1
Polaków losy na Witebszczyźnie — Roman Radziewicz (1)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Roman Radziewicz, na kilka lat przed śmiercią. Miał talent malarza. Ale tworzył obrazy znajomym i przyjaciołom

„Kurier Wileński” rozpoczyna publikację cyklu artykułów autorstwa Anatola Jakowlewa, naszego wieloletniego Czytelnika z Witebska na Białorusi. Przez wiele lat pan Anatol zbierał wspomnienia Polaków Witebszczyzny. Ten cykl rozpoczynamy wspomnieniami zmarłego przed 10 laty Romana Radziewicza.

Roman Radziewicz urodził się 17 marca 1926 roku w Witebsku. Przeżył prawie 80 lat i wskutek ciężkiej choroby zmarł 16 lipca 2005 roku w miejscu urodzenia.
Moi rodzice, mama Karolina i ojciec Stefan, jak i wszyscy inni krewni byli Polakami i przeszli szlak cierniowy, zgotowany przez bolszewickich oprawców Polakom Białorusi Sowieckiej i całego ZSRR.

Krewni po kądzieli pochodzili z Warszawy, natomiast po mieczu, ze szlachty mieszkającej w Połocku guberni witebskiej. W trudnych latach I Wojny Światowej w poszukiwaniu lepszego i spokojniejszego życia z Warszawy do Witebska przyjechał ojciec mamy.
Znalazł pracę na kolei, później i inni krewni znaleźli sobie tutaj zajęcie. Lata wczesnego dzieciństwa upłynęły w cieple domowym, kochających swoje dzieci, młodych rodziców. W pamięci utrwaliły się ostatnie miesiące NEP-u (Nowej Polityki Ekonomicznej), który był wprowadzony przez Lenina i pogrzebany przez Stalina. Dzięki NEP-u w szybkim czasie obudziło się rolnictwo oraz przemysł, a wykrwawiony i wyniszczony przez wojny kraj zaczął powoli podnosić się z zapaści.
Mieszkając niedaleko dużego targu i nierzadko będąc razem z mamą na zakupach, miałem możliwość widzieć całe stosy towarów przemysłowych i spożywczych, sprowadzonych z zagranicy. Jednak ten okres trwał niedługo, ponieważ następca Lenina — Stalin, poprowadził kraj drogą całkowitej nacjonalizacji i likwidacji własności prywatnej.
Tragiczne skutki tej decyzji ujawniły się szybko, po rozpoczętej kolektywizacji nastąpił głód w całym kraju, który pochłonął setki tysięcy ludzi.

W tym czasie ojciec dostał skierowanie do pracy w banku w mieście Wiaźma, obwodu smoleńskiego, gdzie piastował urząd naczelnego buchaltera, zarabiał dobrze i mógł zapewnić rodzinie dość wysoki dobrobyt. Rodzice zatrudnili pomoc domową, mieli pod dostatkiem żywności i ubierali się w dobre ubrania. Urlopy i czas wolny ojciec często wolał spędzać w towarzystwie myśliwych, miał bogato inkrustowaną strzelbę i udawał się z kolegami na polowania nawet setki kilometrów, na Sybir, biorąc ze sobą psa myśliwskiego.

Mama, widząc narastającą biedę większości społeczeństwa, przekonała ojca sprzedać psa, żeby nie drażnić sąsiadów, którzy nie mieli czym żywić swoich dzieci. Ojciec z taką propozycją zgodził się i oddał psa znajomemu. Żeby zmniejszyć napięcie w społeczeństwie, wywołane brakiem żywności, władze pozwoliły na powstanie sklepów Torgsin (torgowla s inostrancami − handel z zagranicą). W tych sklepach za złoto i inne kosztowności można było kupić ubranie, żywność oraz inne towary, których w sklepach sowieckich albo nie było wcale, albo brakowało.

Mama starała się nie tylko o wyżywienie swoich dwóch synów − mnie i Henryka, lecz i o należyty wygląd zewnętrzny. Za sprzedane w Torgsinu złoto nabyła w tym sklepie dla nas walonki filcowe, które wtedy były bardzo modne. W tym czasie dzieci inteligencji ubierały się inaczej niż reszta dziatwy.

W lecie zakładaliśmy krótkie spodenki, a chłopcy z rodzin prostych − długie. Nasze koszule też były lepsze niż u nich. Kontrast był wyraźny, co powodowało zazdrość sąsiadów, a polskość rodziny tylko potęgowała nieżyczliwość. Nierzadko mnie i mego brata wyśmiewano przezwiskami − „polskaja morda”, „przeki”.

Pewnego razu sąsiad Kolka mocno mnie skrzywdził, przybiegłem do mamy ze skargą, a kiedy ojciec wrócił z pracy, mama powiedziała mu o zajściu. Liczyłem na to, że ojciec zajmie się krzywdzicielem, lecz on zawołał mnie do siebie, zdjął pas i zdzielił mi lanie, dlatego, że się nie broniłem, a przyszedłem ze skargą. Pouczony przez ojca i rozzłoszczony wybiegłem na podwórze i zobaczywszy Kolkę, nie zważając na jego kumpli, zaatakowałem go i pomściłem krzywdę. To wystarczyło, żeby nikt nas więcej nie krzywdził.

Później mama zarzucała ojcu, że na skutek tej nauki, matki sąsiedzkich chłopców prawie co dnia przychodzą ze skargami na to, że ja krzywdzę ich dzieci. Mój ojciec ustawicznie starał się uczyć mnie i brata być odpornymi na niewygody życia. Na przykład, żeby nauczyć mnie pływać, stosował sprawdzoną i skuteczną metodę, brał mnie na ręce i zanosił na głębię, gdzie pozostawiał samego borykać się z wodą i pokonywać w sobie strach. Sam zaś stał blisko i obserwował moje „pływanie”. Trzeba powiedzieć, że taka nauka zaowocowała i szybko nauczyłem się dość dobrze pływać, co przydało się w życiu. Mama również wkładała dużo wysiłku, żeby nas wychować na ludzi kulturalnych, nie pozwalała rąk trzymać w kieszeniach, uczyła dobrego obcowania ze starszymi i dziewczętami, zaszczepiła miłość do literatury pięknej. Rodzice mieli własną biblioteczkę, w której było wiele wartościowych książek, w tym również gustownie ilustrowanych, które chętnie czytałem i to zamiłowanie do dobrej książki pozostało mi się na całe życie. Języka polskiego uczyła nas mama, natomiast rosyjskiego uczył ojciec.

Nasza rodzina była wierzącą. Mama stanowczo odmówiła wieszania na ścianach mieszkania portretów wodzów sowieckich, co wówczas było prawie wymagane — zwłaszcza w rodzinach urzędniczych. Powiedziała ojcu w związku z tym, że jeżeli nie wolno wieszać na ścianach obrazów świętych, to i nie będzie wizerunków bolszewików. Rodzice ochrzcili mnie w kościele świętej Barbary w Witebsku.  Kiedy postanowili ochrzcić mego brata Henryka, też w kościele świętej Barbary, to na ojca chrzestnego wyznaczyli też mnie i z tej okazji wystarali się o nowe ubranie.

Radość beztroskiego dzieciństwa skończyła się w sierpniu 1937 roku, kiedy przez siepaczy NKWD został aresztowany ojciec. Nie wierząc oskarżeniom, wysuniętym przeciwko mężowi, nasza mama postanowiła się udać do niedalekiej Moskwy i szukać prawdy u sowieckich urzędników.

Taka jej postawa sprawiła, że niespełna miesiąc po areszcie męża, sama trafiła do więzienia. Kiedy enkawedziści przybyli po mamę — byłem w szkole. Przychodzę do domu, patrzę w fotelu siedzi uzbrojony oficer, a wszystkie rzeczy porozrzucane po mieszkaniu. Oficer, zobaczywszy mnie, rzekł: „A, to gospodarz przyszedł”. Zrozumiałem, o co chodzi i zapłakałem, lecz on mówi: „Nie płacz, teraz twoja mama pojedzie z nami, lecz wkrótce powróci”. Nie wróciła nigdy….

W czasie rewizji, jako dowody rzeczowe zostały zabrane strzelba ojca, kosztowności mamy, album ze zdjęciami. Widząc, na co się zanosi, mama zdjęła ze swego palca złotą obrączkę i założyła ją mnie na palec. Po areszcie mamy, życzliwa sąsiadka nadała telegram, co się stało do ciotki Heleny, mieszkającej w Witebsku, ona niezwłocznie przyjechała i zabrała sieroty, które pozostawszy bez opieki, mogły trafić do domów dziecka aresztowanych „wrogów ludu”.

Po przybyciu do Witebska zostaliśmy z bratem rozdzieleni. Mnie pozostawiono u ciotki, a brata zabrał do siebie dziadek Jan, ojciec ojca, mieszkający przy stacji Łośwido. W Witebsku zacząłem uczęszczać do szkoły białoruskiej, lecz języka białoruskiego nie znałem i na początku miałem z tego powodu trudności. W pokonywaniu trudności pomagał mi pewien Żydek, kolega szkolny, który przez pewien czas każdego dnia przychodził do mnie i razem odrabialiśmy lekcje. Stosunki z kolegami z klasy układały się tu różnie, niektórzy, zwłaszcza na początku, wiedząc, że rodzice zostali aresztowani jako „wrogowie ludu”, usiłowali mnie skrzywdzić, lecz to nie potrwało długo, ponieważ po pewnym czasie wczorajsi wyśmiewający sami zostali włączeni do grona „trędowatych”. Natomiast nauczyciele w tej sytuacji zachowywali się poprawnie, nie obrażając i nie traktując specjalnie dzieci w związku z aresztowaniem rodziców, niestety, nie wszędzie tak było. W Witebsku już nie miałem takiego życia, jakie miałem u mamy, tu i posiłki były gorsze i warunki bytowe też.

Nie było tu ulubionej biblioteki, a więc, żeby kupić jakąś ciekawą książkę, musiałem oszczędzać, odmawiając sobie na posiłkach szkolnych i na kosztach przejazdów do szkoły i z powrotem do domu, pokonywałem dość dużą odległość pieszo. Z bratem spotykałem się teraz rzadko, przeważnie podczas wakacji letnich, które spędzałem u dziadka — był on teraz dla nas ojcem i dobrze dbał o nasze wychowanie i rozwój. Urzekająca przyroda − gęste lasy pełne jagód i grzybów, piękne duże jezioro, rozległe barwne łąki wabiły ku sobie i umilały życie i ani na chwilę nie myśleliśmy z bratem, że nigdy już nie zobaczymy rodziców.

Zamiłowanie dziadka do przyrody, jego olbrzymia wiedza w tej dziedzinie poruszały moją wyobraźnię i sprawiły, że też zostałem myśliwym — i niezłym, znawcą lasów i ich mieszkańców. Otaczająca przyroda wywoływała we mnie zawsze duże zainteresowanie, chętnie nabywałem książki o życiu zwierząt, ptaków i roślin. Udało mi się zgromadzić niezły księgozbiór z tej dziedziny wiedzy. Mój dziadek Jan kiedyś żył na Łotwie i dobrze zapoznał się z tradycjami Łotyszy, a obchody święta Ligo, odpowiednik Nocy Świętojańskiej, na zawsze zakorzenił w swojej rodzinie. W tym dniu wszyscy — dzieci i wnuczęta dziadka — przybywali na wieś, gdzie już wszystko było przygotowane do obchodów tego święta, zwykły wiejski dom, dobrze utrzymany dzięki staranności babci, wypełniał się w tym dniu wesołością i gwarem bliskich sobie ludzi. Za progiem pozostawały kłopoty i niepokoje o życie swoje i krewnych. Wnuczęta dziadka z różnych polnych kwiatów pletli wieńce i wstęgi i z krzykiem Ligo, Ligo, przynosili dziadkowi i babci, po czym zaczynało się świąteczne przyjęcie, które, mimo panującej w tych latach biedy, było dość obfite. Dziadek miał pszczoły, zwierzęta domowe, łapał ryby w jeziorze, a babcia z tych darów Bożych gotowała smaczne posiłki.

W roku 1941 razem z bratem Henrykiem jak zwykle spędzaliśmy wakacje letnie u dziadka. Niespodzianie nadeszła straszna wiadomość − wojna z Niemcami, o której wieśniacy dowiedzieli się przez radio zawieszone na słupie w centrum wsi. Usiłując podtrzymać naród na duchu, sowieckie kierownictwo zapewniało, że wróg będzie szybko zwyciężony, lecz rzeczywistość okazała się wielce niebezpieczna. Za kilka dni niemieckie lotnictwo zbombardowało dworzec kolejowy w Witebsku i lotnisko, bomby padały niedaleko domu ciotki, gdzie mieszkałem po przybyciu z Wiaźmy, cud sprawił, że domek przeżył wojnę i pozostał cały. Rozpoczęła się gorączkowa ewakuacja urzędów i zakładów przemysłowych, co bogatsi i młodzi Żydzi, wiedząc, co ich czeka, masowo uciekali na Wschód. Wypełniając rozkaz Stalina − niczego nie pozostawiać wrogowi, władze zorganizowały z komsomolców grupy podpalaczy, które zaczęły podpalać miasto, powstał straszliwy pożar, którego nie było komu gasić. W niektórych dzielnicach miasta ludność zorganizowała się i broniła swego dobytku przed podpalaczami i kilku z nich poniosło śmierć w zmaganiach z ludnością cywilną.

Radio cały czas nadawało wiadomości o sukcesach Armii Sowieckiej pod Połockiem, a w tym czasie przez miasto przetoczyły się ostatnie sowieckie jednostki wojskowe. Ze wsi, znajdującej się niedaleko miasta, gdzie spędzałem wakacje, widziałem olbrzymie łuny pożarów nad Witebskiem, spalane dokumenty ewakuowanych urzędów wysoko fruwały w rozżarzonym powietrzu. Przyjeżdżające z miasta krewni mówili, że prawie całe miasto stoi w płomieniach, że nawet iść albo biec środkiem ulic miasta jest niemożliwie, ponieważ od gorąca pękała skóra na twarzach. Cudem ocalałe od pożogi sklepy i magazyny zostały zrabowane w ciągu dnia. Niektórzy obywatele w strojach ludowych i z wiązankami kwiatów, z chlebem i solą, na rogatkach miasta 9 lipca 1941 roku witali wkraczających do Witebska Niemców, jako swych wyzwolicieli od jarzma bolszewizmu.

Most przez Dźwinę Zachodnią i dalej ulica Kirowa, prowadząca w stronę dworca kolejowego, gdzie po środku tej ulicy w latach 20.-30. znajdowała się polska szkoła. Na początku lat 30. do niej uczęszczało 540 dzieci i szkoła była największą polską szkołą na Białorusi, wówczas BSSR. Została zamknięta w grudniu 1937

Most przez Dźwinę Zachodnią i dalej ulica Kirowa, prowadząca w stronę dworca kolejowego, gdzie po środku tej ulicy w latach 20.-30. znajdowała się polska szkoła. Na początku lat 30. do niej uczęszczało 540 dzieci i szkoła była największą polską szkołą na Białorusi, wówczas BSSR. Została zamknięta w grudniu 1937

W zajętym przez okupanta mieście życie całkiem było sparaliżowane, nie pracowały żadne zakłady, były nieczynne sklepy, zaopatrzenie w żywność stało problemem nie do rozstrzygnięcia. Przez przypadek dziadek dowiedział się, że w zbombardowanej olejarni po pożarze pozostało dużo soi — i póki ona tam była, każdego dnia pokonywałem 18 km ze wsi do miasta z workiem na plecach, zaopatrując w soję przebywających na wsi licznych krewnych.
Pierwsze oddziały niemieckie, wkraczające do miasta, były pewne siebie i zadowolone ze zwycięstwa. Niemcy grali na harmonijkach i zachowywali się jak gospodarze. Widać było, że są oni dobrze odżywieni i zaopatrzeni w niezbędne rzeczy dla życia żołnierskiego, chociaż nie gardzili przywłaszczaniem sobie cudzego mienia. Natomiast oddziały przybywające później już nie rabowały, a kupowały żywność za marki albo prowadziły handel wymienny. Niemcy mieli handel wojskowy i mogli sobie kupować cygarety, słodycze czy coś innego. Po zajęciu miasta Niemcy założyli swoje organa zarządzania i wszędzie, gdzie się ulokowali przed budynkami, zaczynali uprawiać ziemię i siać sałatę, dbając w ten sposób o zaopatrzenie w witaminy. W centrum miasta, gdzie teraz znajduje się Galeria Sztuk Pięknych, znajdowała się Komendantura, przed ten budynek żołnierze niemieccy przywieźli sporo ziemi i posiali kwiaty, kwietnik na tym miejscu pozostał i po wojnie. Co prawda, sowieci, przekazując ten budynek na siedzibę Obkomu KPB, umieścili na kwietnikach „ozdobę” w postaci popiersi K. Marksa i W. Lenina z prawej i z lewej strony urzędu.

W jednym z pierwszych swych rozporządzeń Niemcy nakazali niezwłocznie zjawić się do pracy wszystkim kolejarzom, ponieważ bardzo zależało im na uruchomieniu witebskiego węzła kolejowego. Za pracę pracownikom trochę płacili oraz dawali mydło i chleb, chociaż złej jakości. Następnie ogłosili rozporządzenie zobowiązujące wszystkich mieszkańców do zameldowania się i stawiania codziennie na Giełdzie Pracy, aż do tego czasu, póki każdy człowiek nie będzie zatrudniony w konkretnym miejscu. Wujek, pracujący na kolei, umiał robić patelnie, łyżki, zamki i część z tego przekazywał na wieś, a resztę sprzedawał w mieście albo wymieniał u Niemców na różne towary, chociaż najbardziej chodziło mu o wyroby z aluminium.
Na początku wojny życie na wsi nie było trudne, mienie kołchozowe zostało rozebrane, a ziemi pod uprawę nie brakowało. Powołanych do wojska mężczyzn zamienili jeńcy wojenni, których kobiety zabierały z obozu koncentracyjnego, znajdującego na obrzeżach miasta, w tak zwanym 5 Pułku. Konwojenci wymieniali jeńców na żywność, a odbywało się to w sposób następujący: jeńcy znajdowali się w obozie za drutem kolczastym pod gołym niebem, kobiety ze wsi przychodziły, przez ogrodzenie dogadywały się z chłopami o pracę, a potem niemieckiemu konwojentowi palcem wskazywały na konkretnego więźnia, jako na swego męża i zabierały chłopów z łagru. Wielu sowieckim żołnierzom taka ich wymiana na żywność uratowała życie, lecz jeszcze więcej umarło w tym obozie z głodu, chorób i wycieńczenia oraz nieludzkiego traktowania jeńców przez okupanta. Na wsi zjawiło się w tym czasie wielu obcych ludzi − uchodźców, jeńców na gospodarstwach. Chłopi wobec nich nastawieni byli nieufnie. Później część z nich udała się do lasów, gdzie gromadzili się oni w oddziały partyzanckie, które w zimie 1942 roku rozpoczęły swoją działalność, w związku z czym życie stawało się coraz bardziej niespokojne. W dzień wieś nawiedzali Niemcy i policjanci, a w nocy partyzanci i każdy zabierał sobie, co chciał, nie pytając o zgodę gospodarza.
Żeby przyjść ze wsi do miasta, trzeba było posiadać ausswais, a otrzymać go można było tylko za żywność. Już po okupacji Witebska, dziadek, idąc do miasta w odwiedziny do swojej córki, wziął mnie ze sobą, po drodze, na przedmieściu noszącym nazwę Terespol, zobaczyliśmy na zboczu drogi zdruzgotany pomnik Stalina. W pierwszym dniu po opanowaniu miasta Niemcy zarzucili na głowę pomnika stalową linę, którą przymocowali do czołgu, ten zerwał go z podium i zepchnął do rowu. Im bliżej posuwaliśmy do dworca, tym bardziej przerażający widok powstawał przed oczyma, niemożliwie było poznać miasto, wszędzie widać było zgliszcza, sterczące kikuty spalonych domów i zakładów z czarnymi oczodołami zniszczonych okien. W dzielnicy miasta Zadźwinie już powstało Getto żydowskie, pilnowali go na początku sami Żydzi. Młodzi i bardziej sprawni uciekali stąd do lasu, gdzie dołączali się do oddziałów partyzanckich, lub przez bagna i lasy przechodzili linię frontową i udawali się w głąb ZSRR.
Anatol Jakowlew
Witebsk, 1998 rok
Cd. w kolejnym wydaniu magazynowym

Jedna odpowiedź do Polaków losy na Witebszczyźnie — Roman Radziewicz (1)

  1. Adam81w mówi:

    Polska Szkoła w Witebsku. ech. Jak to boli, że tego nie ma teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.