5
Pułkownik wspomina pielgrzymkę papieską Jana Pawła II na Litwie

W Wilnie gościli członkowie załogi 103 Pułku Lotniczego Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Pierwszy od lewej pułkownik Jan Urbaniak<br/>Fot. Honorata Adamowicz
image-61326

W Wilnie gościli członkowie załogi 103 Pułku Lotniczego Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Pierwszy od lewej pułkownik Jan Urbaniak
Fot. Honorata Adamowicz

W Wilnie w sobotę i niedzielę, 12-13 października, gościli członkowie załogi 103 Pułku Lotniczego Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Właśnie ten pułk miał zaszczyt obsługiwać pielgrzymkę Jana Pawła II na Litwie w 1993 roku. Ojciec Święty odbył duszpasterskie pielgrzymki do trzech krajów bałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia). To był pierwszy papież, który stanął na ziemi „Kraju nad Niemnem” od czasu przyjęcia chrztu przez jego naród, po kilku latach odzyskania wolności.

Dowódca śmigłowca, pilot — obecnie w stanie rezerwy — pułkownik Jan Urbaniak opowiedział o tym, jak się współpracowało z papieżem i z jakimi problemami spotkali się podczas wizyty na Litwie.

— Tej pielgrzymki nie zapomnę nigdy. W czerwcu 1993 roku otrzymaliśmy zadanie rządowe, żeby zabezpieczyć transport Ojca Świętego w czasie pielgrzymki do trzech krajów bałtyckich. Nie mieliśmy nawet odpowiedniego śmigłowca dla takiego VIP-a. Więc zaczęliśmy przerabiać nasz transportowy śmigłowiec. Wnętrze wyłożyliśmy jaśniejszymi kolorami, wszystko, co było możliwe, wygłuszyliśmy, ustawiliśmy specjalny fotel dla papieża — opowiada Jan Urbaniak.

Jak mówi, najtrudniej było zabezpieczyć całą podróż, ponieważ wtedy to były bardzo niespokojne czasy. Dopiero co, 2 września, Litwę symbolicznie opuścił ostatni żołnierz radziecki. Gdy przyjechał szef sztabu biura ochrony rządu (BOR), który wielokrotnie zabezpieczał wizyty papieża w Polsce, zobaczył, że państwo litewskie dopiero się reorganizuje. Napisał więc notatkę, że prawdopodobieństwo bezpieczeństwa wykonania tego zadania nie jest na poziomie akceptowania.

— Wtedy minister Suchocka i minister spraw wewnętrznych postanowili pomóc Litwie. No i otrzymaliśmy zadanie zabezpieczyć podróż Ojca Świętego — powiedział pułkownik.

W czasie podróży Jana Pawła II zawsze musiały być dwa śmigłowce. Jeden był główny, którym latał papież. Drugi – zapasowy, pusty. Na wypadek, gdyby coś się stało.

Na Litwie był także problem z wariantami transportu papieża.

Jak zaznaczył pułkownik, nigdy nie może być jednej trasy dla tak ważnej osobistości. Jeżeli np. papież był w Polsce, to były trzy warianty: kołowy, samolotowy i kolejowy.

Kiedy Polacy zapytali Petrasa Liubertasa, ówczesnego generalnego komisarza policji, ile wariantów ma Litwa, ten odpowiedział: „Trzy. Pierwszy — samolotowy, drugi — samolotowy, trzeci — samolotowy”.

— Zawsze, przed wyjazdem, meldowałem Ojcu Świętemu osobiście, po jakiej trasie ma lecieć. Drugim moim zadaniem było koordynowanie służb ochrony. Mieliśmy taki wypadek w Rydze, gdy czterech dwumetrowych ochroniarzy z kałasznikowymi stanęli pod miernikiem wysokości. Gdy śmigłowiec wylądował z papieżem, jeden z ochroniarzy stanął bardzo blisko. Po wyłączeniu silnika śmigłowca łopaty z przodu opadają nisko — do 1,5 m — i prawdopodobnie ochroniarz zostałby trafiony w głowę. Musiałem niezwłocznie temu zapobiec! Rzuciłem się na mężczyznę. On nie od razu zareagował, ale potem zrozumiał o co chodzi — powiedział Jan Urbaniak.

Jak zaznaczył, śmigłowiec miał bardzo niskie wejście. Pewnego razu wychodząc papież uderzył się w nie czołem. Miał nawet przyklejony plaster, cała prasa o tym pisała. Żeby zapobiec takim wypadkom, pułkownik zawsze więc trzymał rękę nad głową Ojca Świętego.

— Dbałem o wiele ważnych spraw. Każdego wieczoru o godz. 22 przychodził do nas szef policji, Petras Liubertas, siadaliśmy przy stole i omawialiśmy miniony dzień — co było źle, a co dobrze. Rozmowy trwały do późnej nocy — powiedział pułkownik.

Jak zaznacza, było bardzo dużo zasad, których należało przestrzegać. Jedną z nich było chronienie śmigłowców — nikt nie mógł mieć do nich dojścia, oprócz – oczywiście – załogi. Jej członkowie nie mogli jeść w stołówce, żeby przypadkiem nie zostali zatruci. Piloci dwóch śmigłowców papieża zawsze jedli osobno. Na wypadek gdyby jeden zachorował, musiał być inny do dyspozycji.

— Pamiętam, jak polecieliśmy na rekonesans na Górę Krzyży. Pokazano nam łąkę, na której mieliśmy lądować. Przecinała ją linia wysokiego napięcia. Mówimy, że tę linię trzeba „zwinąć”. Miejscowy przedstawiciel powiedział nam, że nie ma problemu. „Zwiną”, nic strasznego, jeżeli nawet ludzie przez trzy dni będą bez prądu. Niestety, takie podejście wtedy było do ludzi… — powiedział Jan Urbaniak.

Kolejna przygoda wydarzyła się w Szydłowie. Tam nie było miejsca na lądowanie, ale szybko zorganizowano polanę, którą wyasfaltowano.

Szydłów to miejscowość podmokła. Wtedy akurat ciągle padały deszcze. Po wizycie papież musiał przejść część drogi — z kościoła do śmigłowca. Trasę wyłożono deskami i chodnikiem, żeby przypadkiem nie zabrudził sutanny. Niestety, nadepnął na nią i była widoczna czarna plama.

— Zobaczyłem, że pobrudził swoją bialutką sutannę, a akurat mieliśmy krótki przelot z Szydłowa do Wilna. Na szczęście mieliśmy ciepłą wodę w termosach. Poprosiliśmy więc Ojca Świętego by usiadł w fotelu. Gdy odmawiał brewiarz, my – siedząc na podłodze, żeby nikt nie widział – wyczyściliśmy plamę — powiedział pułkownik.

Jak mówi, Jan Paweł II był niesamowicie zwyczajnym i „kontaktowym” człowiekiem. Miał ciepłe podejście do ludzi, wychodził do nich, rozmawiał.

— Wiele razy zdarzało się, że ludzie po prostu mdleli na widok papieża. W czasie podróży z Dziwiszem (biskup Stanisław Dziwisz wówczas był osobistym sekretarzem Jana Pawła II – od red.), obaj odmawiali brewiarz. Papież rozmawiał z nami na „ty” i miałem wrażenie, że znam go od wielu, wielu lat. Były takie wypadki, że Ojciec Święty rozmawia z tobą. W pewnej chwili robi się nieobecny, myślami jest gdzieś daleko. Wtedy można do niego mówić, on nic nie słyszy, jest gdzieś w innym świecie… — przypominał Urbaniak.

Jak zaznaczył nasz rozmówca, władza litewska w tamtych czasach bardzo chętnie współpracowała i przysłuchiwała się wszelkim podpowiedziom Polaków. Zupełnie inaczej współpracowało się z władzą łotewską. Tam nikt nawet palcem nie poruszył, żeby współpracować.

— Na szczęście, cała pielgrzymka papieża odbyła się bez incydentów. Pamiętam, jak komisarz Liubertas powiedział, że bezpieczeństwo papieżowi ze strony Litwy zapewniało 600 policjantów. Z nich prawdziwych było może 200, reszta to przebrane w mundury sekretarki i inni obywatele, którzy z policją nie mieli nic wspólnego, ale byli bardzo pomocni — zaznaczył pułkownik Jan Urbaniak.

5 odpowiedzi to Pułkownik wspomina pielgrzymkę papieską Jana Pawła II na Litwie

  1. józef III mówi:

    miła opowieść

  2. Wereszko mówi:

    “Jeżeli np. papież był w Polsce, to były trzy warianty: kołowy, samolotowy i kolejowy…” itd.

    Szkoda,że tak samo pieczołowicie nie zabezpieczyliście wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku Katyniu.Wystawiliście go na odstrzał,”zdradziliście o świcie”.

  3. Jan mówi:

    Ma Pani Rację – jest jednak zasadniczy problem – jednostka, która zabezpieczała transport Papieża na Litwie została zlikwidowana w 2000 roku, a doświadczony pułkownik z artykułu jest na emeryturze od 12 lat (Starych ludzi się u nas nie słucha) – taka egzotyka!!! Pozdrawiam.

  4. Anna mówi:

    I tak na błocie po deskach Bog, ludzkimi rękoma, zmienia świat na lepszy. Sami nie wiemy kiedy, myjemy sutanny lub chronimy głowy. Służba… Dziękuję, Panie Pułkowniku.

  5. Pilot mówi:

    Pan Urbaniak nigdy jako pilot nie latał z Papieżem/może w snach/.Owszem ,zajmował się logistyką i zabezpieczeniem.Reszty nie będę komentował, szkoda słów.

Leave a Reply

Your email address will not be published.