2
Wspólna droga życia mierzona półwieczem

Tacy byli przed 50 laty Fot z albumu rodzinnego
image-60372

Tacy byli przed 50 laty Fot z albumu rodzinnego

„Doprawdy sama czasami się dziwię, że na całe życie utkwił mi w pamięci ślub sędziwej pary w naszym kościele parafialnym w Podbrzeziu, który widziałam w dzieciństwie podczas Mszy świętej. Mama mi wtedy powiedziała: „Wiesz, Haniu, ta para, to oblubieńcy Boga, przeżyli ze sobą pięćdziesiąt lat.

Teraz mają złote gody” — mówi wilnianka pani Honorata Sokołowska. — Nawet nie przypuszczałam, że pan Bóg będzie tak szczodry i że nam z Kazikiem podaruje też taką chwilę”.

A ta chwila nastąpi 25 sierpnia roku bieżącego, kiedy to w wileńskim kościele pw. św. Piotra i Pawła na Antokolu staną państwo Sokołowscy. Tak samo w siebie wpatrzeni, jeszcze bardziej potrzebujący wzajemnego wsparcia i tego słowa życzliwego na co dzień, które jest najlepszym lekiem na wszystkie niezgody życiowe.

Honorata z domu Januszkiewicz. A ten dom rodzinny był w zaścianku Bakaniszki, który leży na pograniczu rejonów — wileńskiego i szyrwinckiego. Dla niej to najpiękniejsze miejsce pod słońcem i na szczęście nie stracone, bo właśnie tu na odzyskanej ojcowiźnie zbudowali domek drewniany jak z obrazka, do którego jak tylko zdrowie pozwala, jak te ptaki ciągną.
W rodzinie Honoraty było ośmioro dzieci (u Kazika 7), ale rodzice — pracowici, mający 40 hektarów ziemi, trzymający duże gospodarstwo — robili wszystko, by dzieciom niczego nie brakowało. „Ta ich pracowitość o mało nie spowodowała, abyśmy jak inni zamożni gospodarze na Syberii nie znaleźlibyśmy. Doskonale pamiętam ten dzień, kiedy nas ulokowano na wozie (rodziców i naówczas jeszcze czwórkę dzieci) i przywieziono do gminy. Tu przetrzymano całą noc, która dla nas wszystkich wiekiem się przedłużyła, ale wywózki uniknęliśmy. Chyba to my, dzieciaki, jedno po drugim spowodowaliśmy, że nas tu zostawiono — ze łzami w oczach te straszne chwile przypomina moja rozmówczyni.

A potem kolektywizacja. Oczywiście, szkoda było wszystkiego co poszło na marne. Trzodę domową zabrano do kołchozu, cały sprzęt rolniczy, ale najważniejsze, że byli na swoim. Wśród swoich. Wyżyli i zrobili wszystko, by dzieciom dać godziwe życie.
Do szkoły Honorata zaczęła uczęszczać do Podbrzezia. Pięć kilometrów na piechotę w jedną stronę i tyleż z powrotem.
Ale dla niej takie odległości — to przysłowiowa pestka — zawsze była wysportowana, barw szkoły na zawodach sportowych broniła.
Na jednej z takich spartakiad na stadionie Hanię, rekordzistkę rejonu wileńskiego (w skoku wzwyż i biegu) zauważył właśnie jej rówieśnik Kazik Sokołowski, pochodzący ze wsi Gowsztany, która to 3 kilometry od Niemenczyna się znajduje.
Ale byli jeszcze tacy młodzi, że o żadnym poważniejszym uczuciu nie było mowy. Najpierw musieli szkoły ukończyć. Ona w Podbrzeziu, on w Niemenczynie. A potem ich drogi się rozeszły. Honorata po ukończeniu szkoły zaczęła pracować jako nauczycielka w szkole ośmioletniej w Waskańcach.

Kazimierz miał przed sobą służbę wojskową. W Brześciu, jak dziś mówi, całych lat 3 i jeszcze trzy miesiące spędził.
Takie to jest dziwne życie, że ich spotkanie nastąpiło na… drodze niedaleko Parczewa. A faktycznie w autobusie, w którym jechali.
Honorata z uśmiechem dziś mówi: „A mnie to Kazikowi jego mama wyswatała. To ona zauważyła moje bardzo długie warkocze i szepnęła synowi: „Zobacz, jaka śliczna dziewczyna”. Kiedy Kazik się rozglądnął, zobaczył, że ta dla jego mamy nieznajoma dziewczyna o długich warkoczach — to jego dawna znajoma sportsmenka ze szkolnej spartakiady.
Tak między Waszkańską Szkołą Ośmioletnią (rejon wileński) a Kowieńską Szkołą Milicji, w której uczył się Kazik, zaczęły krążyć listy, kartki z życzeniami. Po roku zdecydowali się pobrać.

Dzień  współczesny państwa Sokołowskich Fot z albumu rodzinnego
image-60373

Dzień współczesny państwa Sokołowskich Fot z albumu rodzinnego

A po weselu świeżo upieczony małżonek wyjechał znów do Kowna. Przed nim był jeszcze rok nauki. Naukę zakończył na celująco i otrzymał skierowanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i z tej instytucji z czasem otrzymał mieszkanie. Skromne było, ale na Starówce, no i pierwsze własne.
„Ileż to starań włożył Kazik żeby mieszkanie przygotować na nasz przyjazd. Malował, tapetował, więc nic dziwnego, że dla mnie wydało się pałacem” — z rozrzewnieniem wspomina moja rozmówczyni.
Do tego mieszkania wprowadzili się już z córeczką Irenką, która urodziła się dwa lata po ślubie. I tak się zaczęło ich miejskie życie. Oboje byli ambitni, pracowici, ciągle się doskonalili.

W Wilnie w szkołach nie było wolnych miejsc, więc Honorata poszła pracować do banku. Przepracowała tylko rok i trzy miesiące, bo od razu zrozumiała, że taka praca to nie dla niej. Bardzo lubiła dzieci i zawsze chciała z nimi pracować.
Więc kiedy się dowiedziała, że w przedszkolu nr 99 na Zwierzyńcu jest wolne miejsce przedszkolanki, od razu tu przyszła. Wstąpiła na wydział wieczorowy Wileńskiego Instytutu Pedagogicznego (dziś uniwersytet), specjalność — psychologia i pedagogika wieku przedszkolnego, który pomyślnie ukończyła.

Potem było przedszkole na ul. Grybo, gdzie już w charakterze metodyka pracowała. Dobrze jej się wszędzie powodziło, więc nic dziwnego, że kierownictwo wydziału oświaty doceniło pracowitość pani Honoraty i zaproponowało kierownicze stanowisko w tym samym przedszkolu nr 99, w którym zaczynała pracę.

Kazik też awansował, stale doskonalił wiedzę. Ukończył Wyższą Szkołę Milicji przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.
Oboje zajęci, oboje zapracowani, ale zawsze mający czas dla rodziny, córek. Te, dziś już dorosłe, od dawna założyły rodziny. Irena od wielu lat mieszka z rodziną w Ameryce, ale młodsza Cwietana jest na miejscu. Chociaż mieszkają w dzielnicach od siebie odległych — rodzice w Szeszkinie, Cwietana z mężem i dwoma synami, Tomaszem i Danielem, w Kolonii Wileńskiej (Pavilnysie) — mimo to bardzo często rodziców odwiedzają. A jak zachodzi potrzeba — zdrowie szwankuje — to rodzina Cwietany jest obok. Ona, jej mąż, dzieci.
„Jak nie docenić tego faktu, że nasz kochany wnuk Tomek cały rok mieszkał z nami i opiekował się, kiedy dostałam wylewu krwi” — mówi pani Sokołowska.

Od tych smutnych chwil cofamy się wspomnieniami do okresu jaśniejszego, okresu związanego jakże ściśle z dzielnicą Szeszkinie, do której przenieśli się w roku 1982.
„Po naszej Starówce była to peryferia, błoto, dookoła budowy, dzielnica powstawała — przypomina moja rozmówczyni. — Ale za to mieszkanie było jasne, duże. A potem dosłownie krok od domu zaczęło powstawać przedszkole, w którym — tak się ułożyło — większość życia jako kierowniczka przepracowałam. Nie miało ono nazwy, tylko numer — 163, jak większość kiedyś tego rodzaju placówek. Dlatego też kiedy został ogłoszony konkurs na nazwę, mój Kazik zaproponował: »Gelvonėlis«. Jego propozycja zwyciężyła. W »Gelvonėlis«, w którym były grupy rosyjskie, potem otworzyłam polskie, 31 lat przepracowałam. A ogółem mam 45 lat stażu pedagogicznego” — mówi pani Honorata.

Czy było trudno odejść? I tak, i nie. Owszem, patrzyłam codziennie z rana na moje przedszkole, zachodziłam często, ale życie tak się ułożyło, że na nudę nie mogę narzekać. Choroby nas dopadły. Dwukrotnie Kazik miał wylew, potem ja. Teraz na szczęście jest lepiej, ale oczywiście, że moja pomoc mężowi jest codziennie potrzebna. Tym żyję i z tego się cieszę, że mogę być pomocna drogiemu, a tak bliskiemu mi człowiekowi.

Senior rodu pan Kazimierz z trzema (dziś już dorosłymi) wnukami – Tomkiem, Danielem i Kevinem Fot z albumu rodzinnego
image-60374

Senior rodu pan Kazimierz z trzema (dziś już dorosłymi) wnukami – Tomkiem, Danielem i Kevinem Fot z albumu rodzinnego

Jak lepiej się czujemy, jedziemy do mych kochanych Bakaniszek, w których odzyskaliśmy ojcowiznę. Podzieliliśmy te 40 hektarów na nas wszystkich i mam swoich 5. Zawsze z Kazikiem marzyliśmy o własnym domku, wypatrzyliśmy taki w czasopiśmie i zapragnęliśmy taki zbudować. Może byśmy mieli z tym sporo kłopotu, ale i tu mieliśmy szczęście, znaleźliśmy firmę Aliny i Tadeusza Tomaszewskich z Dukszt — oni nam nie tylko domek zbudowali, ale dosłownie zostali bardzo bliskimi przyjaciółmi. Cóż to za dobrzy, serdeczni, życzliwi ludzie — takich chyba tylko ze świecą dziś szukać” — mówi gospodyni domu.

Nawet tylko z tej niedługiej naszej rozmowy w czyściutkim, zadbanym mieszkaniu państwa Sokołowskich mogę się przekonać, jak są optymistycznie do życia nastawieni, jak cieszą się dniem codziennym, jak są życzliwymi i jak lubią się tą życzliwością z innymi podzielić.
Kiedy przed kilkoma laty obchodzili swoje 70-lecie (oboje są rówieśnikami) zaprosili cała rodzinę. Zebrało się ponad 40 osób. Oczywiście, że Irenka z Ameryki też przyleciała.

Teraz na złote wesele gości widocznie mniej się zbierze, tym niemniej uważają, że będzie to ich najradośniejszy dzień w życiu.
Piękna wyjściowa suknia od dawna kupiona, kwiat do garnituru Kazika również z tego materiału dopasowany. A najważniejsze, tak bardzo są do siebie dopasowani, szlifowali się w ciągu pięćdziesięciu lat i stale jeden w drugiego się wsłuchują i podpierają wzajemnie, jak zachodzi tego potrzeba.

Bo wspólną drogę życia mierzoną półwieczem nie każdej rodzinie udaje się przejść. To naprawdę wielki dar Boga i za to właśnie 25 sierpnia będą dziękować Najwyższemu wilnianie Honorata i Kazimierz Sokołowscy.

2 odpowiedzi to Wspólna droga życia mierzona półwieczem

  1. Wereszko mówi:

    Z artykułu:
    “Naukę zakończył na celująco i otrzymał skierowanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i z tej instytucji z czasem otrzymał mieszkanie.”
    “Kazik też awansował, stale doskonalił wiedzę. Ukończył Wyższą Szkołę Milicji przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.”

    To jest jakaś komedia?

  2. Annamaria mówi:

    @Wereszko nie to nie komedia , tak krawie kraje jak mu materii staje.
    Przykre niestety ale tak pewnie walczyli o przetrwanie , byt i lokum do egzystencji.

Leave a Reply

Your email address will not be published.