0
Magiczne i codzienne oczekiwanie w Domu Opieki dla dzieci

Do świątecznego bożonarodzeniowego stołu dzieci siadają wraz ze swą opiekunką    Fot. Marian Paluszkiewicz

Do świątecznego bożonarodzeniowego stołu dzieci siadają wraz ze swą opiekunką Fot. Marian Paluszkiewicz

Na stole równiutko rozłożone świąteczne kartki. Na każdej z nich inny rysunek, ale treść ta sama — bożonarodzeniowe marzenie. Na jednej kartce — samochodzik, na drugiej — lalka, a na wielu — dom oświetlony słoneczkiem, w którym przy bożonarodzeniowym stole zgromadzona rodzina: mama, ojciec, dzieci.

Autorzy tej mini-wystawy w życiu codziennym tego ostatniego marzenia nie mogą zrealizować nawet w tak wyjątkowy wieczór, jakim jest ten bożonarodzeniowy.
Z najprostszej racji: nie mają rodziców, albo mają takich, którzy o swych dzieciach zapomnieli.
Na szczęście mają „rodziny” — ludzi, którzy na nich czekają. Co roku. I nie tylko na święto Bożego Narodzenia, ale też na wakacje letnie. Dzięki takim rodzinom dzieci z Antokolskiego Dziecięcego Domu Opieki Socjalnej (a o nim tu mowa), mają domowe święta, po których wracają do Wilna obdarzeni nie tylko rzeczowymi drobiazgami, ale przeogromnym prezentem — miłością ludzi, których dopiero poznali, albo tych, do których jeżdżą już wiele lat.

12-letni Robert Paszkiewicz dwa ostatnie święta Bożego Narodzenia spędzał w Chojnicach niedaleko Gdańska. W rodzinie państwa Nieczejewskich, którzy wychowują swoją siódemkę. Znaleźli jednak w swych sercach miejsce, by przyjąć na święto Bożego Narodzenia tego uroczego, rozmownego chłopaka z Wilna.
Co najbardziej zapamiętał z pobytu? Kolędę śpiewaną przy stole. Dotąd nie znał słów tej kolędy, a teraz w okresie oczekiwania na przyjście Pana w myślach nuci: „Bóg się rodzi, moc truchleje…”.

Dyrektor Domu Opieki Elwira Lotc Fot. Marian Paluszkiewicz

Dyrektor Domu Opieki Elwira Lotc Fot. Marian Paluszkiewicz

Przygotowania do świąt w wyżej wymienionym Domu Opieki zaczęły się równo cztery tygodnie temu. W pierwszy poniedziałek adwentu.
— Dlaczego w poniedziałek? — pytam dyrektorkę tej placówki Elwirę Lotc. — Z racji bardzo prozaicznej, albowiem doskonale wiemy, jak zajęci są księża w niedziele. A my chcieliśmy, by dla nas czasu trochę więcej poświęcili, porozmawiali, podyskutowali, by — jak wymaga taki okres wyciszenia — odpowiednio go spędzić. Dlatego zdecydowaliśmy, że przeniesiemy rozpoczęcie okresu adwentowego o jeden dzień i wtedy na naszym wspólnym wianku świątecznym, który stawiamy w auli, zapalimy pierwszą świecę. Po tygodniu — drugą, potem trzecią, czwartą. Aż nadejdzie ten tajemniczy wieczór oczekiwania.

Co prawda, w taki wieczór w naszym Domu, w którym mieszka 48 dzieci, czasami zostaje zaledwie kilkoro. Po wspólnym przełamaniu się opłatkiem, złożeniu wzajemnie życzeń, wszyscy rozchodzą się do swych rodzin (tak nazywane są grupy, w których dzieci przebywają stale) i tam przy upiększonym drzewku siadają wraz ze swą opiekunką do świątecznego stołu — mówi kierowniczka tej placówki.
Jak za chwilę się dowiemy, czasami w takiej „rodzince”, która na co dzień ma np. ośmioro dzieci, w ten wieczór nie zostaje żadne. Jedne wyjeżdżają do Polski, inne do Włoch, niektóre do krewnych, znajomych, a wiele do opiekunek, które nimi opiekują się na co dzień i w ten wieczór chcą też być z nimi w swoich rodzinach.

W historii tej placówki jest nie jeden przypadek, kiedy panie tu pracujące dzieci adoptują. Przed pięcioma bodajże laty na łamach „Kuriera” pisałam o jednej z takich pań — Annie Wilkin, która zabrała z Domu Opieki dwójkę rodzeństwa na stałe. Do swego domu w Mickunach. Sąsiedzi, znajomi początkowo się dziwili, że mając swoją córkę Joannę zabiera obce dzieci. Owszem, dla postronnych były obce, ale nie dla niej, która tu pracując tak się do nich przywiązała, pokochała. Zdecydowała się zabrać te dzieci do swojej rodziny. Stały się kochanymi dla jej męża i dorosłej już dziś córki Joanny.

Na każdej z nich inny rysunek, ale treść  ta sama — bożonarodzeniowe marzenie Fot. Marian Paluszkiewicz

Na każdej z nich inny rysunek, ale treść ta sama — bożonarodzeniowe marzenie Fot. Marian Paluszkiewicz

Anna pracuje z grupą polską, w której prawie wszystkie dzieci, z wyjątkiem jednego chłopaka, są Polakami. Wszystkie mówią piękną polszczyzną, są odważne, rozgarnięte.
— To również zasługa takich wyjazdów za granicę — mówi Anna. — A zawdzięcza to nasz Dom w dużej mierze zrzeszeniom dobroczynnym, działającym na rzecz Polaków na Wschodzie, jak Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna, jego oddziałom w Gdańsku, Gdyni, Słupsku. Nie są również obojętne na los sierot osoby prywatne, „niezrzeszone”. I to bardzo cieszy.

Dyrektor tego Domu mówiąc o organizacjach, zrzeszeniach prosi nie pominąć nazwiska Sylwii Karłowskiej, prezes towarzystwa w Gdańsku, już szereg lat będącej na bieżąco ze sprawami Domu. To właśnie pani Sylwia wystarała się, zorganizowała i znalazła sponsora, by Publiczny Szpital Kliniczny w Warszawie przyjął wychowankę wileńskiego DO Lubę Wołkową, której niezbędna była operacja nóżki. To tylko jeden przykład z wielu. Bo to, co robi Sylwia Karłowska dla tego Domu i innych, warte jest wielu artykułów, a przede wszystkim słów wdzięczności.
Zdarza się, choć niezbyt często, że do drzwi Domu pukają osoby prywatne i proponują jakąkolwiek pomoc, pytają, czy nie mogą zaprosić do siebie któreś dziecko. Tak jak kiedyś to zrobili państwo Włodarczykowie ze Staszowa. Małżeństwo, wychowujące dwoje własnych dzieci, zaprosiło do Polski wychowanka DO Arunasa Byczkowa. Później chłopiec żył już tylko myślą o kolejnym wyjeździe do rodziny, która stała się mu bliska. Wreszcie zamieszkał u państwa Włodarczyków na stałe — opowiada kierowniczka Domu.
Zamyśla się i po chwili kontynuuje: „Bo miejscowi nie za bardzo śpieszą, aby dziecko przyjąć do swego domu. Nawet na soboty i niedziele”.

Anna Wilkin pracuje z grupą polską Fot. Marian Paluszkiewicz

Anna Wilkin pracuje z grupą polską Fot. Marian Paluszkiewicz

— Albo jest inne zjawisko — mówi dyrektorka. — Często np. po ukazaniu się w prasie, telewizji reportażu o nas, dzwonią, przychodzą wilnianie i mówią: „Tak się wzruszyłam, wezmę jakieś dziecko na dzień, dwa. I zupełnie nie mogą zrozumieć, że my dziecka obcemu człowiekowi od razu do domu nie damy. Musimy zbadać, dokąd dziecko jest zabierane, czy człowiek ma prawo je zabrać, a przede wszystkim, czy samo dziecko chce z nim iść. Dziecko nie jest zabawką, którą można wypożyczyć np. na święto, a po nim zwrócić — ze smutkiem mówi dyrektorka.
To samo potwierdzi każda z pracujących tu pań. Bo każda doskonale wie, jaka jest to odpowiedzialna decyzja. Ile trzeba poświęcić czasu, by wszystkie rany zadane we wczesnym dzieciństwie przez dla nich najbliższych ludzi — rodziców — zagoić. By blizny się nie otworzyły… By nie bolały…

Kiedy pytam Annę, czy adoptując rodzeństwo nigdy nie pożałowała swej decyzji, nie zastanawiając się ani chwili odpowiada: „Tego nie można żałować, każdy musi doskonale przemyśleć, czy jest w stanie to zrobić, czy nie. A skoro chodzi o moich ukochanych, to Justysia ma już obecnie 15 lat, Staś jest o rok młodszy. Oboje uczęszczają do klasy ósmej szkoły w Mickunach. Jak spędzamy święta? Tak jak wymaga tradycja, ale dzieciaki coraz to wnoszą jakieś nowe nutki — to choinki w swych pokojach inaczej upiększą, to jakąś radosną nowiną ucieszą. A kiedy zbieramy się przy dużej choince na wspólnej wieczerzy, jest opłatek, są życzenia, są upominki. Rokrocznie jedziemy wspólnie na Pasterkę. Do Wilna, kościoła podominikańskiego, w którym przed laty z mężem zapoznaliśmy się. Tu moje wszystkie dzieci do Pierwszej Komunii przystąpiły, tu nasz Staś do Mszy świętej służy” – mówi Anna Wilkin. A po chwili dodaje: „Nasi znajomi z Warszawy, zachęceni naszym przykładem, właśnie z naszego wileńskiego Domu Dziecka Edgarka zaadoptowali”.
Przykłady tego, że coraz więcej dzieci znajduje prawdziwy dom, nie są pojedyncze. Bo nikt nie zaprzeczy, że domu rodzinnego im nic nie zamieni.
Ale dobrze jest, że choć na okres świąt dzieci z wileńskiego Domu Opieki mogą wyjechać tam, gdzie są oczekiwane.

24_grudnia_internat_1Deimantė, Wiktoria, Krystyna chętnie opowiadają, że były we Włoszech, w Polsce. Teraz też do Polski pojadą. Deimantė dziś lat 13 licząca przypomina, jak pierwszy raz pojechała do Gdańska, gdy była w pierwszej klasie. Bardzo chciała, ale bardzo też przeżywała z powodu nieznajomości języka polskiego. „Rysowałam więc na kartce, by moja polska »rodzina« mogła zrozumieć, o co mi chodzi” — dziś poprawnie, co prawda dobierając bardzo starannie słowa, opowiada Deimantė.
Znała co prawda język rosyjski, który opiekun trochę rozumiał, więc dogadać się nie tylko dogadali, ale i zaprzyjaźnili, a po powrocie Deimantė zabrała się do nauki języka polskiego, w czym jej pomagają koleżanki Polki — 16-letnia Wiktoria i o rok młodsza Krystyna.
Krystyna w końcu listopada miała 15. urodziny. Jak wyglądają takie urodziny u was tu na miejscu?

„To zależy od naszej fantazji — co zaplanujemy na stół świąteczny, to sami kupimy — mówią zgodnie. — Oczywiście musimy przynieść paragon ze sklepu dla naszej opiekunki. No i zakupy mają być w miarę rozsądku. Ale oczywiście jest tort, jaki wybierzemy, może być sok, może być oranżada, mogą być upiększenia, słowem, co każda wymyśli — opowiadają przesympatyczne dziewczęta. I dodają: „Czy jest fajnie, to zależy od nas”.
Dziewięcioletni Janek Sajkowski dobrze jednak wie, że w tym roku, tak i w poprzednich latach, pojedzie znów do „swej rodziny”. Do Bydgoszczy. Do państwa Radłowskich, u których spędził już nie jedne święta.
Większość dzieci w Dziecięcym Domu Opieki Socjalnej to sieroty przy żywych rodzicach. Czasami przychodzą odwiedzić ich krewni. Albo przychodzi wiele lat błąkająca się po świecie matka, która przypomina, że ma tu swoje dzieci. Dzieci, które w ciągu lat każdy dzień, każdą noc na nią czekały. Aż przestały czekać…

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.