6
Złote gody Kuncewiczów: para tańcem złączona

Tacy byli przed 50-cioma laty Fot. archiwum rodzinne

Tacy byli przed 50-cioma laty Fot. archiwum rodzinne

Gdy zabrzmiały pierwsze akordy powitalnego poloneza i na scenę wyszła najpierw jedna grupa, druga, trzecia, czwarta, dziecięca…, a potem dostojnie tancerze-weterani — cała widownia wstała z miejsc.

Tak wyraziła szacunek dla tych, którzy przez wszystkie lata byli i pozostali wierni pierwszemu polskiemu zespołowi artystycznemu „Wilia”. Wśród weteranów była oczywiście też ta złota para — tancerze z pierwszego koncertu – Zofia i Jan Kuncewiczowie.
Przypomniał mi się ten moment z jubileuszowego koncertu 55-lecia w związku ze złotym jubileuszem, który ta znana, popularna i tak szanowana para obecnie obchodzi.

Skromnie, cicho, bez zbytniego afiszowania. Oni tego nie lubią, a przecież tak dużo mogliby się czymś pochwalić – dorobek za wspólną drogę półwiecza mają piękny. Zasłużyli swą pracą, działalnością i bardzo patriotyczną postawą. Są zawsze nie tylko na koncertach swej kochanej „Wilii”, aktywnie się udzielają w Klubie Weteranów, który działa przy tym zespole. Starają się być obecni na koncertach wszystkich polskich zespołów działających na Litwie, a najwięcej na koncertach „Wileńszczyzny”. No, bo i jak by nie byli przecież ich córka Małgorzata wybrała uczestnictwo w tym zespole i z nim ładny kawałek świata zwiedziła.

Na moje takie nieco obcesowe pytanie, czy nie woleliby, aby była członkinią ich „Wilii” — uśmiechają się i odpowiadają: „Im więcej polskich zespołów będzie na Wileńszczyźnie – tym będzie lepiej”.
Sprawy polskości są dla nich na pierwszym miejscu. Tak jak Bóg, Honor, Ojczyzna. Chociaż takich wzniosłych słów nie używają, ale doskonale widać, że mają je mocno i trwale ukryte w sercu, że nie trzeba żadnych apeli, namawiania, aby byli wszędzie, gdzie się ważą sprawy Polaków.
Pochodzą z rodzin niby bardzo różnych. Zofia pochodzi z miasta, Jan — ze Starych Rakiszek, które leżą niedaleko Butrymańc w rejonie solecznickim.  I kto wie, jak by się ułożyły ich losy, gdyby nie ten polski zespół, który się narodził prawie  przed 60 laty (w 2015 — jubileusz). To on ich połączył. Ale też nie od razu.
Ojciec Zofii – Antoni Subocz — był człowiekiem muzycznie uzdolnionym. Śpiewał w chórze u prof. Żebrowskiego. Więc jak jego córki miałyby nie śpiewać polskich piosenek i tańczyć tańców.

A że namawiać je do tego nie trzeba było długo, bo same się chętnie do tego ciągnęły — więc „Wilia” od samego prawie początku zdobyła trzy dorodne Suboczanki — Zosię, Jasię i Renię.
Co prawda, Zosia wybrała taniec, bo predyspozycje do tego miała od dzieciństwa. Początkowo co prawda w szkole była gimnastyka, ale potem kiedy wstąpiła do Instytutu Pedagogicznego w Nowej Wilejce, musiała treningi porzucić. Trudno było pogodzić tak intensywny ich harmonogram z nauką. Ale bezczynnie nie umiała siedzieć. A tym bardziej, jak dziś przypomina: „Wtedy wszyscy coś robili — muzykowali, pasjonowali się recytacją, wystawiali scenki, tańczyli tańce towarzyskie. Ileż to talentów z mojej klasy później zabłysło nie tylko na scenie szkolnej” — przypomina moja rozmówczyni.

Szkoła — to osobny i jakże rozległy temat zarówno w jej życiu, jak też jej męża. Bo nie były to łatwe lata. Ona sama przyszła do klasy pierwszej w roku 1943, kiedy jeszcze trwała wojna. Jak przypomina, we wspomnieniach doskonale po dziś dzień pamięta, jak madame Szapowalnikowa mówiła: „Kiedy pójdziecie do domu i usłyszycie syreny, chowajcie gdzie się da – do rowu, pod krzaki czy jeszcze gdzieś”. A droga do tego domu nie była bliska…
Rodzina mieszkała na Zarzeczu, a początkowa szkoła mieściła się na Filarackiej. Do klasy czwartej poszła na Ostrobramską, ale po roku szkoła została przeniesiona na Piaski.

Wspomnienia szkolne, jak też wspomnienia z zespołu są bardzo dla obojga żywe. Mimo tak tragicznego okresu, jakże to były ciekawe lata. Ta ciągła walka o polskość była wzmacniana z każdą repatriacją najbliższych krewnych, koleżanek i kolegów. Oni, którzy nie umieli Wilna porzucić, jakby wzięli na siebie  obowiązek bycia tam, gdzie się ważą sprawy polskie, gdzie jest utrwalany język ojczysty.

Rok 1985. 30-lecie „Wilii” Fot. archiwum rodzinne

Rok 1985. 30-lecie „Wilii” Fot. archiwum rodzinne

Jak przyszło do budowy Szkoły im. Jana Pawła II w Wilnie, Jan Kuncewicz oczywiście był wśród tych, którzy pomagali ten gmach wznieść.
Droga do szkoły była daleka nie tylko dla Zosi i koleżanek jej klasy, bo o wiele dalszą miał mały Janek, który pierwsze cztery klasy ukończył w rodzimych Starych Rakiszkach. Nauczyciela wywieźli na Sybir, szkołę zamknięto.
Posadził więc senior Kuncewicz swoje dzieci do wozu i przywiózł do Ejszyszek,  odległych prawie dwadzieścia kilometrów od ich rodzimych miejsc i zostawił   Janka, 10-letniego chłopaka prawie samego, bo brat uciekł, bo nie chciał się uczyć litewskiego.
Janek też zarówno do tego języka, jak też rosyjskiego sympatii nie miał, ale wyboru nie było. Doskonale wiedział, że jeżeli chce studiować w mieście – to szkołę musi ukończyć.
Rok pracował w szkole w Butrymańcach – potem złożył dokumenty na wydział fizyczno-matematyczny Uniwersytetu Wileńskiego i pomyślnie go ukończył.
Jakie to były wspaniałe lata! Młodzież lat wojny i powojenna, bardzo różna wiekowo, była złączona żądzą wiedzy, chęcią działania, zakładania zespołów. Na tej to właśnie fali postała „Wilia”.
Często wieczorem, gdy odbywały się próby chóru, przychodzili starsi ludzie stęsknieni polskich melodii. Po wielu dniach żmudnej pracy nadszedł ten długo oczekiwany dzień — 8 maja, kiedy to w Wielkiej Auli Uniwersytetu przy ulicy Čiurlionio odbył się pierwszy jej koncert. W parze z Zosią tańczył wówczas Franciszek Kowalewski.

— Czyli nie od razu byliście parą taneczną? — pytam moich rozmówców.
– Gdzie tam, długo musiałam do Zosi „dorastać” — do pary tanecznej i do pary małżeńskiej — żartobliwie odpowiada pan Jan. I dalej w takim samym tonie  kontynuuje: — Ona — panna miastowa, ja — chłopak noszący naówczas tak popularne   na wsi spodnie „galife” do butów z tzw. „sztywniakami”. Owszem, nie ukrywam, że  mi się podobała, bo panna była bardzo urodziwa, mająca wielkie powodzenie. Spędzaliśmy czas na wspólnych wyprawach, zabawach, cała nasza wiliowska paczka — wspomina Kuncewicz.
Lat dziewięć upłynęło, zanim stanęli na ślubnym kobiercu. W wileńskim kościele pw. św. Anny, po cichutku, po kryjomu. Zofia jako nauczycielka pracowała, a Janek po ukończeniu studiów najpierw pracował w zakładzie „Sigma”, a potem w Instytucie Elektrografii (ostatnie lata w książeczce pracy ma wpisane: SKB — Biuro Projektowania Budowlanego „Orgtiechnika” należące do Moskwy).

Zofia po ukończeniu matematyki w Instytucie Pedagogicznym otrzymała skierowanie do 7-letniej szkoły w rejonie wileńskim, która mieściła się w dworku Parczewskich. A kiedy, zakończył się ten na owe czasy przymusowy dwuletni okres odpracowania według skierowania, wraz z polonistką Alicją Klimaszewską wyszły z tej szkoły i pojechały do Wilna. Obie absolwentki Instytutu Pedagogicznego – jedna matematyk, druga polonistka, który ukończyły na celująco z tzw. „czerwonym dyplomem” — znalazły szybko pracę w stolicy. Zofia w Jerozolimskiej Szkole Średniej, Alicja w Białej Wace. Zofia w tej szkole przepracowała właściwie całe życie i stąd wyszła na emeryturę.

Ale wróćmy na chwilę do ich ślubu w kościele pw. św. Anny. Ona, jak też jej siostry, były chrzczone w kościele Bernardyńskim i bardzo chciała  stanąć tu na ślubnym kobiercu, ale kościół wówczas był nieczynny. Dlatego wraz z Jankiem wybrali „św. Annę”. Trudno powiedzieć, kto wieść o ich ślubie rozpowszechnił, bo zebrało się sporo znajomych.
A potem młodzi wyjechali do Połągi – uzdrowiska, które bardzo lubią. Po powrocie  rozpoczęło się życie rodzinne, w wynajętym pokoiku, dorabiając się powoli własnego mieszkania, które Jan, jako doskonały specjalista mający na swoim koncie kilka wynalazków oraz zaszczytne odznaczenie „Otlicznik Priborostrojenija” otrzymał z macierzystego zakładu, w którym sumiennie i twórczo tyle lat przepracował. Najpierw dwupokojowe, a po latach, kiedy rodzina się zwiększyła trzypokojowe, w którym obecnie mieszkają wraz z córką Małgorzatą.
Rodzina syna Konrada też w tym samym domu mieszka. Czyli, raj dla wnuków – uczennicy VI klasy Progimnazjum Jana Pawła II (tego właśnie, które dziadek pomagał budować) i o dwa lata młodszego Konrada – oczywiście ucznia też tego samego progimnazjum.

Z tegorocznego pobytu w Połądze. Z wnukiem Konradem Fot. archiwum rodzinne

Z tegorocznego pobytu w Połądze. Z wnukiem Konradem Fot. archiwum rodzinne

Dzieci państwa Kuncewiczów — Leszek i Małgorzata, pieszczotliwie przez rodziców zwaną Gosią — to powód dumy. Całkowicie uzasadniony. Oboje złoci medaliści. Leszek wraz z kolegą  prowadzi firmę prywatną, a Małgorzata jest biegłym sądowym najwyższej kategorii w Centrum Ekspertyzy Sądowej Litwy.
Pani Zofia, co prawda, kiedy mówi o synku, to trochę żałuje, że nadeszły nowe czasy, czasy odrodzenia i że Leszek firmę prowadzi, bo przecież zapowiadał się na naukowca. No, ale czasy dziś inne.

Ale z drugiej strony niezmiernie z mężem się cieszą, że wychowali na patriotów, na ludzi bardzo pracowitych, ambitnych, porządnych, te same wartości ceniących, tą samą kulturę i tradycje.
„Przed samym jubileuszem Gosia zrobiła dla nas prezent: kupiła wczasy w Połądze, czyli mieliśmy miesiąc miodowy, taki przed pięćdziesięciu laty” – mówią rodzice.
Czym jeszcze oprócz „Wilii” żyją Kuncewiczowie?
— Pszczołami — wtrąca do rozmowy siostra Zofii, Jasia Subocz, wieloletnia wspaniała konferansjerka „Wilii”, która przyszła w odwiedziny do siostry. — Bo Janek to taki zapalony pszczelarz. Wciąga do tego wszystkich. Żonę, dzieci. Nawet sama raz miód kręciłam i nieźle mi to wyszło – żartuje pani Jasia.
A jak za chwilę się dowiem, Leszek nawet też swoją mini pasiekę prowadzi. Na ziemi teściów. Bo ta Jankowa znajduje się w jego stronach rodzinnych – to znaczy niedaleko Butrymańc. Tam jego pszczółki miód znoszą z tej ziemi rodzimej…
Domu rodzinnego co prawda już nie ma. Ale niedaleko mieszkają krewni, którzy  dopatrują, by chuligani nic nie zniszczyli.
I jeszcze jedna ciekawostka związana z tą rodziną.
— W sierpniu zapowiada się zjazd rodziny Zniewierowskich. Mama Jana Kuncewicza była z domu Zniewierowska. A ród to chlubny i znany, wśród nich był brat mamy — Wiktor, kawaler Orderu Virtuti Militari. Spoczywa na Warszawskich Powązkach. Zapowiada się, że przybędzie około 100 osób. Tam kolejny raz odznaczymy także swoje złote gody – mówi wspaniała para taneczna, złączona wspólnym szlakiem życia przed 50. laty.
No i jakże bez pytania:
— Czy staniecie do tańca podczas jubileuszu 60-lecia zespołu?
Słyszę zgodną odpowiedź:
— Oby tylko nogi służyły!

6 odpowiedzi to Złote gody Kuncewiczów: para tańcem złączona

  1. dobrze mówi:

    Wspaniali ludzie!

  2. abc mówi:

    Syn Leszek nie jest absolwentem syrokomlówki, tylko szkoły śr. nr. 5

  3. MH mówi:

    Wspaniała para!!!

  4. Edmuk mówi:

    Życzę Jubilatom wszystkiego, co dobre.
    “Zośce”, która i mnie uczyła matematyki w Jerozolimce, dziękuję za “… śpiesz się powoli.” Była to (i jest)jedna z najbardziej przydatnych rad w moim życiu. Przekazuję to dalej.
    Może i nie wszyscy w 14-ce “Zośkę” lubili, ale nie znałem nikogo, kto by nie darzył jej szacunkiem.
    A ja chyba byłem w niej zakochany 😉 Zauroczony – na pewno.

  5. Egmuk mówi:

    Zazdroszczę Wam wszystkiego. Nie dane było mnie doświadczać Waszej rzeczywistości. Teraz im jestem starszy, tym bardziej tęsknię za tym klimatem Wileńszczyzny. A tu jeszcze mój imiennik. W dzieciństwie byłem także Edmukiem, ale też Admukiem. Przyjęłem ksywke Egmuk, bo mój daleki krewny, po wujku Marianie Rakowiczu (był w Kałudze)miał kłopoty z wymową i mówił Egmuk, mnie się to spodobało i bardzo do dziś tą ksywkę cenię. W Koronie kompletnie niezrozumiałe, ale tak sobie zostawiłem i basta.

  6. Henryk Galiń mówi:

    Jestem dumny z tej pary. Janek jest moim przyjacielem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.