8
Powroty tęsknotą przywoływane

Gospodarze Barskuńskiej Szkoły Podstawowej — od lewej — wicedyrektor Marian Bujnicki oraz dyrektor Irena Siemaszko — pokazali gościom szkołę<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz

Gospodarze Barskuńskiej Szkoły Podstawowej — od lewej — wicedyrektor Marian Bujnicki oraz dyrektor Irena Siemaszko — pokazali gościom szkołę
Fot. Marian Paluszkiewicz

Cztery dni na ziemi porzuconej przed z górą półwieczem. Nie z własnej woli. Ziemi, na którą przybywają od czasu, kiedy tylko zniesiona została żelazna kurtyna. Ziemi wileńskiej, która dla tych sędziwych członków Olsztyńskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej nadal się śni.
Prezes Olsztyńskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej (TMWiZW) Zygfryd Gładkowski zapewne by sam nie mógł policzyć, ile razy był na Litwie. W jakich tylko imprezach nie uczestniczył. Ile sztandarów ufundowanych dla szkół wileńskich przywiózł, ile to razy czoła przed poległymi na Rossie, czy też pomordowanych w Ponarach uchylił.

Ile festynów, koncertów naszych znanych zespołów artystycznych oglądał. Zna życie tutejsze Polaków, tych, co to tak jak on w tych latach powojennych do Polski repatriowali, jak też aktualności dnia współczesnego. Wszak po dziś dzień o sobie z dumą mówi: „Jam wilniuk”.
Ale ostatnia jego wizyta jakże była nietypowa. Jakże wzruszająca zarówno dla niego, jak też dla jego współtowarzyszy, również wilniuków, którzy przyjechali swe strony rodzime odwiedzić, pochylić się nad grobami bliskich, co tu spoczynek znaleźli, odwiedzić krewnych i znajomych, spotkać się z młodzieżą.
W ciągu czterech dni majowych właśnie na Wileńszczyźnie bawiła delegacja wilniuków wywodzących się z Mejszagoły, Dukszt Pijarskich, Olan, Miedziuk, Barskun albo z tymi to miejscowościami mającymi związek poprzez chrzest, komunię świętą w którymś z kościołów miejscowych lub naukę.
Prezesowi towarzyszyli: Jan Gojło z małżonką oraz Józef Liminowicz. Goście, nie tylko miejsca dzieciństwa, młodości odwiedzili, ale spotkali się także z mer rejonu wileńskiego Marią Rekść, której Zygfryd Gładkowski wręczył pamiątkowy medal z okazji 25-lecia działalności Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej. Taki też medal prezes złożył na ręce pani mer, aby przekazała go europarlamentarzyście, prezesowi AWPL Waldemarowi Tomaszewskiemu.
„Wręczając te okolicznościowe medale, wybite z okazji 25-lecia naszej działalności, jeszcze bardziej chcemy się do was przybliżyć, jeszcze raz potwierdzić, że zawsze jesteśmy pełni uznania dla tych prac, które dokonaliście i jakie niełatwe macie zadania na co dzień” — powiedział Zygfryd Gładkowski. „Medal »Wiedza i Wiara« jest bardzo drogi również z tej racji, gdyż jego patronami są dwaj niezapomniani Polacy Wileńszczyzny: profesor, Michał Oczapowski, uznawany za prekursora rozwoju nowoczesnego rolnictwa na ziemiach polskich, patron Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, oraz patriarcha duszpasterstwa niezapomniany ks. Józef Obrembski, na Wileńszczyźnie nazywany często ojcem wszystkich Polaków” — mówił gość.
Nieżyjący od kilku już lat prałat Józef Obremski żyje nadal ciągle we wspomnieniach. Albowiem była to tak wyjątkowa postać, że nic dziwnego, iż podczas spotkania delegacji z mer rejonu wspomnieniami o tym wielkim Człowieku podzielili się zarówno mer rejonu, jak też goście.
„Może dla kogoś, kto nie znał tego wspaniałego człowieka, takie porównanie, które użyję do naszego wielkiego rodaka świętego Jana Pawła II, wyda się trochę nieskromne i dziwne. Ale każdy, kto miał kiedykolwiek szczęście z nim się spotkać, rozmawiać — a ja miałam takich chwil wiele — po dziś jest to tak cenna nauka na nasze lata, na naszą działalność. Założyliśmy muzeum Jego pamięci w Mejszagole, zbieramy też materiały o wszystkich kapłanach Wileńszczyzny, które uzupełnią zbiory tej placówki ukazującej jakże niełatwe życie duszpasterzy i wiernych w latach powojennych, sowieckich” — mówiła mer rejonu. Wspomnieniami objęła temat szczególnie bolesny dla kapłana jak i dla każdego chyba człowieka.
A mianowicie: sprawy młodzieży. „Kapłan przy spotkaniu prosił, by przy każdej okazji podnosić ten temat, aby zaszczepiać młodzieży tradycyjne wartości wiary, patriotyzmu” — mówiła mer rejonu. Właśnie z tą myślą w Rudominie utworzone zostało centrum prowadzona przez siostry i braci od Aniołów, którzy starają się ukazać młodzieży dobre strony życia.
Goście podzielili się swymi wspomnieniami ze spotkań z tym wielkim człowiekiem oraz swymi bardzo dobrymi wrażeniami z pobytu w muzeum.
Każdy z tej trójki wilniuków, którzy obecnie odwiedzili Wileńszczyznę, zasługuje na pewno na pisanie o nich osobnych artykułów, a nawet książek.

Zresztą niektóre wspomnienia zostały zawarte w książkach „Z Wileńszczyzny rodem” i kolejnej — „Wileńskie korzenie” wydanej właśnie staraniem Zygfryda Gładkowskiego i Bolesława Pilarka.
Jakże barwne i jakie niełatwe losy musieli przeżyć również inni wilniucy. Opowiedzieli w mini-skrócie podczas spotkania z mer rejonu Marią Rekść oraz podczas spotkań w Barskuńskiej Szkole Podstawowej w rejonie szyrwinckim i Mejszagolskiej Szkole Średniej im. ks. Józefa Obrembskiego.
Każdy los inny, a tak bardzo podobny, spięty tym trudnym okresem wojny, lat powojennych i tą tęsknotą za porzuconymi stronami, której nigdy nie potrafili się wyzbyć.
Dosłownie łzy wzruszenia ogarnęły gości, kiedy przy wejściu do odświętnie udekorowanej sali w Barskuńskiej Szkole Podstawowej zebrani uczniowie wraz z nauczycielami i kierownictwem — dyrektorką Ireną Siemaszko oraz wicedyrektorem Marianem Bujnickim zaśpiewali: „Bądź pozdrowiony gościu drogi…”
„Chociaż dziś jest wyjątkowo deszczowy dzień — tym niemniej u nas jest ciepło i przytulnie, bo przecież nie każdy dzień do nas tacy bliscy goście przybywają . Goście, którzy przed wiekiem chodzili tymi samymi co wy ścieżkami, tymi krętymi dróżkami biegli tu do Barskun, do szkoły” — tymi słowami zwrócił się do uczniów zebranych w sali Marian Bujnicki.
A ten, co to tutejsze ścieżki deptał, hen z górą przed półwieczem, był właśnie dr Zygfryd Gładkowski, prezes TMWiZW w Olsztynie. On to w tej szkole uczył się w pierwszej i drugiej klasach.
„Jestem pod dużym wrażeniem — powiedział w słowie powitalnym prezes TMWiZW. Od wielu lat planowałem, że obowiązkowo do swej szkoły dojadę. Szkoły, która była odległa o całe cztery kilometry od naszej osady. Co prawda, tego budynku, w którym pobierałem naukę, nie ma. Był nieco dalej, jedynie drzewo ocalało — tym niemniej przecież to tu, w Barskunach, wkładałem buty kupione mi przez rodziców właśnie do szkoły”.
Dzieci zebrane na sali widocznie nie mogły zrozumieć ani tego faktu, ani innych podobnych. Jak to pieszo i boso do szkoły?
A przecież rodzice Gładkowskiego nie byli biedakami (15 ha ziemi w Monastyrce, co to nad rzeką Musą leży, mieli budynki, maszyny rolnicze, sprzęt, konie, krowy i trzodę chlewną, ale mięso, zarówno w tej rodzinie, jak i w innych, jadało się tylko w niedzielę, a o cukierkach to już tylko marzyć było można.
Tu, w Barskunach, Zygfryd dwie klasy ukończył. Pierwszą w języku polskim, drugą już w litewskim, bo polskie szkoły na Litwie wówczas zlikwidowano. Teraz żałuje, że był źle ustosunkowany do języka litewskiego, bo wie, że każdy poznany język to ogromne bogactwo.
Jego rodzina repatriowała do Polski w roku 1946. Nie było też tam wszystko prosto i łatwo, ile musiał dołożyć starań, by zdobyć to, co zdobył, by w ciągu życia odpowiedzialne stanowiska pełnić.
„Teraz jestem też na »stypendium« — emerytalnym — żartobliwie zaznaczył mówca, ale czynnie się udzielam w Towarzystwie, do którego należę od roku 1989. A od roku 2010 pełnię funkcję prezesa”.
Zygfryd Gładkowski wręczył na ręce dyrektor szkoły medal okolicznościowy „Wiedza i Wiara”, książkę „Wileńskie korzenie”, jak też edycję o działalności Towarzystwa, które to już swoje 25-lecie zaliczyło.
To tak „sucho” na papierze o tym tak ciepłym spotkaniu dla obu stron w tej szkole. Bo tu się okazało, że zmarły dosłownie przed kilkoma dniami ojciec dyrektor Ireny Siemaszko należał do Armii Krajowej, tak samo jak ojciec Zygfryda. W AK był też gość tego spotkania 85-letni, świetnie się trzymający Józef Liminowicz, którego dzieciństwo związane było z parafią w Olanach (rej. szyrwincki), którą goście z Polski odwiedzili i byli obecni na Mszy świętej.
Potem jego rodzina, tak jak i rodzina Jana Gojły (trzeciego uczestnika spotkania) repatriowała do Polski. Józef cztery klasy w Duksztach ukończył (które oczywiście też goście odwiedzili). Jak sam mówi, marzył być żołnierzem, skończył szkołę wojskową i był pilotem. Ale potem się przekwalifikował, dokształcił i swoje życie związał z Wyższą Szkołą Rolniczą.
Jan Gojło, urodzony w Romaszkańcach, gdzie m. in. była Strażnica Ochrony Pogranicza. Ale cztery lata naukę w Miedziukach pobierał. Kiedy wymienił Miedziuki — sala ożyła. Przecież to osiedle niedaleko Borskun. Pan Jan ma tu ciocię — u niej się zatrzymuje, jak tylko wraz z żoną Marianną (notabene pochodzącą z Ostrowi Mazowieckiej, stron rodzinnych śp. prałata Józefa Obrembskiego) tu przybywa.
Wiele było wzruszających momentów, bo goście podkreślali, że mimo tylu lat, które upłynęły, Wileńszczyzna nadal im po nocach się śni. Dlatego z taką radością witali każdą dawną ścieżkę, która pozostała, każdy większy kamień, który tu czy tam leżał.
We wszystkich miejscowościach, które odwiedzili, mówili „do zobaczenia”, bo jakże by chcieli jeszcze taką wyprawę, jak sami określili — sentymentalną, powtórzyć i „przeprowadzić” dla młodzieży takie lekcje nie tak dawnej historii, którą wypadło im przeżyć.

8 odpowiedzi to Powroty tęsknotą przywoływane

  1. jozef III mówi:

    duzo zdrowka !

  2. dobrze mówi:

    dobry i potrzebny tekst

  3. pantałyk mówi:

    Pięknie i wzruszająco. Jednak jak na posumowanie 25-letniej działalności to mało. “Miłośnicy” ziem kresowych, to po prostu polscy wypędzeni, którzy padli ofiarą polityki strategicznego partnerstwa z Litwą i geopolitycznych ambicji zbudowania kordonu wokół Rosji z wykorzystaniem Ukrainy. Do jak nieznaczącej roli zostali zredukowani najlepiej ilustruje porównanie z losem i pozycją niemieckich “wypędzonych”. Polecam artykulik: “Wypędzeni” i “repatrianci”.

  4. Wereszko mówi:

    Autorka artykułu p. Helena Gładkowska napisała:
    “Jego rodzina REPATRIOWAŁA do Polski w roku 1946…”
    To jest powielanie słownictwa komunistycznej propagandy!

    “REPATRIACJA (łac. repartiatio ‘powrót do ojczyzny’) – powrót do kraju ojczystego osób (np. jeńców wojennych, osób internowanych lub przymusowo przesiedlonych), które wskutek różnych przyczyn znalazły się poza jego granicami.
    Często termin używany jest błędnie na oznaczenie deportacji, depatriacji albo też ekspatriacji, czyli przymusowych wysiedleń lub przesiedleń. W czasach PRL-u oficjalna propaganda nazywała „repatriantami” Polaków − mieszkańców Kresów Wschodnich, których po II wojnie światowej przymusowo wysiedlano z ich ziem ojczystych i osadzano na Ziemiach Odzyskanych”

  5. Kaziuk- Wilniuk mówi:

    Wereszko, Maj 15, 2014 at 15:42 -uważaj bo ci gumka w majtkach penkni-od 1940 roku Wileńszczyzna była oddana przez litovców dla Stalina-tu juz Polski nie było dla USA-czy UK czy Francji.A teraz jak by chcieli z Lietuvy wrócic sie do Polski to byli by repatryiantami czy nie?

  6. Wereszko mówi:

    @ Kaziuk- Wilniuk, Maj 15, 2014 at 15:52 –
    W 1940-tym ani USA,ani UK,ani Francja nie uznały zmiany granic Polski,nie opowiadaj banialuków!
    Teraz granice Polski są uznane międzynarodowo,a więc DZIŚ Polak wracający z Lietuvy do Polski byłby repatriantem.Co jeszcze chcesz wiedzieć? Śmiało!

  7. Egmuk mówi:

    Nie było wtedy repatriacji. Było wypędzenie. Gdyby dziś Polak z Wieleńszczyzny przeniósł się do Polski też nie byłby repatriantem. Przecież to jest i proste i logiczne.

  8. Koroniarz mówi:

    Etymologicznie repatriacja znaczy “powrót do ojczyzny”. Mieszkaniec Ziemi Wileńskiej, który ją opuszcza, byłby repatriantem dopiero wtedy, gdyby z powrotem na niej zamieszkał. I tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.