0
Sylwetka Wspólnoty — wileński kościół pw. św. Anny

Gospodarz Wspólnoty ks. prałat Kęstutis Latoža Fot. Marian Paluszkiewicz
image-62115

Gospodarz Wspólnoty ks. prałat Kęstutis Latoža Fot. Marian Paluszkiewicz

„Gdybym mógł, postawiłbym go sobie na dłoni i zaniósłbym go do Paryża” — tak o wileńskim kościele św. Anny mówił Napoleon.

To prawdziwa perła nie tylko na skalę Litwy, ale też Europy. Perła wybudowana w trochę niefortunnym miejscu, bo obok kościoła Bernardynów. Zupełnie blisko jest także Katedra. Nic więc dziwnego, że nawet niedzielami zbiera się na Msze św., które są tu odprawiane wyłącznie po litewsku, zaledwie około 20-30 osób. Zresztą, to nie jest kościół parafialny, a tylko Wspólnota.
„Kiedy przed 4 laty objąłem pieczę nad tym kościołem, więcej było osób przy ołtarzu niż w kościele” — przypomina ks. prałat Kęstutis Latoža. Ksiądz, który odbudował Stacje Kalwaryjskie i który ciągle myślami powraca do Kalwarii, do naszej wspólnoty.

Trudno było w nowej parafii, bo kościół zimny, bez większych tradycji, miał też długi, które należało spłacić. Ksiądz Kęstutis jednak nie zniechęcił się i ze stoickim dla siebie uporem zaczął powoli gromadzić ludzi, to i owo robić w kościele. Wstawił z jednej strony nowe okna, bo wiatr po kościele hulał. Okrył ciepłymi dywanikami ławki, umieścił małe grzejniki pod ławkami i ołtarzem. Powoli zaczęli przychodzić ludzie.

— Dotąd nie chodziłam do tego kościoła, bo zawsze był taki nieprzytulny i prawie pusty, ale kiedyś z ciekawości weszłam. Akurat była odprawiana Msza św. Spodobał mi się bardzo ksiądz, ta jego pobożność, z jaką sprawował nabożeństwo. A w szczególności urzekło kazanie. Tak jakby dla mnie mówione. Odtąd zaczęłam częściej tu przychodzić i za każdym razem wychodzę bardziej podbudowana na duchu, silniejsza — mówi wilnianka Aldona.

Ogólny widok kościoła pw. św. Anny Fot. Marian Paluszkiewicz
image-62116

Ogólny widok kościoła pw. św. Anny Fot. Marian Paluszkiewicz

Już prawie cztery lata ksiądz prałat Kęstutis pełni pieczę nad tym kościołem. Do zrobienia jest tu jeszcze bardzo wiele, ale ma nadzieję, że z Bożą pomocą powoli się uda. Niestety, wszystko się opiera o pieniądze, a tych ciągle brak.
„Kiedy budowałem Kalwarię, to wiele osób mi odradzało, żebym się nie imał tej roboty, bo i tak nic z tego nie wyjdzie. A ja nic wielkiego nie robiłem, tylko się modliłem. No i chyba wymodliłem” — powraca wspomnieniami wstecz.
Tu już też sporo wymodlił, bo z każdym dniem coraz więcej osób przychodzi — inteligencji, szczególnie lekarzy. Czytają i rozważają Pismo Święte, dyskutują na aktualne życiowe tematy. Wiele osób właśnie tu w kościele ze sobą poznało się i teraz podtrzymują kontakty, spotykają się na neutralnym gruncie całymi rodzinami.

Takie „kościelne” znajomości bardzo zbliżają ludzi. Wychodzą, zaczynają ze sobą rozmawiać o życiu, problemach, o tym, co ich cieszy, a co boli. W taki to sposób powstał nieoficjalny „Caritas”.
— Niestety, nie mamy żadnych dodatkowych pomieszczeń, gdzie można by było jakąś herbatę zrobić, czy ubranie dla biednych zebrać, ale zorganizowaliśmy taki „domowy Caritas”. Ludzie się już poznali i po prostu jeden drugiemu pomagają — a to jedzeniem, a to jakąś posługą. Cieszy mnie bardzo, że powoli coraz więcej młodzieży przychodzi, która też się włącza w naszą wspólnotę — mówi ks. prałat.
Pomimo że cały dzień pracuje w Kurii, znajduje czas i na pracę w kościele, a także na kontakty z ludźmi. Jest tu powszechnie lubiany i szanowany.

Wnętrze kościoła Fot. Marian Paluszkiewicz
image-62117

Wnętrze kościoła Fot. Marian Paluszkiewicz

Może za ten zawsze przyjazny uśmiech, co stale gości na jego twarzy, a może za ten stoicki spokój wewnętrzny. Ktokolwiek bliżej go zna, zawsze mówi, że to wyjątkowy kapłan i człowiek. Zawsze pogodny, wewnętrznie skupiony i do każdego z dobrym słowem podchodzi.
— Kiedyś zupełnie przypadkowo wszedłem do tego kościoła. Ksiądz akurat mówił kazanie, które mnie się bardzo spodobało. Pomyślałem sobie, że bardzo bym chciał, żeby w naszej szkole wykładał religię — mówi mały Antaniukas, który specjalnie z drugiego końca miasta już po raz kolejny przyjechał na niedzielną Mszę św. Praca duszpasterska wymaga dużo cierpliwości, modlitwy i zaufania Bogu. Miejmy nadzieję, że powoli ks. Kęstutis, z Bożą pomocą, ożywi tę wspólnotę. Pierwsze i najtrudniejsze kroki już zrobione. Niech dobry Bóg mu błogosławi i niech go ws piera. Szczęść Boże!

Z HISTORII KOŚCIOŁA

Kościół św. Anny w Wilnie usytuowany przy ulicy Maironio 8, tuż przy brzegu rzeczki Wilenki. Wybudowany w stylu późnego gotyku gdańskiego.
Powstał na przełomie XV i XVI wieków, z fundacji wielkiego księcia litewskiego i późniejszego króla polskiego Aleksandra Jagiellończyka, jako kaplica św. Anny przy zespole klasztornym bernardynów. Architektem był najpewniej budowniczy miejski z Gdańska, Michał Enkinger, przysłany tu przez radę miejską na prośbę króla. Po pożarze w roku 1563 odbudowano zwalone sklepienia, a w 1581 roku świątynia została wyświęcona w obecności biskupa krakowskiego i wileńskiego Jerzego Radziwiłła i późniejszego arcybiskupa lwowskiego Jana Solikowskiego. W 1747 roku Jan Krzysztof Glaubitz wzniósł w kościele trzy nowe ołtarze. Świątynia remontowana była jeszcze kilkakrotnie; gruntownie w latach 1900-1904 (po kolejnym pożarze) pod kierunkiem Józefa Piusa Dziekońskiego i Sławomira Odrzywolskiego.
Według legendy, Napoleonowi podczas wyprawy na Moskwę tak się spodobał ten kościół, że z chęcią przeniósłby go do Paryża.
Świątynia posiada efektowną, koronkową fasadę, dekorowaną 33 rodzajami ceglanych kształtek. Wyposażenie kościoła jest neogotyckie, z XIX wieku, jedynie późnobarokowe ołtarze (główny i dwa boczne), zaprojektowane przez Jana Krzysztofa Glaubitza, pochodzą z XVIII wieku.

Leave a Reply

Your email address will not be published.