0
Cuda wiary Kalwarii Wileńskiej

Wierni uważają Krzyż i Figurę za cudowną   Fot.  Marian Paluszkiewicz
image-60778

Wierni uważają Krzyż i Figurę za cudowną Fot. Marian Paluszkiewicz

Dziś, 14 września, po raz 344. Kalwaria Wileńska obchodzi odpust Podwyższenia Krzyża św., czyli uroczystość „zamknięcia” sezonu obchodzenia Dróżek Pańskich.

Na Litwie, jak też na całym świecie mamy niejedną słynną i bardzo czczoną przez wiernych Kalwarię. Ale niemal każdemu sercu, nie tylko Wilniuka, najbliższa jest Kalwaria Wileńska. I nie jest to tylko legenda oparta na starych źródłach historycznych, nie jest to wyobraźnia dziennikarzy, czy miejscowych księży, bądź ludności. Zostawmy tym razem to wszystko na stronie.  Sięgnijmy po konkretne fakty, czyli spotkania z ludźmi, którzy byli, a niektórzy nie byli od dzieciństwa związani z Kalwarią, czasem mieszkali daleko, ale częściej lub rzadziej chodzili te Dróżki Pańskie – i jak twierdzą, doznali wielkich łask. Jedni z nich nazywają to łaskami Kalwaryjskiej Drogi Krzyżowej, inni cudami wiary. Są także i tacy, którzy mówią, że w ich sytuacji w Kalwarii wydarzył się cud (ktoś odzyskał zdrowie, inny wyszedł z nałogu itp.), jeszcze inni tego rodzaju przypadki nazywają po prostu zbiegiem okoliczności. Tak czy inaczej, są to żywe świadectwa ludzi, którzy czegoś tu doznali. Oddajmy więc im głos.

Antanas — inżynier budowlany

Wydarzyło się to kilka lat temu. Byłem już żonaty i miałem piękną maleńką córeczkę. Żenił się akurat mój kolega. Postanowiliśmy urządzić kawalerski wieczór. Było to na parę dni przed nocą Świętojańską, a więc postanowiliśmy wybrać się na przyrodę i poszukać kwiatu paproci. Na miejsce świętowania wybraliśmy las kalwaryjski. Nad ranem wszyscy się już pojechali, a ja zostałem. Chciało mi się w ciszy pochodzić po tych ścieżkach, kapliczkach i tak doszedłem do kościoła.

Czy modliłem się?  Nie wiem, ale czułem się jakoś inaczej niż zwykle. I chodź godzina była nieprzyzwoicie wczesna, w pewnym momencie postanowiłem zadzwonić do księdza (numer był na drzwiach kościoła) i poprosić o spowiedź.
Ksiądz proponował, bym przyszedł wieczorem do kościoła, ale tak nalegałem (nie wiem nawet dlaczego), że ksiądz wyszedł. O spowiedzi nie było oczywiście mowy, bo żyliśmy bez ślubu kościelnego z żoną (nie wiedziałem nawet, czy byliśmy ochrzczeni, czy była pierwsza Komunia św.), a i moje wiadomości z religii były raczej zerowe.
Pogadaliśmy jednak ze sobą dobrych parę godzin. Czułem, jak coś powoli we mnie pęka i poprosiłem księdza, by przygotował mnie i żonę do wszystkich sakramentów. Umówiliśmy się na konkretny dzień. Przyszedłem z żoną i córeczką. No i zaczęła się nasza katecheza od podstaw. Po kilkunastu tygodniach, przystąpiliśmy do wszystkich sakramentów, wzięliśmy ślub, ochrzciliśmy córeczkę. Wszystkich sakramentów udzielił nam ten sam ksiądz. I chodź, nie ma go już od lat w kalwaryjskim kościele pw. Odnalezienia Krzyża Świętego, czasem się spotykamy, a ja i moja rodzina (urodził nam się jeszcze synek) jesteśmy dziś głęboko wierzącymi i praktykującymi katolikami. Nie wiem, ale jestem głęboko przekonany, że ta przemiana w moim życiu stała się właśnie tu w Kalwarii i nie był to z pewnością przypadek.

Podczas każdego odpustu las rozbrzmiewa śpiewem i modlitwą Fot. Marian Paluszkiewicz
image-60779

Podczas każdego odpustu las rozbrzmiewa śpiewem i modlitwą Fot. Marian Paluszkiewicz

Aldona — urzędniczka

Całe życie marzyłam odwiedzić Ziemię Świętą, dotknąć tego świętego miejsca. Niedawno moje marzenie się spełniło. Wróciłam bardzo rozczarowana, bo spodziewałam się tam ciszy, wielkiego rozmodlenia, a spotkałam ogromne grupy handlarzy wszystkim, co się da. Handlarze na nas modlących się krzyczeli, popychali, że im przeszkadzamy sprzedawać.
Dopiero po tym wydarzeniu tak naprawdę doceniłam naszą Wileńską Kalwarię, jej świętość. Czy o coś prosiłam w Kalwarii? Początkowo prosiłam, ale prośby się jakoś nie spełniały i wówczas zrozumiałam, że powinnam chyba raczej dziękować, bo Bóg mnie i tak wieloma rzeczami i łaskami obdarzył. Praktycznie i w sensie materialnym i duchowym mam wszystko i jestem szczęśliwa.

Natomiast wielkich łask doznała matka mego śp. męża. Rodzice męża mieszkali w Dzukii i długo nie mieli dzieci. Matka przez kilka lat modliła się o dziecko przed obrazem Matki Bożej i obiecała Jej, że jeśli doczekają dziecka, jak tylko maleństwo podrośnie, pojedzie z nim do Kalwarii Wileńskiej, by za otrzymany dar podziękować. Modliła się, aż wreszcie wymodliła, urodził się jej mój przyszły mąż. Gdy chłopak ukończył 5 lat, pojechała z nim do Kalwarii, by dotrzymać obietnicy. Potem częściej przyjeżdżali. Mąż wspominał, że przy jednej ze stacji matka zawsze bardzo płakała. Potem zapamiętał, że była to stacja spotkania Matki Bożej z Synem niosącym Krzyż. Z czasem w rodzinie urodziło się jeszcze dwóch chłopaków, a matka męża nadal stale modliła się przed tym samym obrazem Matki Bożej, przyjeżdżała do Kalwarii.
W piątą rocznicę śmierci matki mego męża wybraliśmy się z nim do Kalwarii w matki intencji.

Nie mogłam się powstrzymać od wzruszenia, gdy właśnie przy tej samej kaplicy, mój mąż jak małe dziecko płakał (nigdy nie widziałam, żeby kiedyś płakał…). Gdy spytałem, dlaczego tak płakał, powiedział, że chyba po mamie mu to pozostało i zresztą jest przekonany, że właśnie przy tej stacji matka wyprosiła jego przyjście na świat. Dziś ten obraz męża matki z wielkim szacunkiem wisi w moim domu i ja się przed nim modlę. I nadal tylko za wszystko dziękuję.

Wiem, że jeśli kiedyś będę czegoś potrzebowała, to Bóg sam mi to da, bo tylko On najlepiej będzie wiedział, co i kiedy będzie dla mnie najlepsze.

Zofia — pracowniczka banku

Z Kalwarią Wileńską są związane moje piękne wspomnienia z dzieciństwa. Mieszkaliśmy wówczas w wileńskim Trynopolu i pamiętam, jak bardzo lubiłam te piękne śpiewy pielgrzymów, które nas budziły już od szóstej rano i trwały aż do wieczora. Każdego lata wraz z rodzicami i młodszą siostrą też chodziliśmy tę Drogę krzyżową. Najbardziej lubiłam wchodzić kolanami na tę dużą górę. Potem zawsze była świąteczna przekąska gdzieś w lesie i wszystko było takie smaczne jak nigdy.

Jako dziecko obchodząc Dróżki, prosiłam Boga, żeby jak najszybciej pójść do szkoły i spotkać się z koleżankami. Jeśli to był koniec lata, to prośba była wysłuchana, a jeśli początek, to nie. W ciągu swego życia tylko raz w Kalwarii szczerze prosiłam Boga o jedną bardzo ważną rzecz, ale nie dla siebie. Z satysfakcją i podzięce w sercu dziś mogę powiedzieć, że byłam wysłuchana. Sama dla siebie o nic nie proszę, ale tylko dziękuję. Nie wiem nawet dlaczego, bo w życiu były też trudne chwile. Dlaczego nawet wtedy nie prosiłam? Po prostu rozumiałam, że jeśli Bóg daje takie lub inne cierpienie, to dobrze wie, w jakim celu to robi.
Byłam tak nauczona w domu, że człowiek nie powinien wnikać w sprawy Boże, a już tym bardziej mieć do Niego jakieś pretensje. On jest Najwyższy i my nie mamy prawa oceniać Jego rządów i porządków, ponieważ jesteśmy tylko grzesznymi ludźmi. Jeśli natomiast na świecie coś złego się dzieje, to my ten bałagan robimy, a Bóg się temu przygląda, a jak będzie potrzeba, wkroczy z interwencją.

Z Kalwarią w sposób szczególny kojarzy mi się jedno wydarzenie. Byłam wówczas chyba w piątej klasie. Do szkoły musiałam iść, przechodząc obok cmentarza i tego dużego ogrodu, gdzie obecnie odbywają się odpusty. Tego dnia było jakieś święto (nie pamiętam jakie), bo były szeroko otwarte drzwi kościoła, paliło się dużo świateł i bardzo ładnie śpiewał chór. W pewnym momencie zauważyłam, że z ogrodu, gdzieś metr ponad ziemią wypływa jakaś tajemnicza cała w czerni postać. Nie widziałam ani rąk, ani twarzy, ani nóg, ale była to postać ludzka. „Przepłynęła” kilka metrów przede mną i lekko przesunęła się przez mur cmentarny. Wiedziona ciekawością, podbiegłam do muru (nie był wysoki), by zobaczyć dokąd się udała. Niestety nikogo już nie widziałam.
Miałam już dostatecznie wiadomości z religii, by stwierdzić, że była to z pewnością jakaś błądząca dusza pokutująca. Przed kościołem chwilkę pomodliłam się w jej intencji i poszłam dalej.
Nie, nie przewidziało mi się, bo ten obraz jak żywy do dziś stoi mi w oczach. Nie wiem, dlaczego musiałam to zobaczyć. Może ta dusza potrzebowała mojej modlitwy? Myślę, że tak.

 Nie ma to jak wyciszyć się przy kapliczce Fot. Marian Paluszkiewicz
image-60780


Nie ma to jak wyciszyć się przy kapliczce Fot. Marian Paluszkiewicz

Wanda — emerytka  z rejonu trockiego

Do Kalwarii Wileńskiej jeździłam z rodzicami jeszcze jako dziecko. Potem jeździłam już ze swoimi dziećmi. Najczęściej prosiłam o zdrowie dla dzieci, bo często mi chorowały. Może dlatego, że prosiłam, a może dlatego, że Bóg tak już wcześniej zaplanował, ale cała trójka zdrowo mi wyrosła.
Ale jednego razu moja rodzina doznała prawdziwego cudu. Pamiętam, że w domu zawsze mieliśmy kawałeczek drewna oddłubany od Krzyża przy stacji Drugi Upadek Pana Jezusa pod Krzyżem. Jak sięgam pamięcią, w naszej okolicy mówiono, że kawałeczek drewna od tego Krzyża uśmierza ból i chroni dom od pożaru. Dlatego każda rodzina, która jeździła do Kalwarii, przywoziła choćby maleńki kawałeczek tego świętego drewna (który prawie każdego roku był odnawiany). Myśmy też mieli kawałeczek tego krzyża.

Pewnego lata wybierałam się z mężem i dziećmi na Dróżki Pańskie. Przed wyjazdem postawiłam na starej, sowieckiego typu kuchence elektrycznej, co to jeszcze była „na spirali”, imbryk z wodą na herbatę. Ponieważ czas naglił, bo dzieci nudziły przed wyjazdem, po prostu zapomniałam o tej herbacie, zamknęłam chatę i pojechaliśmy furmanką. Wróciliśmy do domu i omal nie zemdlałam, bo zobaczyłam włączoną kuchenkę. W czajniku wody już ani kropli nie było, ale nic się nie zapaliło. Stanęłam jak wryta, bo niczego nie rozumiałam. Gdy chciałam włączyć światło, światła nie było. Mąż zaczął oglądać, o co chodzi i stwierdził, że po prostu wszystko skończyło się dobrze, bo zanim zaczął się palić czajnik, przepaliły się stare korki.
W moim odczuciu był to po prostu cud. W przeciwnym wypadku chata doszczętnie by się spaliła, bo mieszkaliśmy za wioską i ludzie by szybko nie zauważyli. Ten kawałeczek drewna chronię do dziś, choć już do Kalwarii nie mogę jeździć.

Leave a Reply

Your email address will not be published.