycieczki po nim oprowadzać — gdyby tylko nogi służyły — tak doskonale zna każdą alejkę, każdy pomnik, nagrobek. Wiele znajdujących się właśnie na tym cmentarzu wyciosał z kamienia jej ojciec — świetny fachowiec Michał Stankiewicz.  Zna historię każdego znajdującego się na tym cmentarzu grobowca, wśród których jest też ich rodzinny — Stankiewiczów.

Kiedy przyszła do redakcji, była jeszcze panną. Szybko wyszła za mąż za wilnianina – Wacława Bieleninika. Prawie cała redakcja bawiła się na ich weselu. A potem została szczęśliwą mamą dwójki synków. Starszego Marka i młodszego Grzesia.

W gazecie zaczęła pracować jako rejestratorka listów. Dla współczesnego pokolenia takie pojęcie jest nieznane, bo i takiego stanowiska dziś w redakcjach nie ma.  A jakże to był ważny dział. Dział, w którym następował pierwszy kontakt człowieka, który się tu zwracał, z redakcją. Ludzie przysyłali listy z prośbami, skargami. Były tego setki…  Bo ta jedyna codzienna gazeta polska na Litwie — była ratunkiem, broniła przed nieuczciwymi urzędnikami, pomagała nie tylko załatać przysłowiowe przeciekające dachy, ale i mieszkania otrzymywać. Siła organu centralnego KC była duża. Więc nic dziwnego, że i petentów, czytelników w redakcji było dużo. A że mieściła się w samym centrum Wilna, przy ulicy Mostowej, dużo kto tu zachodził nie tylko się poskarżyć, ale i podziękować.

U boku męża zawsze czuła się pewnie i bezpieczni, bo był jej podporą Fot. archiwum rodzinne
image-58081

U boku męża zawsze czuła się pewnie i bezpieczni, bo był jej podporą Fot. archiwum rodzinne

Praca pani Gieni polegała na tym, że całą otrzymaną korespondencję musiała przeczytać, prowizorycznie zaznaczyć, do jakiego działu pasuje i kiedy kierownik działu listów je przeglądnął, roznosiła je po działach i pilnowała, by w przepisowym terminie (równo miesiąc) sporządzona została odpowiedź, bądź na podstawie listu był napisany artykuł czy też zamieszczony był w gazecie. Po miesiącu list znów trafiał do pani Gieni i był umieszczany w archiwum.
Z jaką dokładnością archiwum to było prowadzone, pamiętają zapewne wszyscy starsi pracownicy redakcji – nie zanotowano żadnego przypadku, aby jakikolwiek list się zagubił. Bo, jak dziś mówi, za każdym takim listem był człowiek – jego biedy, problemy, radości. A człowieka pani Gienia zawsze umiała i umie uszanować, nie obrazić.

Dziś, kiedy wspominamy te lata, sama się dziwi, jak nadążała z wszystkim. Był mąż, dzieci. A zaopatrzenie sklepów przecież było tragiczne. Ile trzeba było się nalatać np. przed wigilią, by zdobyć śledzia czy też kawałeczek szynki przed Wielkanocą. Wszystkie święta, jak i przystało, w rodzinie pani Bieleninik, były obchodzone tradycyjnie. Najpierw modlitwa, a potem już stół.
A ten ostatni zawsze był smaczny, bo pani Gienia to świetna gospodyni.
„Lenię się ostatnio – żartuje. – Chyba z tej racji, że moje synowe są bardzo dobre, gospodarne i troskliwe, więc mam zawsze nie tylko stół świąteczny, ale i codzienny. Sama po zakupy już nie chodzę”.

Wiele ludzi z wiekiem staje się szczególnie zgryźliwymi, narzekającymi albo zarozumiałymi. Ale to nie dotyczy pani Gieni, która posiada nadzwyczajną cechę  — umie się cieszyć każdą najmniejszą rzeczą, chwilą: słonkiem, które z rana jej do okna mieszkania zajrzało, ładną apaszką, którą dostała w prezencie, kolejnymi odwiedzinami dzieci, wnuków. Oraz oczywiście z tej ładnej drogi życiowej, którą przeszła. Zawodowej — w gazecie polskiej i rodzinnej — ponad 50 lat u boku oddanego, kochanego męża, najwierniejszego jej przyjaciela Wacława Bieleninika, inżyniera z zawodu, patrioty z urodzenia, katolika w sercu.

Zawsze byli razem na absolutnie wszystkich imprezach polskich. Ona zadbana, uczesana, o dyskretnym makijażu, trzymająca się zawsze jego boku – spokojnego, oddanego, zrównoważonego.
Nic więc dziwnego, że kiedy pan Wacław odszedł na emeryturę i zaczął działać na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, to został wybrany na prezesa, którym był wiele lat.

Pani Gienia oczywiście była obok. Tak się złożyło, że w redakcji już nie pracowała (myślami to serce leciało codziennie do Domu Prasy).
Wtedy Wacek jej zaproponował: „Chodź Gienka razem ze mną na Uniwersytet. Nie będziesz tęsknić za redakcją, a tam będziesz na pewno potrzebna. No więc poszłam i wiele lat tam prowadziłam działającą bibliotekę” — wspomina moja rozmówczyni.
Ileż to w tym czasie mieli wyjazdów (w tym do Rzymu), ciekawych spotkań, ileż ludzi ciekawych poznała, jak mówi, wróciła aktywnością do lat młodości, tych lat, kiedy to w redakcji oprócz pracy podstawowej prowadziła Kącik Przyjaciół, Pragną Korespondować, Poszukują, Rady i Porady. Jakże była szczęśliwa, kiedy po latach odnajdywały się rodziny rozproszone, kiedy samotni zawierali przyjaźnie.

Rodzina prawie w komplecie. Prawie, bo kilku członków brakuje – żony wnuka Tomasza i niedawno urodzonej prawnuczki Fot. archiwum rodzinne
image-58082

Rodzina prawie w komplecie. Prawie, bo kilku członków brakuje – żony wnuka Tomasza i niedawno urodzonej prawnuczki Fot. archiwum rodzinne

A ileż to listów przez jej ręce przeszło na organizowane w redakcji konkursy. Czasami na taki konkurs nadsyłano nawet 15 tysięcy odpowiedzi nie tylko z Litwy, Polski, ale też Białorusi, Kazachstanu, Syberii, tam gdzie los rzucił rodaków.
W tych konkursach pomocnikiem był jej syn, bo to on stał przy kole loteryjnym i wyciągał szczęśliwy los.
Ona sama, jak dziś mówi, wyciągnęła też swój szczęśliwy los, który sprawiał, że na swej życiowej drodze zawsze spotykała dobrych i przyzwoitych ludzi. My zaś wiemy, że sama posiada nadzwyczajną cechę: u każdego człowieka umie znaleźć dobre cechy, nie pamięta negatywnych.

Dlatego zawsze obok siebie miała i ma bardzo oddanych jej i życzliwych ludzi.
Los zaskoczył najboleśniej, kiedy straciła męża. Zawał serca. Długo nie mogła, ale i do dziś nie może się pogodzić. Zrozumieć to może w minimalnym stopniu zapewne tylko ten, kto sam przeżył podobną chwilę. Ponad 50 lat razem. Tak mocno ze sobą związani: tymi samymi wartościami wyniesionymi z jakże podobnych domów rodzinnych — patriotycznych, pobożnych, uczciwych i pracowitych.
Tak też państwo Bieleninikowie wychowali synów – Marka i Grzegorza. Od dawna swe rodziny mających. Żony Polki, pobożne, pracowite i bardzo oddane.

O swych synowych pani Gienia zawsze mówi jak o córkach – z taką miłością, ciepłem. Utyskuje, że w tym dniu codziennym wszyscy są przepracowani, synowie, synowe (obie mają wykształcenie pedagogiczne), że wnukowie Tomasz i Rafał też są zalatani. To tak ciepło, jak to mama i babcia, a w gruncie rzeczy wiemy, jak jest dumna ze wszystkich – bo i rzeczywiście każdy z członków tej pięknej i zgranej rodziny, w której przed kilkoma tygodniami urodził się jeszcze jeden członek (prawnuczka pani Gieni) — zasługuje na osobne artykuły.

Jakże pobieżny jest to szkic o naszej koleżance redakcyjnej, która nigdy ani na jeden dzień nie zapomniała o naszej gazecie. Czyta ją nie tylko ona, ale wszyscy członkowie rodziny — dzieci, wnukowie oraz jej jedyna siostra pani Zofia, która wiele lat codziennie z samego rana przychodzi do księgarni „Elephas” po „Kurier”. Po spacerze porannym przeczyta go dokładnie i od razu zadzwoni do Gienki ze słowami: „Czy już przeczytałaś gazetę?”.

Omówią ją codziennie, ucieszą się, jak przeczytają dobrą wiadomość. Przeżywają, że rodacy nie mogą ziemi swej odzyskać, czy też nazwisko napisać tak, jak praojcowie mieli w swych dowodach zapisane.
Pani Gienia nie omieszka też zadzwonić do autorki artykułu, który jej się szczególnie spodobał i podziękować. Bo wie, że dobre słowo każdemu jest bardzo potrzebne. W tym dla dziennikarza, którego pracę doskonale poznała…

 

 

3 odpowiedzi to Gazeta w moim życiu: Najważniejsze Rodziny naszej pani Gieni

  1. B. mówi:

    Sporo serca włożyła do tego artykułu autorka. Ale pani Gienia naprawdę zasłużyła na te wszystkie serdeczności.
    Zdrówka życzę obu paniom.

  2. józef III mówi:

    Szczęść Boże ! dużo zdrówka !

  3. Romuald mówi:

    Pani Gienio! Jak najwiecej zdrowia i radosci z zycia.Jak pamietam byla zawsze mila i usmiechnieta. Czesto uczestniczylem w konkursach,organizowanych przez owczesny “Czerwony Sztandar”,nawet szczescie usmiechnelo sie mi,i zostalem laureatem.Piekne to byly dni!Strzez Boze taka mila osobe,jak nasza pani Gienio!

Leave a Reply

Your email address will not be published.