0
Gazeta w moim życiu: „Wszystko i zawsze zawierzałem Bogu”

 Jak wielką relikwię ksiądz przechowuje mały obrazek Matki Bożej Ostrobramskiej z 1941 roku Fot. Marian Paluszkiewicz
image-58657

Jak wielką relikwię ksiądz przechowuje mały obrazek Matki Bożej Ostrobramskiej z 1941 roku Fot. Marian Paluszkiewicz

Już w Starym Testamencie jest obietnicą Boga, że sprawiedliwych ludzi obiecał On obdarzyć długim życiem. I obdarzał. Długim nie oznacza jednak całkiem, że różami usłanym. Dziś uchylimy rąbka tajemnicy życia czcigodnego księdza Jubilata (niedawno ukończył 90 lat) Antoniego Dilysa, naszego wiernego czytelnika, bo czyta nas już od ponad 50 lat.

Nie znajdziemy na świecie dwóch identycznych drzew (choć bardzo do siebie podobnych), identycznych kwiatów, ludzi, a już szczególnie ich losów. Każdy jest zupełnie inny, każdego są zupełnie inne ścieżki.

Urodzony z matki Polki i ojca Litwina w Nowych Święcianach mały Antoś już od wczesnego dzieciństwa „bawił się w księdza”, ubierał się w fatałaszki mamy, organizował procesje. Może wyssał to z mlekiem matki, a może dlatego, że ich rodzina (szczególnie ojciec) cały czas posługiwała przy kościele. Boskie drogi zawsze są nieznane. Uczył się jeszcze jako dziecko w szkole polskiej, potem litewskiej. Podobnie było i z Seminarium Duchownym.

Czasy były niespokojne politycznie, wiele rzeczy się zmieniało i za tym wszystkim należało nadążyć. I jak udowodniło życie, mój bohater za wszystkim tym nadążał. Poznał dobrze dwa języki, dwie kultury. Narodowość obrał po ojcu, ale zarówno pośród Litwinów, jak i Polaków zawsze dobrze się czuł. Po obu stronach miał i do dziś ma wielu przyjaciół. W ciągu już 67 lat swego kapłaństwa był w różnych parafiach, wszędzie się pięknie dogadywał z ludźmi, wszędzie był lubiany za swoją prostotę i bezpośredniość w kontaktach.

– Do dziś tkwi w mojej pamięci taka biedna kobiecina sierota Marysia. Nie miała rodziców ani żadnej rodziny, ni własnego kąta. Raz u jednych ludzi pomieszka, raz u innych. A że była trochę umysłowo upośledzona, to i żadnej pracy nie miała. Za mały kątek do przespania się (często na podłodze) i miskę zupy pomagała ludziom w gospodarstwie: krówkę popasie, grządki wyplewi, chleba ze sklepu przyniesie albo nafty do prymusu. Kiedyś przyszła do nas wyjątkowo radosna i szczęśliwa. Czyżby coś w jej życiu zmieniło? – opowiada ks. Antoni Dilys

Nie. Ówczesny proboszcz Kalwaryjski Antoni Dilys zaprosił ją do siebie na wigilię. Płakała z radości, bo nie spodziewała się, że taką „przybłędę” (niektórzy złośliwcy tak ją nazywali) w byle łachy ubraną w ten święty wieczór spotka taka radość. Przez kilka miesięcy wszystkim o tym opowiadała. Niby drobiazg, zwykły chrześcijański gest, ale ile sprawił radości tej biednej w nędznym odzieniu kobiecie i jakże wymowny w swojej treści gest tak wiele mówiący o Pasterzu parafii.
Ale wróćmy do seminarium.

 Rodzinny domek Dilysów w Nowych Święcianach Fot.archiwum
image-58658

Rodzinny domek Dilysów w Nowych Święcianach Fot.archiwum

— Po miesiącu ubrano nam sutanny i otrzymałem diakona jako opiekuna, z którego rąk 28 sierpnia 1941 roku otrzymałem w małej drewnianej okrągłej oprawce obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, do dziś czczę go jako relikwię — opowiada pokazując ten mały, pokryty patyną czasu obrazek – opowiada.
Święcenia ks. Antoni otrzymał z rąk biskupa Mieczysława Reinisa wraz ze św. pamięci księżmi Kazimierzem Vasiliauskasem i Czesławem Taraszkiewiczem. Potem były różne, mniejsze i większe, parafie i każdą z nich mile wspomina.
Ale przyszły gorsze dni. Okres kolektywizacji, organizacja kołchozów, odbieranie ludziom ich skromnego dobytku: konika, krówkę, drobny sprzęt rolniczy i przymusowe wstąpienie do kołchozu. Kto się nie zgadzał, był uważany za wroga narodu.

— Pewnego razu w Wasiliszkach ktoś nocą podpalił zagon kołchozowego zboża. Władza uznała, że zrobiono to za moją namową. Poza tym zarzucano mnie, że zakazuję ludziom wstępowania do kołchozów — wraca do dawnych wspomnień mój rozmówca.
I pomimo że ksiądz nigdy z tego rodzaju rzeczami nie miał nic wspólnego, został wrogiem narodu numer jeden. Wyrok zapadł szybko — zsyłka na 25 lat. Odbył mniej, ale to całkiem nie znaczy, że było łatwo. Nigdy nie miał o to żalu do losu ani Boga. Wręcz odwrotnie — zawsze wierzył, że Bóg w swoim czasie to wszystko odmieni, wierzył, że kiedyś wróci do swego kraju. Był w Karagandzie i Workucie.

Ciężko było. Na szczęście nie był tam jedynym kapłanem, bo było ich kilku, w tym Łotyszy i Polaków. Często się wzajemnie pocieszali, wspierali, modlili się i niedzielami (faktycznie nieoficjalnie) odprawiali Msze św. Księdza Antoniego bardzo wspierała jego siostra. W paczkach, czasami na różne inne sposoby, przysyłała mu wino i komunikanty do odprawiania Mszy św. Kiedyś na Wielkanoc odprawił Msze św. aż w czterech barakach.

Był, jest i będzie kapłanem aż do końca swoich dni od tego momentu, gdy podczas święceń zapadły nad nim sakramentalne słowa: „Tyś kapłan na wieki!”. Ale kapłan też człowiek, który podczas trudnych chwil może czasem się załamać lub zapytać: „Boże, dlaczego właśnie to mnie spotkało?”.
— Dzięki Bogu takich chwil załamania i beznadziejności nie miałem. Zawsze mówiłem sobie i innym, że przyjdzie czas, gdy wszystko się odmieni i wszystko zawierzałem Panu Bogu. Ale czasem były bardzo trudne chwile, chwile, kiedy płakałem jak bóbr — zwierza się ksiądz Antoni i tego wcale się nie wstydzi.

Przyszły kapłan w rodzinnym gronie Fot.archiwum
image-58659

Przyszły kapłan w rodzinnym gronie Fot.archiwum

Co wtedy robił, w czym szukał ratunku, gdy zdawało się czasem, że nawet Bóg się odwrócił, gdy tak bardzo bolało serce i dusza?
Nadal uparcie się modlił, a szczególne nabożeństwo miał do Serca Jezusowego: Serca, które jest ogniskiem miłości, Serca hojnego dla wszystkich, którzy Go wzywają. Serca, które jest źródłem wszelkiej pociechy. Na drugim miejscu była bezgraniczna miłość do Matki Miłosierdzia, która była, jest i będzie Pocieszycielką strapionych. Na tych dwóch filarach opierał całe swoje życie.
No i wyszedł obronną ręką, a był to pamiętny rok 1962. Wyszedł bogatszy o nowe doświadczenie życiowe, kontakty z ludźmi, wyszedł bardziej umocniony w wierze ufając, że Bóg każdemu daje krzyż tylko na miarę jego sił. Wierząc, że Bóg nigdy nikogo nie opuści, to tylko człowiek tak często odchodzi od Boga.

Może właśnie dlatego, że sporo w życiu przeszedł, nie ugiął się i nie załamał, jest tak powszechnie szanowany i lubiany zarówno pośród Litwinów, jak i Polaków. Do dziś ma dużo wiernych przyjaciół zarówno na Litwie jak i w Polsce. Można by rzec — prawdziwy internacjonalista, bo do dziś odmawia brewiarz w trzech językach: jednego dnia po litewsku, następnego po polsku, a trzeciego po łacinie. Łacinę bardzo lubi i jest w niej w pewnym sensie rozkochany. Nadal wszystkim się interesuje, prowadzi rozległą korespondencję, dzieli się wrażeniami i nigdy na nic nie narzeka. Więc chyba słusznie się mówi, że co nas nie złamie, to nas umocni. Mój rozmówca nie załamał się, a tylko umocnił.
Pierwsze dni na wolności też nie były słodkie, bo nie miał nawet gdzie głowy przytulić. I tu znowu przyszła mu z pomocą siostra.

A jak i kiedy rozpoczęła się księdza przygoda z naszą gazetą? Też w 1962 roku. Można by się zdziwić, że ksiądz Litwin zainteresował się polską gazetą, która przecież wtedy była gazetą komunistyczną. Dlaczego?
— Zawsze interesowałem się polityką, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy. Czytałem gazety w różnych językach, by mieć rozeznanie, która z nich prowadzi większą propagandę sowiecką. Już wtedy pomiędzy wierszy wiele cennych rzeczy znajdowałem w waszej partyjnej gazecie — mówi ksiądz Antoni.

I tak już pozostał naszym wiernym Przyjacielem i Czytelnikiem przez przeszło 50 lat. Dziś cieszy się bardzo, że czasy się zmieniły (może nie aż tak jakby się chciało), ale jest już całkiem inaczej. Bardzo sobie ceni w naszym dzienniku artykuły na tematy religijne, które w dużej mierze pogłębiają ludzką wiedzę religijną. Ceni też bardzo artykuły o ludziach, dobry humor i wiele innych rzeczy. Brakuje mu trochę świeżych aktualności, może więcej humoru, no i bardzo by chciał, żeby gazeta była kolorowa.
Myślę, że sporo na wyrost aktualnie ocenia naszą gazetę (w skali 10 stopni) na dziewiątkę. Trzeba przyznać, że schlebia to nam trochę, ale i dodaje otuchy oraz chęci do poprawy.

Cóż, nie pozostaje chyba nic innego, jak podziękować Czcigodnemu Jubilatowi za tak szczerą i miłą rozmowę oraz życzyć jeszcze wielu lat w dobrym zdrowiu, nadal opieki Serca Jezusowego i Matki Bożej!

 

1.
2. Rodzinny domek Dilysów w Nowych Święcianach Fot.archiwum
3. Przyszły kapłan w rodzinnym gronie Fot.archiwum

Leave a Reply

Your email address will not be published.