0
O Szwejku i naszych wojakach

Kto czytał przygody legendarnego czeskiego wojaka Szwejka, ten pamięta, jak się on wybierał na wojnę. Otóż po otrzymaniu wezwania do zasilenia szeregów austro-węgierskich, złapał go tak straszny ból w krzyżu, że biedak musiał swoją służącą prosić o przywiezienie go wózkiem inwalidzkim do komisariatu. Ludzie bili brawa za taki wyczyn. Ba, nawet gazety o tym pisały. Zuch, chory, ale patriota!

Pisaliśmy o tym temacie i my. O ochotnikach i poborowych.
O ile jedni, czyli ochotnicy za prawie 180 euro miesięcznie (m. in. szansa bezrobotnym!) widzieli w tym widoki na przyszłość (np. CV), o tyle drudzy, poborowi z „loterii” (ponad 140 euro) szukali możliwości znalezienia „sposobów” na uniknięcie tego, nowego od niedawna, a byłego, obowiązku.

Co powiedzieć? Wstyd. Bo jak u Szwejka. Droga do sławy wojennej prowadzi według recepty: „O szóstej wieczorem żołnierze dostają gulasz z kartoflami, o pół do dziewiątej idzie wojsko do latryny, żeby się „wyknocić”, o dziewiątej idzie spać. Przed takim wojskiem nieprzyjaciel pierzcha ze zgrozą!”

A u nas pierzchają. Chociaż w tej „łapance” są i wielkie dziury. Po kiego licha było upubliczniać tzw. czarną listę kandydatów do kamaszy, skoro przyszły np. pracodawca (chociaż ma obowiązek „trzymania” na etacie takiego pracownika) może się zastanowić, czy warto mu zatrudnić takiego do pracy, kiedy w każdej chwili może być na 9 miesięcy „potrzebny Ojczyźnie”?