0
Wyzwolenie, które przyniosło… terror

09_maja_front_1

W kolumbarium w wileńskich Tuskulanach pogrzebano ofiary sowieckiej agresji Fot. Marian Paluszkiewicz

70. rocznica zakończenia II wojny światowej podzieliła świat, zwłaszcza Europę. Podział powoduje różnica wniosków, jakie poszczególne narody, społeczeństwa, państwa wyciągnęły z lekcji tej wojny.

Gdy Rosja Putina, brzęcząca dziś militariami na Placu Czerwonym, świętuje „wyzwolenie Europy spod okupacji III Rzeszy”, pozostałe narody, zwłaszcza krajów Europy Środkowej i Wschodniej, z obawą patrzą na te moskiewskie igrzyska triumfu militarnego, bo wciąż pamiętają, że sowieckie wyzwolenie wcale nie przyniosło im wolności, lecz zniewolenie i terror.
Wileńszczyzna w jej przedwojennych granicach, zresztą jak całe Kresy, są tych przemian chyba najlepszym przykładem, a zarazem świadkiem.
Choć dziś wciąż, a nawet z nową siłą, można słyszeć argumenty z okresu sowieckiej propagandy, że wyzwolicielski Związek Radziecki przyniósł na te tereny wolność i rozkwit gospodarczy miast i wsi, jak też, że odrodzenie litewskiej niepodległości zrujnowało te osiągnięcia, Roman Lachowicz, były nauczyciel historii, badacz tamtego okresu, zwłaszcza brutalnej kolektywizacji, autor „Krótkiego zarysu historii narodu polskiego”, uważa, że zjawiska, które często wytyka się obecnemu systemowi — bezrobocie, emigracja, opuszczone rolnictwo — są skutkami totalnej sowietyzacji i rusyfikacji Wileńszczyzny, brutalnej zaraz po wojnie i bardziej wyrafinowanej w kolejnych latach.
Historyk przywołuje obraz „wyzwolenia” w oparciu o swoje i swoich bliskich wspomnienia z tamtego okresu: „Po wypędzeniu Niemców i ich litewskich popleczników w pierwszych powojennych latach pojedynczo i małymi grupkami pojawili się uciekinierzy z sowieckiego wojska, dezerterzy, żebracy, psychicznie chorzy, złodzieje, bandyci. Z kolei władza sowiecka dla zaprowadzenia swego porządku organizowała dobrze uzbrojone oddziały tzw. istrebitielej — enkawudzistów, których miejscowi, z racji, że nie mogli wyartykułować „oddział istrebitielej”, nazywali „strybukami”. W ich szeregi wlały się różnego rodzaju mety społeczno-polityczne, bandyci nie stroniący od terroru i morderstw”.

Roman Lachowicz, były nauczyciel historii, autor „Krótkiego zarysu historii narodu polskiego”                Fot. Marian Paluszkiewicz

Roman Lachowicz, były nauczyciel historii, autor „Krótkiego zarysu historii narodu polskiego” Fot. Marian Paluszkiewicz

„Strybucy” byli dobrze uzbrojeni i działali na zasadzie sławetnych „trojek”, czyli we trójkę mieli prawo podjąć decyzje, co zrobić z zatrzymaną, nawet przypadkowo, osobą.
— Częstą decyzją było „Pod zabor i razstreliat’” — zauważa Roman Lachowicz.
W przygotowywanych materiałach dotyczących tamtego okresu historyk opisuje przykład jednego z dowódców takich oddziałów, miejscowego Polaka z Pitkieliszek, Witolda Kranowskiego. Szczycił się on, że zamordował około 30 osób, często niewinnych ludzi. Tymczasem władze komunistyczne uznały dowódcę „strybuków” za bohatera, którego po śmierci pochowano w centrum Niemenczyna, wśród grobów sowieckich żołnierzy poległych za „wyzwolenie” Wileńszczyzny.
W swoich opracowaniach Lachowicz przytacza, że nazywający siebie wyzwolicielami wobec miejscowej ludności, sowieci zachowywali się podobnie jak niemieccy okupanci.
— Po wojnie sowieckie władze nakładały na miejscową ludność ogromne podatki w naturze, wyrażone w zbożu, maśle, jajkach. Przez pewien okres należało zdzierać nawet skórę ze świń — zauważa historyk.

Później nastąpiła brutalna kolektywizacja, która zniszczyła gospodarność i zaradność rolników Wileńszczyzny, wyzbyła ich z chłopskiego honoru. Chłopów siłą zapędzano do kołchozów, gdzie pracowali za darmo, za tzw. „pracodniówkę”, na którą mogło składać się aż kilka dni ciężkiej pracy w polu. Jedynym zarobkiem był worek zboża, często zgniłego, który kołchoźnicy otrzymywali pod koniec roku.

— Kolektywizacja miała kilka podstawowych celów. Komuniści chcieli odebrać rolnikom honor gospodarza i zamienić ich w posłusznych niewolników systemu sowieckiego, odepchnąć ludzi od Kościoła i zerwać ich ostatnią więź z ruchem partyzanckim, który na Litwie działał do 1953 roku. Komuniści skłócili wieśniaków, podzielili ich na małorolnych i bezrolnych, a bardziej zaradnych i bogatych ogłoszono „wrogami ludu” i zniszczono — tłumaczy historyk. Jego zdaniem, komuniści osiągnęli większość swoich celów, oprócz jednego — nie udało się im oderwać ludzi od Kościoła.
W konsekwencji, jak zauważa Roman Lachowicz, zrujnowane zostało nieźle rozwijając się rolnictwo, a ludzi siłą zapędzono do kołchozów. Terrorem, wywózkami, wygórowanymi podatkami złamano rolników. Podwileńskie wioski skolektywizowano w 100 proc.
Nasz rozmówca z własnego doświadczenia pamięta, jak wyglądała „dobrowolna” kolektywizacja podwileńskiej wsi. Jego rodzice, rolnicy, mieszkali we wsi Barany niedaleko Niemenczyna.
— Do naszego domu weszło trzech uzbrojonych mężczyzn i od progu nakazali ojcowi: „Piszis’ w kołchoz” („Zapisuj się do kołchozu”). Ojciec odpowiedział, że zapisze się, jeśli wszyscy we wsi zapiszą się. Na co mu odpowiedzieli: „Ty dołżen wstupit’ pierwym” („Musisz wstąpić pierwszym”). Tak ojciec został kołchoźnikiem — wspomina historyk.

Na czele kołchozu stanął mało wykształcony Polak z Białorusi, Władysław Chomski.
— Była taka zasada, że na kierowników kołchozów przysyłano osoby niezwiązane z miejscową ludnością, kulturą, tradycjami. Chomski, choć wiele krzywdy ludziom nie wyrządził, jednak wiernie służył sowietom. W domu nad jego łóżkiem wisiał duży portret Stalina, obok zawsze stał karabin, a sam on był obwieszony sowieckimi medalami, którymi bardzo się szczycił. Przez co czasami był bardzo komiczny. Pewnego razu, podczas młócki zboża, zgubił medal, kazał więc pracującym kobietom przetrząść stóg słomy, żeby go znaleźć i sam intensywnie szukał, aż pełzając na kolanach przedziurawił sobie spodnie — wspomina Lachowicz.
Później na miejsce Chomskiego przysłano tow. Antipowa z Rosji, który terroryzował ludzi, karał za najmniejsze przewinienie, groził wywózkami i więzieniem.
Do lat 50. była realna groźba wywózek na Syberię. Chociaż rodzice Romana Lachowicza oficjalnie jej nie podlegali, to jednak nie mieli żadnych gwarancji.

— Ojciec nocami nie spał, będąc w ciągłej trwodze nieraz się chował. Podobnie czuli się inni. Bywało tak, że nocą kogoś wywieźli i ojciec rano mówił: „Patrzcie, już sąsiadów okna deskami zabite”— przypomina nasz rozmówca.
Franciszek Lachowicz był też zapędzony do wywózki sąsiadów z Botwiniszek — rodziny Walentynowiczów.
— Uczyniono to brutalnie. Dano im 45 minut na zbiórkę. Zniszczono obrazy religijne — rozbijano je o drabinę wozu i wyrzucano. Ojciec po cichu obrazy pozbierał, zachował i przekazał Walentynowiczom, gdy tamci wrócili z Syberii. Tymczasem agenci i enkawudziści chwytali z domu wywożonych wszystko, co trafiło im pod rękę, zwłaszcza jedzenie. Jeden z nich zabrał ze strychu salceson i wcinając go apetycznie ciągle powtarzał: „Wot krowopijca, mucził narod” — wspomina Roman Lachowicz.
Ludzi prześladowano i wywożono często nawet za byle przejaw nieposzanowania wobec „władzy sowieckiej”. Nasz rozmówca wspomina, że we wsi, u państwa Wołejków, zamieszkał krawiec — uciekinier z Wilna. Wynajmował pokoik, gdzie miał maszynę do szycia i trudził się fachem. A że tapet wtedy nie było, to ściany wykleił gazetami i siedząc przy szyciu, często wtykał w te gazety igły, żeby mieć je pod ręką. Pech chciał, że jedną igłą „ugodził” w zdjęcie Kaganowicza, prosto w oko.

— Ktoś zadenuncjował. Przyszli agenci i zabrali go, jako „wroga ludu” — wspomina nasz rozmówca.
Komuniści niszczyli ludzi wykształconych, myślących, zaradnych, pracowitych, a biednych i różnego rodzaju margines społeczny angażowali do swoich szeregów. Nie obchodziło się przy tym bez kuriozalnych przypadków.
— Pewnego razu szukając „kułaków” w byłym dworku pana Krzywca, zamożnego gospodarza w Rumszyszkach w rejonie wileńskim, napotkali biednego obdartego miejscowego mieszkańca, Gasperańca. Powitali go wylewnym: „Zdrawstwuj towariszcz, ty nasz czełowiek”. Ten przeżegnał się, ukląkł i zaczął błagać, by tylko nie wywieźli na Sybir — wspomina Roman Lachowicz.
Jego zdaniem, skutki brutalnej kolektywizacji, która rozpoczęła się w 1949 roku i zakończyła się już w 1952, Wileńszczyzna odczuwa do dziś.

— Niektórzy dziś są przekonani, że „za sowietów” było lepiej, były kołchozy, była praca, jednak nie uwzględnia się dzisiejszych skutków — zauważa historyk. I wyjaśnia, że po wielkiej wędrówce ludzi ze wsi do miasta w latach 60. na wsi zabrakło rąk do pracy. Angażowano więc uczniów, studentów i robotników zakładów, którzy pracowali niechętnie.
— Zlikwidowano chutory, wykarczowano wypielęgnowane sady. Wileńszczyzna opustoszała. Przy tym postępowała brutalna rusyfikacja, którą można porównać z carskimi represjami 1864 r. To wszystko bezpośrednio przekłada się na obecną sytuację, gdy potomkowie wcześniej prześladowanych mówią, „że za sowietów żyło się lepiej”. Komuniści zniszczyli naszego ducha — zauważa historyk.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.