0
Wspólnotę Awiżeń łączy krzyż

Najbardziej aktywne czcicielki nabożeństw majowych i czerwcowych przy miejscowym krzyżu    Fot. Marian Paluszkiewicz
image-73137

Najbardziej aktywne czcicielki nabożeństw majowych i czerwcowych przy miejscowym krzyżu Fot. Marian Paluszkiewicz

Wileńszczyzna od wieków słynie z przydrożnych krzyży, świątków i kapliczek, choć nie zawsze wszystkie są należycie zadbane. 

Tymczasem w podwileńskich Awiżeniach przydrożny krzyż — niczym kapliczka — jest szczególnie zadbany i adorowany przez tutejszych mieszkańców. Krzyż ustawiono tu przed kilkoma laty — przy pomocy miejscowego starosty Michała Bortkiewicza, miejscowej mieszkanki Henryki Konczaninej, oraz innych mieszkańców. Przed kilkoma laty krzyż został uroczyście poświęcony.

Gdy przyjechaliśmy do Awiżeń, to już grupka odświętnie ubranych niewiast modliła się przy pięknie ukwieconym krzyżu. Był to akurat przedostatni dzień nabożeństwa czerwcowego. A tu nabożeństwa majowe, czerwcowe i różańcowe stały się już tradycją.
Krzyż przed wielu wiekami był dla Żydów narzędziem i oznaką wielkiej hańby.
Od czasów Chrystusa stał się symbolem zbawienia.
Tak, on często boli, ale za każdym razem też leczy. To podobnie, jak zabieg chirurgiczny: najpierw bardzo boli, a potem leczy.

„Nie ma chrześcijaństwa bez krzyża” — twierdzi papież Franciszek. Podkreśla, że chrześcijaństwo nie jest doktryną filozoficzną, nie jest programem na życie, aby przetrwać, aby uchodzić za człowieka dobrych manier, by się pogodzić.

Krzyż jest narzędziem powstania z grzechu.
„Niektórzy uczynili z religii i z adorowania Boga pewną kulturę z wartościami, refleksjami, pewnymi ozdobami umieszczanymi na ołtarzu, lecz nie tajemnicą miłości Boga” – dodaje w tej kwestii papież Franciszek.

Najbardziej aktywne czcicielki nabożeństw majowych i czerwcowych przy miejscowym krzyżu    Fot. Marian Paluszkiewicz
image-73138

Najbardziej aktywne czcicielki nabożeństw majowych i czerwcowych przy miejscowym krzyżu Fot. archiwum

Mieszkańcy Awiżeń chyba bardzo poprawnie rozumieją naukę Kościoła o znaczeniu krzyża w ich życiu. Nie łudzą się całkiem, że ich każda modlitwa niczym „od ręki” będzie wysłuchana, bo dobrze rozumieją, że Bóg każdemu zawsze daje to, co mu jest najlepsze. Czasem może to być duże cierpienie, a nawet ciężka choroba czy coś innego. Dobrze rozumieją także, że zarówno krzyż, jak wiara i modlitwa niewiele są warte bez dobrych uczynków. I z pewnością dlatego tak często wzajemnie się wspierają we wszystkich kłopotach, wzajemnie sobie pomagają, wzajemnie się pocieszają. Wspólnie płaczą, wspólnie radują, jeden drugiemu pomagają w każdej potrzebie.

Maj, czerwiec i październik są miesiącami, kiedy codziennie zbierają się ludzie pod krzyżem, by wyśpiewać Litanię Loretańską, Litanię do Serca Jezusowego oraz modlić się na różańcu. W maju, czerwcu, październiku (i nie tylko w tym okresie) tak wiele pięknych pieśni naszych dziadów i pradziadów płynie do nieba.
To i: „Serdeczna Matko” i „Pójdź do Jezusa”, „Z tej biednej ziemi”, „Dobranoc głowo święta” itp.
A skoro już jesteśmy przy nabożnych pieśniach, to nie sposób pominąć bardzo starej i dla wielu już z pewnością zapomnianej pieśni trochę maryjnej, a trochę biesiadnej, którą zaśpiewała 90-letnia Ksaweryna Stankiewicz, gdyż akurat gościła u swojej córki:
„Życzymy, życzymy/ Życzymy, życzymy/ I szczęścia i zdrowia/ I szczęścia i zdrowia/ przez Serce Maryi/ Bo serce Maryi jest bardzo bogate/ Kto do niej się zwróci/ Każdemu pomoc da”.
A modlitwa przy Krzyżu bywa różna. Każda z kobiet ma swój osobisty „modlitewnik”, w którym ma zapisane najbardziej ulubione modlitwy, piosenki i różnego rodzaju inne myśli z Pisma Świętego.

Najbardziej aktywne czcicielki nabożeństw majowych i czerwcowych przy miejscowym krzyżu      Fot. Marian Paluszkiewicz
image-73139

Najbardziej aktywne czcicielki nabożeństw majowych i czerwcowych przy miejscowym krzyżu Fot. archiwum

Kilka razy do roku odprawiane są tu Msze św.
Właśnie całkiem nie dawno, bo na św. Jana też odbyła się taka Msza, którą celebrowali dziekan, proboszcz Kalwarii Wileńskiej ks. Rusłan Wilkiel i proboszcz z Suderwy ks. Stanisław Macutkiewicz.
— Sercem wszystkich tego rodzaju jest pani Leonarda (miejscowi nazywają ją po prostu Lonią) Łapin. Niektórzy żartobliwie ją nazywają swoim „księdzem”. Pomagają jej we wszystkim jest mieszkanka Awiżeń, Bronisława Borowik, synowa Jolanta, Irena Gaidys i in. Nie wspomnę już o Henryce, córce pani Leonardy, która nieodpłatnie stale ukwieca to miejsce — mówi Danuta Kosowska.
Warto chyba trochę pozazdrościć mieszkańcom Awiżeń takiej wspaniałej wspólnoty. Choć jeśli chodzi o wspólnotę to nie do końca da się ją zrozumieć.
Faktycznie należą do parafii Odnalezienia Krzyża Świętego w Kalwarii Wileńskiej, ale do kościoła częściej chodzą do Suderwy, bo tam jest łatwiej dojeżdżać.  Mówią, że skoro są parafianami jakby dwóch parafii, to tu, u siebie, stworzyli taką małą, lokalną własną i są przekonani, że Bóg się za to nie pogniewa. Wszak  wysłuchuje On każdej modlitwy i w każdym miejscu, każdej naszej prośby, jeśli tylko ze szczerego serca płynie.

Czy rzeczywiście każdej? No, nie.
Kościół naucza, że Bóg wysłuchuje tylko te prośby, które uznaje, że posłużą ku zbawieniu wiernych. Dziecko też często bardzo prosi swego tatę o zapałki, ale tato nie daje i wtedy dziecko gorzko płacze.
— O wiele rzeczy proszę Boga, ale nie wszystko otrzymuję. Nie zrażam się tym. Wszak Ewangelia nam mówi, że Pan Jezus przed swoją Męką też prosił Ojca, by jeśli to możliwe, odsunął od Niego ten Kielich. Niestety, nie odsunął, bo chodziło o zbawienie świata. Być może i w moim przypadku czasem chodzi o zbawienie mojej duszy – mówi Bronisława, która w życiu potrafi niemal w każdej chwili powiedzieć: „Bądź wola Twoja”.

Leonarda Łapin              Fot. Marian Paluszkiewicz
image-73140

Leonarda Łapin Fot. Marian Paluszkiewicz

Kazimiera Stankiewicz, która również tego dnia była przy krzyżu uważa, że modlitwa i Msza św. to najważniejsze momenty życia duchownego. Nie zawsze można liczyć na wysłuchanie lub jakiś cud, ale zawsze przynosi to dużą ulgę duchową, spokój serca i dzięki temu można ze wszystkim się pogodzić, wszystko przyjąć. Nie wiem, ale z pomocą Matki Bożej odzyskałam nogę, którą lekarze już chcieli amputować.
Często się zdarza, że wierni klękają na kolana, składają ręce do modlitwy, modlą się i są z siebie zadowoleni, bo przecież Pan Bóg to z góry widzi. Owszem, widzi, tylko widzi o wiele więcej i głębiej niż nam się wydaje.

Św. Ojciec Pio często upominał swoich wiernych, że Bóg nigdy nie patrzy na postawę, ilość „odmówionych” modlitw, ale na to, co jest niewidzialne, na serce człowieka. Jeśli jest tam prawdziwy żal, skrucha, błaganie, dopiero wtedy pomaga. Ten sam Ojciec Pio stale przestrzegał swoich wiernych przed wiarą na pokaz, przed wiarą, jaką mieli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Tłumaczył, że taka wiara nie prowadzi do nieba.
Jedna z moich rozmówczyń „przyznała się”, że tak naprawdę nie bardzo wie, dlaczego Bóg tak wiele pomaga w jej życiu. Niestety, wielu rzeczy nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, bo my myślimy i widzimy tylko po ludzku, a Bóg widzi wszystko po swojemu i może się zdarzyć (jak zresztą jest powiedziane w Ewangelii), że ci pierwsi, niby pobożni będą ostatnimi, a ci niby tak niedoskonali, ale o skruszonym sercu — będą pierwszymi.
Ale powróćmy do osoby Leonardy Łapin – serca tej nigdzie nie zapisanej wspólnoty awiżeńskiej. Pochodzi z pobliskich Pikuciszek. Tam też zapoznała się ze swoim mężem Henrykiem. Przypadli sobie do gustu, pobrali się. Zaczęły się rodzić dzieci (a mają ich czwórkę). Wówczas wybudowali dom w Awiżeniach i tu się przenieśli, tu wrośli.

Mała Lonia od 16 lat (to już minęło 50) śpiewała w chórze parafialnym, należała do białej procesji, potem była jej kierowniczką. Wszędzie, a przede wszystkim w kościele, zawsze była w pierwszych szeregach. Nigdy jednak nie oglądała się na pochwały, oklaski czy materialne korzyści. Po prostu była sobą, chciała przez całe życie służyć Bogu i pomagać bliźnim.
Sama jednak nie uważa, że robi coś nadzwyczajnego. Po prostu za wszystko dziękuje Bogu, dziękuje za swoje dzieci, które jej teraz pomagają, opiekują się, gdy zachodzi potrzeba.
Czy życie było sielanką? Raczej nie.
Było tak jak mniej więcej w każdej normalnej rodzinie. Musiała jednak uporać się nie tylko z wychowaniem dzieci, których wychowała na porządnych ludzi, ale także pracować na kilku pracach, bo dorobić na ten kawałek chleba. W życiu często płakała. Jak sama mówi, że wciąż miała oczy na mokrym miejscu. Płakała, gdy ktoś z rodziny niezbyt grzecznie się do niej odezwał, gdy któreś dziecko zachorowało lub ktoś je skrzywdził. Płakała nad biedą czy nieszczęściem sąsiada. Dziś też często z tego powodu płacze. Płacze, gdy klęka przed krzyżem, żeby za coś Boga przeprosić lub o coś Go poprosić. A prosi nie tylko za siebie, ale bardzo często także za innych.

I choć życie pani Leonardy nie było i nadal nie jest łatwe — Bo i wiek już dość sędziwy i zdrowie nie najlepsze — kobieta ma wciąż jeszcze swoje plany, marzenia.
Jednym z takich marzeń jest utworzyć miejscowy chórek młodzieżowy, który by czasem z gitarą i wesołą pieśnią przyszedł i urozmaicił tradycyjne nabożeństwa przy krzyżu.
Dodajmy na zakończenie, że niemal nie ma dnia, by ktoś przynajmniej na krótko nie przystanął przy krzyżu na krótką chwilę skupienia. A przychodzą pod krzyż nie tylko katolicy, ale i ludzie innych wyznań.
Wygląda na to, że gdzie, gdzie, ale w Awiżeniach nie zaginą tak szybko tradycje naszych pradziadów. I to napawa optymizmem!

Leave a Reply

Your email address will not be published.