1
Obrazy Danuty Lipskiej sercem malowane

Danuta i Henryk Lipscy już prawie 25 lat razem   Fot. Marian Paluszkiewicz
image-60901

Danuta i Henryk Lipscy już prawie 25 lat razem Fot. Marian Paluszkiewicz

Maluje to, co kocha i wkłada w to część siebie. Jest to świat pełen barw płynących z kobiecego serca do serc wszystkich, kto jej obrazy ogląda — tak na pewno można określić twórczość znanej plastyczki wileńskiej Danuty Lipskiej, kobiety eleganckiej, zadbanej, delikatnej, wrażliwej na piękno, a jednocześnie tak silnej, tak mocnej i tak bogatej duchowo.

Bo tylko człowiek będący sam bogatym emocjonalnie może przekazać wszystkie kolory swej duszy na płótno i nimi dzielić się z innymi.

To tak tytułem wstępu do artykułu o naszej dzisiejszej bohaterce — kobiecie, której wystarcza sił i czasu na wszystko: na rodzinę, dom, malarstwo i na działalność społeczną. Zawsze była i jest wszędzie razem ze swym mężem Henrykiem — na wszystkich polskich imprezach, spotkaniach, zebraniach, tam, gdzie są Polacy. Ba, co tam mówić była! Przecież to ona właśnie z Janem Andrzejewskim i in. zakładała w Wileńskiej Fabryce Aparatury Paliwowej pierwszy oddział im. Wł. Syrokomli, który to akurat w najbliższym czasie swoje 25-lecie będzie obchodził.

Łatwo powiedzieć, zakładała. Tylko oni sami, kto był u podstaw, doskonale wiedzą, jakie to były niełatwe lata, ile trzeba było dokonać starań, by założyć pierwsze legalne Polskie Stowarzyszenie Społeczno- Kulturalne na Litwie.
Nie łatwej miał też jej mąż Henryk, który wraz z innymi rodakami pracującymi w zakładzie „Venta” podobny oddział nieco później założył. Wszak był to zakład o zaostrzonej uwadze służb z racji na to, że produkcja dotyczyła uzbrojenia.

Ale państwo Lipscy nigdy łatwych dróg nie szukali i nie szukają. Wręcz odwrotnie, jak za chwilę się dowiem, nie umieją nie tylko że siedzieć spokojnie, ale na jednym miejscu usiedzieć.
Pani Danuta w tym miesiącu ma też jubileusz stowarzyszenia malarskiego „Elipsa” — 20 lat, do powstania którego znacznie się przyczyniła i aktywnie udziela się po dziś dzień.
Kiedy umawiamy się na spotkanie, pani Danuta zaprasza gościnnie do swego domu, który, jak się okazuje, oboje z mężem budowali. Jak więc z takiej okazji nie skorzystać, tym bardziej, że mamy przecież do czynienia z plastyczką i jakże ciekawi jesteśmy, gdzie to te kolorowe, nastrojowe, a jednocześnie tak wyciszone obrazy powstają.

Mimo dosyć ponurego dnia, w którym odwiedziliśmy dom państwa Lipskich, jest w nim tak przytulnie, kolorowo, nastrojowo. I taka tu piękna przyroda, że człowiek zapomina, że dosłownie paręset metrów dalej — hałaśliwa ulica Kalwaryjska. Tu oaza spokoju, ciszy i swoistej medytacji — wszak dosłownie po drugiej stronie drogi park Werkowski, początek Dróżek Pańskich wymodlonych przez pielgrzymów.

„Moje życie jest tak bogate i barwne, że czasami sama dowcipkuję, że powodem tego jest chyba to, że urodziłam się na wozie, między Magunami i Podbrodziem — żartobliwie rozpoczyna nasza bohaterka. — A było to tak: mama, wieloletnia nauczycielka szkoły w Magunach, co to leżą w rejonie święciańskim, otrzymała skierowanie do Wilna i była akurat w trakcie przeprowadzki. Przyjechała do Magun po pozostawione niektóre rzeczy, widocznie chciałam jej „pomóc”, tak się na świat śpieszyłam” — z humorem mówi nasza rozmówczyni.
I tak to wilnianka Danuta (z domu Szadzianiec) ma w dowodzie zapisane: miejsce urodzenia Maguny. Każdy, kto kiedykolwiek odwiedził te strony, doskonale wie, jak są piękne, jak romantyczne. Jaki urok posiada kościół w Balingródku, w którym mała Danusia została ochrzczona. A jeżeli o pięknych miejscach, to życie jej tak się układało, że zawsze otaczała ją piękna przyroda.

Kiedy rodzina Zdzisława Szadzianca, żołnierza AK, przyjechała z Magun do Wilna, otrzymali opuszczone mieszkanie przy ulicy Wołokumpie i w tej prześlicznej miejscowości nad Wilią, dzisiaj będącej dzielnicą elitarną, zamieszkali. Już razem z babcią Stefanią, która z zesłania z Archangielska wróciła tu po 8 latach.
O rodzinie dziadków — Biegańskich — należałoby pisać osobne artykuły. Była to szlachetna, wykształcona, bardzo zamożna rodzina i właśnie za to na Syberii się znalazła babcia. Dziadek umarł od tego wstrząsu.
Ojciec pani Danuty Zdzisław Szadzianiec, nagrodzony wielu medalami, w czasach pokojowych nagrodzony Złotym Krzyżem Zasług, w latach sowieckich też otrzymał wysokie odznaczenie za męstwo podczas gaszenia pożarów pod Moskwą — order Bohatera Związku Radzieckiego. Zawsze był tam, gdzie potrzebna była odwaga. Nigdy żołnierz AK nie zapomniał o swych korzeniach polskich i w duchu wiary, patriotyzmu wychował swoje dzieci — córkę Danutę i syna Tadeusza.

Danuta Lipska — to człowiek wszechstronnie uzdolniony    Fot. Marian Paluszkiewicz
image-60902

Danuta Lipska — to człowiek wszechstronnie uzdolniony    Fot. Marian Paluszkiewicz

Edukacja Danusi rozpoczęła się w domu. Mała dziewczynka pod okiem mamy — wieloletniego pedagoga, dyrektora Wileńskiej Szkoły Podstawowej nr 57 — cztery klasy zaliczyła, a już do klasy piątej poszła do szkoły nr 5 na Antokolu. Potem była Szkoła Sztuk Pięknych oraz zaoczne studia polonistyczne.
„Pierwsza moja praca była również w Wołokumpiach, w miejscowej bibliotece, tam się ze swoim pierwszym mężem zapoznałam, pobrałam. I z tego to związku Grażynka, obecnie wykładająca biologię i język polski w wileńskiej szkole im. Wł. Syrokomli się urodziła” — przypomina moja rozmówczyni.

Nie wszystkie dni w życiu naszej bohaterki były jasne, słoneczne. Ale nigdy się nie załamała. Nawet wtedy, kiedy z dziewięciomiesięczną córeczką została sama, w tym też czasie odprowadziła w ostatnią podróż ukochaną babcię. No i została faktycznie bez środków pieniężnych. Dlatego kiedy zaproponowano jej pracę w wydziale farmacji, by robiła oprawę plastyczną — ani chwili się nie wahała. Mimo że nie była to, jak dziś wspomina, praca jej marzeń. Ale umiała w rzeczach codziennych zawsze widzieć piękno i sama się przyczyniać, by każdy najmniejszy przedmiot upiększyć. Tak było, kiedy w Wileńskiej Fabryce Aparatury Paliwowej najpierw w dziale architektury, potem w reklamie pracowała.

„Takiej jak dziś reklamy nie było. Moja praca związana była z pisaniem haseł, robieniem plakatów” — mówi.
Ale i te szablonowe teksty, które należało wykonać bardzo dokładnie, umiała upiększyć swym pięknym charakterem pisma. Robiła pocztówki dla kolegów, no, a w domu, gdzie czekały na nią dwie córeczki — Grażynka i Ludmiła oraz przyrodnia Luba — rysowała, rysowała. Akwarele, płótna… Niby takie podobne pod względem charakteru wykonania, takie damskie, takie delikatne kolorystycznie, takie wycieniowane. Takie jak jej życie niosące chwile radosne i niestety chwile ponure, przy których by niejedna się załamała. Tylko nie ona.

A potem na swej drodze życiowej spotkała Henryka, z którym są już lat prawie 25.
„To ja Danusię wypatrzyłem — przypomina pan Henryk. — Doskonale sobie pamiętam, kiedy to znany dziennikarz i poeta wileński Romuald Mieczkowski nakręcił w telewizji szkic o Danusi. Jej twórczości. Zobaczyłem piękną kobietę o bardzo smutnych oczach. Dlatego postanowiłem, że ją odnajdę i zapytam, co jest powodem jej ukrytego smutku”.

Tak się spotkali i już równo 24 lat są razem. Wspólnie na tej działce, gdzie początkowo był skromniutki składzik na narzędzia, a potem mały domek — zaczęli budować dom. Taki duży, jasny wspólny, gdzie mogłaby się zebrać cała ich obecna rodzina — ich dzieci i sześcioro wnuków.
Sami dosłownie wszystko robili, opracowali taki projekt, by zaprezentować fachowo obrazy, to znaczy, by były duże okna sięgające ziemi, by były wysokie sufity jak w prawdziwej galerii, by gdzieś umieścić witraż, który to w myślach naszej bohaterki się rodzi.

Pani Danuta przeprasza, że w jej pracowni jest artystyczny nieład (a jakże by bez niego u plastyka), bo akurat zabrała wszystkie rzeczy ze szkoły im. Wł. Syrokomli, gdzie w ciągu wielu lat pracowała jako nauczycielka plastyki. A jeszcze przed syrokomlówką była szkoła nr 5 na Antokolu, gdzie również plastykę dla dzieci prowadziła, kiedy została zwolniona z Aparatury Paliwowej. Bo za mocno się udzielała polskości…
Wtedy to Wacław Baranowski, ówczesny dyrektor szkoły nr 5, z którym w stowarzyszeniu się udzielali, zaproponował, by plastykę w tej szkole prowadziła.

„Było to dla mnie swego rodzaju wyzwanie, gdyż musiałam się podkuć pedagogicznie. Pojechałam do Polski, kupiłam podręcznik plastyki i sama zaczęłam się uczyć. I tę teorię dzieciom przekazywałam. No, a praktycznie — rysunek, malarstwo, grafika, rzeźba — to dla mnie przecież były tak znane jak pacierz. Od najwcześniejszego dzieciństwa” — mówi Danuta.

O każdym z tych etapów pracy w szkołach — zarówno w jednej, tak też drugiej — pani Danuta mówi same superlatywy. Wszędzie jej było dobrze, wszędzie czynnie się udzielała. A kiedy w Wilnie powstała niedzielna szkółka „Kogucik”, tam studio plastyczne dla polskich dzieci w wieku od lat 3 do 7 prowadziła.
Od miesiąca nie pracuje. Tym niemniej ma czas bardzo zajęty. Obecnie aktywnie pomaga w przygotowaniach do jubileuszu 25-lecia ich stowarzyszenia, w planach praca indywidualna z dziećmi. No i nowe obrazy, nowe wystawy. Ile ich było? Ponad 80 indywidualnych. Nie ma chyba miasta w Polsce, gdzie by je nie wystawiała. Miała pokazy w Białorusi, w Chicago. A jeżeli chodzi o wędrówkę jej prac — to na tej mapie są chyba wszystkie kraje rozpoczynając od Japonii, kończąc na Szwecji.

Najcieplejsze wspomnienia o mamie i całej rodzinie nosi Danuta całe życie w swym sercu Fot. archiwum
image-60903

Najcieplejsze wspomnienia całej rodzinie ma Danuta  w swym sercu Fot. archiwum

— Czy widzi pan kiedykolwiek żonę w domu? — żartobliwie pytam gospodarza domu.
— Ano, spotykamy się czasami — z takim samym dowcipem odpowiada pan Henryk.
Jak za chwilę się dowiem, sam Lipski — to też dusza niespokojna i nie mniej ciekawa dla szkicu dziennikarskiego. Inżynier z zawodu od lat uprawia fotografię artystyczną, miał też swoje wystawy. No i… gra w filmach. Kreował rolę generał-lejtnanta we włoskiej wersji „Wojna i pokój”, miał też rolę doktora w „Annie Kareninej”, a akurat w tych dniach będzie uczestniczył w filmie „Gangsterzy i dżentelmeni”, który w Wilnie kręcą reżyserzy ze Szwecji.

„Filmem zainteresowałem się podczas studiów w Petersburgu. Wtedy to tak dorabiałam do skromnego stypendium studenckiego — przypomina gospodarz domu. — A teraz tak swą młodość od czasu do czasu przedłużam”.
Oboje lubią podróżować. Kiedyś łączyli pracę za granicą (zbierali jagody na północy) ze zwiedzaniem kraju. Bo na rodzinę, dom, który z 25 mkw do 250 mkw się rozszerzył, trzeba było zarobić. Wolny czas przeznaczali na zwiedzanie kraju. Potem nadszedł okres, kiedy za granicą zaczęto organizować prezentacje twórczości Danuty Lipskiej. Z tego to okresu ma plastyczka stosy dyplomów, odznaczeń, wyróżnień, nagród, które z każdym rokiem stają się coraz bardziej opasłe. Dochodzą nowe dyplomy i odznaczenia. Poczesne miejsce wśród nich zajmuje Srebrny Krzyż Zasługi, jaki otrzymała za całokształt pracy.

Strofy o malarstwie Danuty Lipskiej można przedłużać bez końca. Bo spotkanie z duszą każdego artysty — to rzecz bardzo osobliwa. A co dopiero mówić, kiedy jest to osoba tak ciepła, tak wszechstronna, tak dobrze ustosunkowana do ludzi, którzy ją otaczają. Nic dziwnego, że tym samym jest obdarzona przez najbliższych: męża Henryka, dzieci, wnuków, znajomych i przyjaciół.
…Przed kilkoma dniami na tarasie ich domu usiadł bezdomny prześliczny kotek, którego oczywiście Lipscy przygarnęli.
Uważnie się przysłuchuje naszej rozmowie, mrucząc cichutko, by nie przerwać tę rozpoczętą, ale na pewno niezakończoną opowieść o tej wyjątkowo utalentowanej rodzinie wilnian, Danuty i Henryka Lipskich.

Jedna odpowiedź do Obrazy Danuty Lipskiej sercem malowane

  1. Maria mówi:

    Pani Heleno, pieknY artykul o Danucie Lipskiej…Znamy ja oddawna, kiedy uczyla moje dzieci plastyki.. w szkole J.Lelewela..Bardzo ja kochamy, zawsze serdeczna i usmiechnieta, piekna i stylowa, tyle serca oddawala swoim “:podopiecznym”..
    Zawdieczam tylko Pani Danucie,ze moj syn dzisiaj maluje iwychodzi mu bardzo dobrze.

Leave a Reply

Your email address will not be published.