0
Gazeta w moim życiu: Ze słowem ojczystym przez pokolenia

   Alicja i Bolesław Jankowscy są ze sobą 58 lat  Fot. z albumu rodzinnego
image-59051


Alicja i Bolesław Jankowscy są ze sobą 58 lat Fot. z albumu rodzinnego

Katarzyna Kuckiewicz (dla redakcji zawsze nasza Kasia) doskonale pamięta swe pierwsze zadanie redakcyjne. Była to relacja o przedświątecznej karawanie bożonarodzeniowej, która wyrusza rokrocznie spod Urzędu Prezydenta.

— Jakże mogłabym zapomnieć! Przecież pierwszy raz w życiu tak blisko miałam możliwość zobaczyć parę prezydencką — Almę i Valdasa Adamkusów i tak, jak i inni dziennikarze z nimi porozmawiać. Jaki jeszcze inny zawód daje takie możliwości i niesie… takie kontrasty. Zapamiętałam doskonale też dzień, kiedy z samego rana w pracy otrzymuję zadanie: ma być do numeru reportaż z taboru cygańskiego. Trochę się speszyłam nie z racji na tempo pisania i na temat, bo to dla mnie było, jest i na pewno zawsze pozostanie bardzo bliskie, ale z powodu tego, jak nieodpowiednio do takiego wypadu byłam ubrana — krótka miniówa, wysokie szpile – a tu tabor. Ani asfaltu, ani chodnika. I to w tej pracy jest najwspanialsze, każdy dzień jest dla ciebie niespodzianką! — wspominamy dziś z Kasią, będąc w odwiedzinach u jej dziadków — Alicji i Bolesława Jankowskich.

Tacy czytelnicy jak państwo Jankowscy — to złoty fundusz. Prenumerują gazetę od pierwszego numeru, czytają od początku do końca, przekazali tę pasję także dla swych dzieci i wnuków…

Pani Alicja pochodzi z Wołkowszczyzny, dawnej parafii rudomińskiej, ale tak życie się ułożyło, że większa część jej życia związana jest z Wilnem.
— Nie było moje życie łatwe od samego początku, dzieci rodziły się jedno po drugim. Pierwszych dwóch synów umarło, potem były same córki — mówi pani Alicja.   — Tato, jak to wiadomo, człowiek od roli chciał bardzo pomocnika, więc z każdą mamy ciążą miał nadzieję, że syna się jednak doczeka. Tak się jednak nie stało  — następcy jak nie było, tak nie było, a córek całych osiem — wspomina dziś moja rozmówczyni, która to, tak jak i jej siostry bardzo wcześnie zostały sierotami.
Ich mama wcześnie umarła, więc cały ciężar wychowania dziewczynki brały na swe  dziecięce barki i opiekowały się kolejno jedna drugą. Najstarszej Walentynie było na pewno najtrudniej, a potem to już tak weszło w przyzwyczajenie, że  Irenka ma się opiekować młodszą Władzią, ta zaś Olą, Ola — Alicją, Alicja zaś Henią, a potem już Lilia — Lodzią.

Los tak sprawił, że opieka Alicji zaciągnęła się najdłużej, gdyż Hieronima (zwana w domu Henią) bardzo ciężko od dzieciństwa chorowała i za młodu zmarła. Ale pani Alicja bynajmniej z tego powodu nie narzeka — była młoda, silna, no i bardzo siostrę kochała. Więc, jak mówi, nic trudnego i nie było.
Przecież były to lata młodzieńcze. A że dziewczyna była śliczna i już miastowa, bo kiedy miała lat 15, do Wilna zabrała ją siostra stryjeczna, więc życie było ciekawsze. Ale ona do życia bardzo poważnie była ustosunkowana od najmłodszych lat — znała cenę i wartość chleba.
Właśnie ta stryjeczna siostra przyprowadziła Alicję do wileńskiej fabryki im. Witenberga, która specjalizowała się w szyciu kożuchów i futer.
Na pewno nie jedna młoda dziewczyna, która spróbowała tej ciężkiej pracy — szycia futer — po kilku dniach stąd uciekła, bo płynność kadry była znaczna, ale nie Alicja. Przepracowała tu 46 lat i stąd na zasłużoną emeryturę odeszła.

Tu, jak za chwilę się dowiem, spotkała Bolesława, z którym są razem równo 58 lat i jeżeli Pan Bóg sprawi, to za dwa lata będą świętować diamentowe gody.
Takie to jest dziwne życie — wspominają dziś oboje, niby z niezbyt odległych stron pochodzimy, a poznaliśmy się w Wilnie, w fabryce.
Los dla Bolesława był bardziej łaskawy niż dla jego żony. Jego rodzina miała sześć hektarów ziemi we wsi Rutkowszczyzna, która leży niedaleko Turgiel.
Leży?
— Geograficznie to tak — ale jej faktycznie nie ma — z zadumą mówi pan Bolesław. Zamyśla się i po chwili kontynuuje:
— Jaka to była wieś! Ponad 30 domów, dookoła sady, uprawiana ziemia, bo nic nie leżało odłogiem. Nie to, co teraz. Co prawda, ostatnie lata już nie mogę tych stron odwiedzić, bo nogi odmawiają posłuszeństwa, ale z drugiej strony to i dobrze, że tam nie jadę, bo serce się kraje patrząc na takie obecne zapuszczenie — mówi gospodarz domu pan Jankowski.
Cofamy się do okresu jego dzieciństwa. W rodzinie była trójka synów — rodzice zdecydowali więc najstarszego Bolka oddać na naukę do krawca Olenkowicza w Żemajtelach znanego na owe czasy na całą okolicę.

Bolek miał poza sobą ukończoną już szkołę w Starej Wiosce oraz oczywiście był po Pierwszej Komunii, którą doskonale do dziś pamięta. Bo jakże była uroczysta, dzięki wspaniałemu duszpasterzowi, jaki w owe czasy w Turgielach pracował, a był to niezapomniany ks. Józef Obrembski.
— Jakiż to był dobry, mądry i sprawiedliwy duszpasterz. Ile ludziom wpoił najważniejszych wartości — tego zapomnieć się nigdy nie da. Wiem, że tak samo był lubiany w Mejszagole, w której wiele lat pracował i w której go często już z żoną odwiedzaliśmy.
Ileż to wspomnień napływa, mówiąc na ten temat — bo temu to duszpasterzowi zawdzięczamy swą Pierwszą Komunię — on w Turgielach, ja już w Mejszagole…

Wróćmy jednak do życiorysu roboczego naszego bohatera – początek którego, okazuje się, był bardzo niełatwy.
Mimo że fach krawiecki Bolesław zdobył szybko, to okazuje się, że zdobyć pracę w stolicy nie było tak łatwo młodemu chłopakowi. Trafił na aferzystę — których  nigdy nie brakowało — i który pracował właśnie w tej fabryce kuśnierskiej, który słysząc, że młody chłopak ze wsi szuka pracy, powiedział:
— Ja ci to załatwię – przynieś 3 litry samogonu, słoniny – to pracę będziesz miał.  Sam rozumiesz „naczalstwo” posmarować trzeba.
Bolesław przyniósł raz, drugi, trzeci.  I tak to ciągnęło się prawie pół roku, do bramy fabryki przychodził co rano ze swym „protektorem” i odchodził z kwitkiem, bo niby to naczelnika nie ma, to dokumentu jakiegoś brakuje, to po prostu nie ma komu postemplować…

„Moje szczęście, że spotkałam tam pana Tomaszewicza, który jako »sielsowiet« pracował. Ten zainteresował się, dlaczego pod bramą stoję prawie każdego rana.  Od razu zaprowadził mnie do dyrektora, a ten przyjął mnie na trzymiesięczny okres próbny” — mówi pan Bolesław.
A kiedy ten okres się skończył, skierował go do najlepszej brygady kuśnierskiej, która specjalizowała się w szyciu drogich futer, jak mówili wszyscy dla naczalstwa krajowego. Pracowali tam sami Żydzi krawcy, on jeden Polak i jeszcze jedna jego rodaczka.

— Doskonale się nam pracowało, no i tu swoją Alicję poznałem — mówi pan Bolesław. — A właściwie jak ją mogłem nie zauważyć. Dziewczyna była śliczna. Wiedziałem, że ma dużo wielbicieli, ale postanowiłem sobie: będzie moją.  Początkowo nie za bardzo chciała na mnie patrzeć, ale byłem wytrwały w dążeniu. Po jakimś czasie zawiozłem ją do wsi rodzinnej na zabawę taneczną. Sama nie chciała jechać, skromną było, nie wypadało na owe czasy dziewczynie z kawalerem jeździć, więc wzięła jeszcze kilka koleżanek i tak trafiliśmy do mego domu rodzinnego. Tu po cichutku swej mamie ją pokazałem, mówiąc: Zobacz, która najładniejsza. Mama była dyplomatką i powiedziała, że najważniejsze, aby dla ciebie była najładniejsza — i to przez całe życie.
Ślub mieli w kościele św. Ducha. Kościół ten w ich życiu jest bardzo ważny — tu swe dzieci — syna Jana oraz córkę Irenkę chrzcili, tu ich wnuczka Kasia wiele lat chórek dziecięcy prowadziła i została wybrana do szczególnej posługi – czytania liturgicznego w trakcie Mszy świętej.
Tak się dobrze złożyło, że Alicja miała już mieszkanie, skromne, ale na Starówce, na Literackiej, jak mówią pamiętające i widzące Mickiewicza.
Nie mieli życia łatwego, nie było komu dzieci doglądać, pracowali więc na zmiany, no i oczywiście wyręczało przedszkole. W tym tygodniowe, bo zarobić na życie trzeba było.

Tacy byli, kiedy się pobrali  Fot. z albumu rodzinnego
image-59052

Tacy byli, kiedy się pobrali Fot. z albumu rodzinnego

Jednak, jak dziś mówi córka Irena, po mężu Kuckiewicz, oni z bratem mieli normalne dzieciństwo — rodzice pracowici, oddani, kochający, uczący rzeczy zasadniczych: wiary, patriotyzmu.
Nic więc dziwnego, że te właśnie rzeczy w życiu Ireny i jej brata Jana są trwałe i dziś. Pani Irena od lat śpiewa w chórze kościelnym, bo przecież tyle lat była uczestniczką polskiego zespołu pieśni i tańca „Wilia”.
— Ale do chóru to „wkręciła” mnie moja córka Kasia, która w tym kościele od najmniejszego się kręciła — tu prowadziła czytanie, chórek dziecięcy. Dziewczynka zawsze była i jest bardzo aktywna. Wieloletni organista tej świątyni wileńskiej (także solista „Wilii”) Jan Skrobot mówi: „przyprowadź do chóru mamę”. No więc przyszłam, spróbowałam i swym śpiewem chwalę Pana — mówi pani Irena.
Nie zerwała też z „Wilią” chociaż do Klubu Seniorów nie należy, bo ostatnio na zmianę ze starszym bratem opiekuje się sędziwymi rodzicami. Ale oczywiście jak są koncerty jubileuszowe ulubionego zespołu, zawsze jest w szeregach zespołu.

Od dawna jest rodzina — kochany, troskliwy mąż Władysław, który między innymi (taki to splot życia) pochodzi ze stron rodzinnych ojca. Jest Kasia — dorosła, samodzielna, utalentowana dziewczyna, która po kilkuletniej pracy w Warszawie  wróciła do Wilna.
— Nie była to łatwa decyzja — mówi Kasia. — Bo co tam kryć, język polski na co dzień, większe kontakty kulturalne swoje robią. Ciągną jak magnes. Ale, jestem jedynaczką i doskonale rozumiem, że im dalej, tym trudniej będzie mi się oderwać od Warszawy. A przecież lata biegną i na pewno potrzebna będę rodzicom, jak oni dziś są potrzebni dziadkom. Pamiętam, jak tato się opiekował swoją mamą, teraz widzę, jak mama z wujkiem opiekują się dziadkami Jankowskimi — z rozwagą mówi Katarzyna, która uważa, że pracę zawsze można znaleźć. Robi tłumaczenia, opracowuje projekty, no i… szykuje się obecnie do XXV Młodzieżowego Zlotu Polaków, który to już od XXI Zlotu prowadzi.

— Przejęłam tę sztafetę od znanej gawędziarki Anny Adamowicz, którą w tej roli zobaczyłam na XX Zlocie, na który pojechałam jako dziennikarka „Kuriera Wileńskiego”.Tak, jak i wypada na trzy dni, by wszystkiemu dobrze się przyjrzeć. No i nie tylko reportaż zrobiłam, ale sama w to wsiąkłam i obecnie tym też żyję — mówi wnuczka państwa Jankowskich — Katarzyna Kuckiewicz.
Przeciąga się nasza rozmowa. Bo tyle chciałoby się jeszcze zapytać, tyle napisać. Ale strony gazetowej nie rozciągniesz.  Więc choć słów kilka o rodzinie syna Jana, którego to żona Czesława Jankowska od lat jest wicedyrektorem szkoły-przedszkola „Wilia”. Są oni szczęśliwymi rodzicami — córki Justyny i syna Darka, mają też wnuka Łukasza.
Miało być o gazecie. A jest o rodzinie, a właściwie o kilku już rodzinach rodu Jankowskich i Kuckiewiczów.
A gazeta. Była od początku i jest co dnia we wszystkich tych domach i na pewno będzie w rodzinie prawnuka Łukasza.

Leave a Reply

Your email address will not be published.