0
Leokadia Szałkowska: Jestem w ciągłym poszukiwaniu twórczym

Twórczyni Leokadia Szałkowska i jej najnowsze wyroby – wydmuszki Fot. Leon Szałkowski
image-63845

Twórczyni Leokadia Szałkowska i jej najnowsze wyroby – wydmuszki Fot. Leon Szałkowski

Należy do kategorii twórców będących stale w poszukiwaniu. Niepotrafiących zadowolić się osiągniętym.
Lubi eksperymentować i zadziwiać. I siebie, i otoczenie. Mistrzyni, posiadająca status Twórcy Artystycznego, który to nadało jej w roku 2005 Ministerstwo Kultury Litwy.

Leokadia Szałkowska, znana daleko poza granicami naszego kraju wybitna palmiarka. Twórczyni, rzec można, zawodowa, albowiem ze swą mamą (od. aut. – Jadwiga Kunicka — seniorka palmiarstwa na Wileńszczyźnie) były pierwszymi  i jedynymi Polkami, należącymi do Związku Twórców Ludowych Litwy i przez wiele już lat swymi arcydziełami kwiatowymi sławiły i sławią Litwę daleko poza granicami kraju.

Palmy Leokadii Szałkowskiej i jej mamy, znane są nie tylko na Litwie. Mieli możliwość je obejrzeć i nabyć mieszkańcy wielu miast Polski. Eksponowano je na Węgrzech, w Finlandii, Ameryce, na światowym festiwalu EXPO w Japonii. Zresztą nie tylko wystawiano — widzowie widzieli jak się palma rodzi.

Znamy się z Lodzią od dobrych lat trzydziestu. A swą znajomość z tą utalentowaną kobietą zawdzięczam również… palmom. Bo, kiedy przed trzema prawie dziesięcioleciami, w te jeszcze lata sowieckie zaplanowałam uczcić na łamach gazetowych Niedzielę Palmową — zrobiłam to skrycie — to znaczy poprzez ukazanie tego rodzaju sztuki. Bo palma w latach sowieckich nie mogła być kojarzona ze świętem religijnym.
Tak poznałam gościnny i bardzo serdeczny dom Jadwigi Kunickiej, autorki najwyższej na owe czasy palmy wałeczkowej, która między innymi powędrowała w darze do Ojca Świętego Jana Pawła II.

Dom rodzinny Leokadii był i pozostał (chociaż sama ostatnie lata wraz ze swą rodziną mieszka w Wilnie) w podwileńskich Krawczunach.
Jest to wieś szczególna nie tylko z racji na historię, ale z racji też na tradycje wicia palm. Latem, przed każdym prawie domem suszą się przeróżne trawy, kwiaty, kłosy, które, potem kiedy to nadchodzi zima, umiejętne ręce palmiarek splatają w takie miniaturowe kobierce kwiatowe zadziwiające świat. Takie niesamowite uczucie, że są to rzeczy unikalne, odniosła Szałkowska, kiedy była w Japonii. Każdy prawie Japończyk kwiatka dotknął, trawkę powąchał i długo i cierpliwie słuchał lekcji, jak z tego suchego bukiecika tak barwnych roślin powstaje taki krąglutki, o tak subtelnym ornamencie wałeczek. Każdy inny.

— Skąd mam to zamiłowanie? — przepytuje i po chwili z zapałem opowiada, jak to jej mama umiała i ubranie uszyć, i kołnierzyk z nici wydziergać, i firanki papierowe, ale takie prześliczne na okna zawiesić, i wycinankami półeczki w kuchni upiększyć.  A malutkim grafitem ze zwykłego ołóweczka cuda narysować, a z gliny naczynie wylepić…

— Ale najbardziej — ja i mój brat – to chyba świętego Mikołaja zapamiętaliśmy – mówi moja rozmówczyni. – Po pierwsze, że był zwiastunem zbliżającego się Święta Bożego Narodzenia, a po drugie, że był taki cudowny. I taki… smaczny. Bo był z ciasta! Szkoda było go, co prawda, jeść, ale nasze dziecięce łakomstwo zwyciężyło, bo czasy przecież były inne, ponieważ w sklepach nie było tyle łakoci.
Jak mówi, mieli też chyba najśliczniejszą zapewne choinkę, bo ozdobioną przez zabawki wykonane przez mamę i dzieci.

Szkoła początkowa była w Płacieniszkach.
Jak mówi nasza bohaterka, była to też wyjątkowa placówka – takich nauczycieli jak tu, chyba nie było nigdzie. Byli to ludzie światli, jaśni, patriotycznie nastawieni – poczynając od dyrektora Władysława Tomaszewskiego i  kończąc na wszystkich nauczycielach.
Ile miała lat, kiedy zrobiła pierwszą palmę?
Lodzia tego nie pamięta. Żartuje, że chyba jeszcze w kolebce. Tak samo, jak jej dzieci – córka Agnieszka, która już dawno ma własną rodzinę i mieszka w Dublinie oraz syn Rafał, który jako małe dziecko (chyba trzyletnie) umiał już palemkę uwić.

Prawie cała rodzina w komplecie – od lewa — syn Rafał z żoną, w centrum – Leokadia i Leon, córka Agnieszka z mężem i dziećmi – Sewerynem, Faustyną. Nie ma tylko niedawno urodzonego Selestyna Fot. Leon Szałkowski
image-63846

Prawie cała rodzina w komplecie – od lewa — syn Rafał z żoną, w centrum – Leokadia i Leon, córka Agnieszka z mężem i dziećmi – Sewerynem, Faustyną. Nie ma tylko niedawno urodzonego Selestyna Fot. Leon Szałkowski

— Jakże lubiłam Kaziuka, kiedy to z mamą jechałyśmy na Rynek Kalwaryjski palmy sprzedawać, jak mi się podobało, że ludzie podchodzą, pytają, jak taka palma powstaje! — mówi znana palmiarka.
Po ukończeniu szkoły średniej reżyserka Teatru Lalek śp. Laima Lankauskaitė, jedna z wielbicielek talentu palmiarskiego Jadwigi Kunickiej, widząc talent jej córki, zaprowadziła Lodzię do Muzeum Sztuki Litwy, którym kierował wspaniały człowiek, historyk sztuki, malarz, restaurator Pranas Gudynas.

Ten mówi: Pokaż, co potrafisz. Dał jej pewien okres próbny w pracowni konserwacji ceramiki.
– Miałam oczywiście pewną tremę – mówi Leokadia. – Wiedziałam, że autorytatywna komisja będzie decydować, czy orientuję się, jaka powinna być forma, kolorystyka. Ale poszło mi nader łatwo. Więc jako 18-letnia dziewczyna rozpoczęłam pracę w tej dziedzinie i już 38 rok jak poświęciłam się temu zawodowi – mówi Lodzia.

Pracowała, uczyła się (ukończona Wileńska Szkoła Sztuki) i… szukała siebie także w innych dziedzinach sztuki.
Bo mimo że teoretycznie całe życie związane jest z ceramiką, to czego tylko nie robiła! Wszak od dawna przez Muzeum Sztuki Pięknych Litwy utworzone zostało Centrum Restauracji i Konserwacji Zabytków, gdzie są konserwowane wyroby ceramiczne, które potem trafiają do skarbnicy muzeów z całej Litwy.
Czy jest trudno odrodzić dzieło?

— Zależy — mówi Szałkowska. — Czasami bierzesz do rąk te kawałeczki ceramiczne znalezione i wydobyte z ziemi przez archeologów i zdawałoby się, że się same układają. Pasują jeden do drugiego, jakby podpowiadają, gdzie je umieścić – opowiada restauratorka.
— Bo przecież w ciągu tych lat — prawie już czterdziestu w tym zawodzie — doskonale się orientuję, z jakiej epoki pochodzą, jak mają wyglądać po restauracji. Zresztą, od czego literatura fachowa, która stale jest potrzebna. Ale są czasami, jak określam, bardzo krnąbrne eksponaty – mówi Leokadia. — Ale jestem uparta. Patrzę przez godzinę, drugą na te „szczątki”, a potem zaczynam nawet z nimi rozmawiać. I ten tak dotąd „uparty” eksponat jakby się poddaje — żartuje moja rozmówczyni, konserwator zabytków w oddziale restauracji ceramiki, posiadająca najwyższą kwalifikację w swoim zawodzie.
Jest ciekawa nowych gałęzi sztuki, tworzenia w zupełnie innym kierunku. Jak gdyby od tej tak wymagającej dokładności i precyzji dziedziny chce się oderwać do zupełnie innej. Więc przed laty zaczęła tworzyć korale. Oczywiście też ceramiczne.

„Była to jak gdyby nasza rywalizacja przyjacielska, przychodziłyśmy do pracy i każda z nas, restauratorek, chwaliła się, co zrobiła w domu. Kiedy nadszedł okres na korale, to pokazywałyśmy jedna drugiej swoje próby. Potem był okres dzwoneczków. Samo życie podpowiada modę na wyroby” — mówi Lodzia.
Bardzo lubi bywać na Kaziuka. Bo jest to dla niej okazja do zapoznania się, co tak nasi twórcy nowego oferują.

Ale wyroby Leokadii Szałkowskiej na wileńskim Kaziuku bardzo trudno, wręcz niemożliwie znaleźć. Z najprostszej przyczyny — palmy, które ona tworzy i jej mama mieszkająca w domu rodzinnym w Krawczunach — rozchodzą się prosto z domu. Znajomi podpowiadają jeden drugiemu, gdzie można je kupić. Więc na targ nie wystarcza.

Jaka kobieta nie chciałaby mieć takiej broszki autorskiej!  Fot. Leon Szałkowski
image-63847

Jaka kobieta nie chciałaby mieć takiej broszki autorskiej! Fot. Leon Szałkowski

Za to są rokrocznie, od 25 lat, są na Kaziuku w Lidzbarku Warmińskim. Od czasu kiedy to wileńska ekipa uczestniczy w tym tradycyjnym święcie na Ziemi Warmińskiej.
W tym polskim mieście nad Łyną czekają na Leokadię i Leona Szałkowskich „krewni” (co prawda tylko z nazwiska) — rodzina Joanny i Andrzeja Szałkowskich, z którą bardzo się zbliżyli za to ćwierćwiecze.
W roku ubiegłym państwo Szałkowscy z Lidzbarka bawili się w Wilnie na weselu Rafała — syna Leokadii i Leona.

Do oferty handlowej do Lidzbarka Leokadia prócz palm dołącza coraz to nowe swe wyroby. Oczywiście przez siebie wykonane. Tak przed dziesięciu bodajże laty na drzewku ustawionym w glinianym naczyniu zawisły różnokolorowe dzwoneczki, palmy ulokowały się w prześlicznych koszach wiklinowych. Bo Lodzia nie byłaby artystką, gdyby swe wyroby odpowiednio nie zaprezentowała. Umie stworzyć kompozycje pieszczące wzrok i wabiące, aby je nabyć.
W tym roku Lodzia na Kaziuka do pięciu miast Warmii szykuje jeszcze jedną niespodziankę — miniaturowe palemki, na których usadowi się wydmuszka.

Dawno przypatrywała się temu rodzajowi sztuki, który jest, tak jak i pisanki popularny w Polsce, ale na Litwie, szczególnie na Wileńszczyźnie takich twórców prawie nie ma. Pisanki robią raczej Litwinki, zaś mieszkańcy Wileńszczyzny tradycyjnie farbowały jajka łuską cebulową, trawami.
— Byłam przed laty w Ameryce na Światowym Festiwalu Twórców Ludowych „Smithsonian folk life festival”, który się odbył w Waszyngtonie. Była tam też znana twórczyni Ada Mickuvienė.  Ona pokazywała technikę tworzenia wydmuszek, ja — wicia palm. Trochę tej wiedzy podpatrzyłam, trochę wystudiowałam, resztę — sama dodam. I to będzie pierwszy rok, jak wystąpię z wydmuszkami. Ale oczywiście będą ona umiejscowione na palemce — opowiada moja rozmówczyni.
Kiedy pokazuje, jak tworzy się wydmuszka — to nie mogę się nadziwić, jaki to pracochłonny proces. Jak trzeba delikatnie z tą skorupką się obchodzić, by nie pękła, by ornamenty wzoru były nie tylko kolorystycznie ciekawe, ale i trwałe. Wśród dziesiątka już gotowych nie widzę prawie dwóch autentycznych.

— Nie lubię się powtarzać, dlatego każda wydmuszka jest inna, tak samo, jak inna jest stworzona przeze mnie palma, inny dzwoneczek czy też broszka, które, między innymi, ostatnio też robię — słyszę od Szałkowskiej.
A zamiłowanie do tych ozdób kobiecych, jak za chwilę się dowiem, powstało ze zwykłej potrzeby życiowej.
— Kiedy przed Gwiazdką obeszłam prawie wszystkie sklepy, by przed świętami kupić upominki dla moich bliskich, to zobaczyłam, jak trudno jest o coś oryginalnego. A jeżeli jest coś, to jest bardzo drogie. Dlatego zdecydowałam, że spróbuję zrobić sama — mówi mistrzyni.
Tak powstały broszki. Z aksamitu, upiększone krysztalikami Swarovskiego. Każda inna, każda niepowtarzalna.
„Koleżanki nawet mi czasami kawałek materiału przynoszą, czy sukienkę, abym zrobiła dla nich pasującą do tego broszkę.  Bardzo lubię je robić, bo widzę radość, jaką przynoszą one moim bliskim, znajomym”.
Kiedy wygospodarowuje czas na twórczość?

— Teraz to jest już trochę łatwiej. Nasze gniazdo domowe opustoszało — córka Agnieszka z rodziną mieszka w Dublinie, syn Rafał się ożenił — mieszkają  niedaleko nas, w tej samej dzielnicy. Na co dzień nasza pomoc nie jest im potrzebna. A dla mnie bardzo pomaga mój mąż Leon — słyszę w odpowiedzi.

Leon Szałkowski też jest twórcą — fotografikiem, który na swoim koncie ma prześliczne zdjęcia Wilna. Fotografie w drewnianych ramkach wystawia też w tych miasta, gdzie żona swe wyroby. Corocznie nie tylko w Lidzbarku, ale też tydzień przed Niedzielą Palmową w Białymstoku, dokąd to wyjazdy tej zdolnej utalentowanej rodziny wileńskiej stały się też tradycyjne.

Leave a Reply

Your email address will not be published.