2
Złote gody Sankowskich: 50 lat cichego szczęścia

Państwo Maria i Mieczysław Sankowscy: 50 lat razem w zgodzie i miłości

Odnowienie przyrzeczeń małżeńskich z okazji Złotych Godów – taka uroczystość się przytrafia nielicznym parom! W 50. rocznicę ślubu państwo Maria i Mieczysław Sankowscy w kościele pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w Koleśnikach ponownie stanęli przed ołtarzem, by ślubować sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Święto stało się piękną okazją do radosnego spotkania w gronie najbliższej rodziny: dzieci z rodzinami, wnuków oraz krewnych i przyjaciół. Nie mogłoby być inaczej – liczna kochająca się rodzina i przyjaciele są najważniejszym dorobkiem tej wzruszająco pogodnej pary.

Pani Maria pochodzi z Grodzieńszczyzny. Po ukończeniu szkoły średniej we wsi Łojki koło Grodna (wieś ta została dziś wchłonięta przez Grodno i została przedmieściem) zaczęła się zastanawiać, co dalej chce w życiu robić. Jak opowiada, mieszkała w ściśle polskim środowisku, choć po wojnie wieś została odcięta od Polski. Pobliski Kanał Augustowski został po polskiej stronie, zaś z Grodzieńszczyzny Polska „wyjechała” po przesunięciu granic. Mogła studiować w Grodnie po rosyjsku, ale na Litwie właśnie zaczął działać w tym czasie 2-letni Instytut Nauczycielski w Nowej Wilejce, w którym przyszłych nauczycieli kształcono w języku polskim. To przesądziło o wyborze dalszej drogi życiowej, zwyciężyła potrzeba bliskiego kontaktu z językiem ojczystym.
— Przyjechałam na Litwę z całą grupą naszych maturzystów, ale tak się stało, że z naszej grupki zostałam tu na dobre tylko ja sama.  Po zakończeniu studiów miałam do wyboru jeszcze pracę w Trokach, ale wolałam się przenieść bliżej stron rodzinnych – opowiada Pani Maria.
Sprawka losu. Wybór padł na Koleśniki w rejonie ejszyskim (wtedy to Ejszyszki były centrum rejonowym). Stąd do Grodna zostawało jakieś 100 kilometrów. Los chciał, że młoda pani nauczycielka wynajęła mieszkanie u… brata swego przyszłego męża.
— Tak poznałam Mieczysława, swego rodzonego męża. On wtedy jeszcze studiował w agrozootechnikum w Bujwidziszkach, potem służył w wojsku.
Ja z kolei udałam się na studia nauczycielskie w Leningradzie, dzisiejszym Sankt Petersburgu. Mietek też poszedł na studia w Akademii Rolniczej w Kownie. Tak się mijaliśmy. Ale jego ojciec zawsze powtarzał, że będę jego synową. No i „wykrakał” — śmieje się pani Maria.

Po powrocie „zaiskrzyło”.
— Taka była malusieńka, drobna. Doszedłem do wniosku, że nie będzie mnie krzywdzić – żartuje pan Mieczysław.
— Napoleon też był niski, ale był wielki – przekomarza się pani Maria.
— Parę razy spotkałem Marię u brata – opowiada pan Mieczysław. — Potem zabrałem ją na randkę do klubu na zabawę taneczną. Potem odprowadzałem do domu okrężnymi drogami po całych Koleśnikach, słowiki wtedy śpiewały nadzwyczajnie. Tak to się zaczęło. Po jakimś czasie postanowiłem prosić o rękę, Maria dała zgodę.
Młodzi postanowili się pobrać. A że czasy sowieckie nie sprzyjały otwartemu deklarowaniu swoich przekonań religijnych (pan Mieczysław jako zarządzający sowchozu, pani Maria jako nauczycielka po kryjomu wyznawali wiarę), więc młodzi zdecydowali swój ślub kościelny wziąć po cichu. Zbyt wielki wpływ na życie obywateli wywierała wtedy bezpieka – kuzyn pani Marii, który był AK-owcem (do Armii Krajowej należał też jego ojciec) za udział w partyzantce nie dostał się na studia do Instytutu Nauczycielskiego w Wilnie.
— Tak to działało. Zdawałoby się: gdzie Grodno, a gdzie Wilno, a jednak. Byli dobrze poinformowani – mówi pani Maria.
Do ślubu – motocyklem.
— Udaliśmy się do Grodna. Mąż wsadził mnie do kosza, doczepianego do motocykla. Pojechaliśmy do rodziców po błogosławieństwo – opowiada pani Maria.
Welon nie powiewał z tyłu za motocyklem, gdyż ślub kościelny był utrzymany w tajemnicy.

Przyszli tylko świadkowie, krewni, nieliczni znajomi, chrzestna matka. Ksiądz udzielił ślubu i młodzi zostali małżeństwem. Trochę później, po miesiącu, zarejestrowali swój związek w Urzędzie Stanu Cywilnego w Ejszyszkach. Było huczne wesele, samochody wołgi, przybyli krewni z Grodna, bawiło się całe grono pedagogiczne.
We dwoje pracowali w szkole: pani Maria uczyła historii, pan Mieczysław — biologii, prac, przysposobienia wojskowego.
Polska szkoła w Koleśnikach liczyła w czasach powojennych nawet około 400 uczniów. Po tym, jak ruszyła fala repatriacji, liczba uczniów drastycznie spadła. Jak opowiada pani Maria, dzieci w szkole były bardzo układne, grzeczne, wielu uczniów skończyło wyższe studia. Nauka w szkole była na wysokim poziomie. Zgrany zespół, częste wypady na przyrodę.
— Kochałam swoją pracę, swoich uczniów. Nie wyobrażam sobie innej – zwierza się pani Maria.

Ku wielkiej radości wszystkich, polskiej szkole w Koleśnikach udało się w tym roku przejść przez proces akredytacji i od nowego roku szkolnego będzie tu już Gimnazjum im. Ludwika Narbutta.
Pani Maria z dumą zaznacza, że dyrektorką gimnazjum jest jej… synowa Aleksandra, która uczy historii i prywatnie jest przewspaniałą osobą.
W kołowrotku codziennych zdarzeń wypełnionych pracą zawodową, jedno po drugim, co cztery lata przychodziły na świat dzieci. Wielką radością w rodzinie było przyjście na świat pierworodnego syna Mieczysława, który imię otrzymał po swym tacie.
— Mamusia w Grodnie zawsze powtarzała, że jedno dziecko to nie dziecko. Sama pochodzę z rodziny, gdzie się wychowało nas sześcioro. Więc też z Mietkiem postanowiliśmy, że będziemy mieli dużo dzieci – opowiada pani Maria.
Dzisiaj państwo Sankowscy są dumni z wszystkich swych dzieci. Mieczysław, Bożenka, Grażynka, Jarosław. Czy było trudno? Pani Maria nie narzeka. Ponieważ okres urlopu macierzyńskiego był w tamtych czasach niezwykle krótki (góra 3 miesiące), pierwszymi dziećmi pomagała zajmować się niania, potem już starsze rodzeństwo pomagało mamie doglądać młodsze.
Na córkę Bożenę wypadło pomaganie przy braciszku Jarku.
— Sąsiedzi się śmieli, że Bożenka biegnie „do Jarka” i pytali, czy jest dojarką – wspomina Pani Maria. — Uczyłam dzieci przede wszystkim samodzielności, żeby umieli wyprać, poskładać ubranka na miejsce, odrobić lekcje.

Dzisiaj jest dumna z nich wszystkich: starszy syn Mieczysław po technikum budowlanym w Wilnie i studiach na kierunku rzemiosła we Wrocławiu został wziętym stolarzem i projektantem, prowadzi działalność indywidualną. Bożena skończyła filologię polską i bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim, Grażyna skończyła kolegium w Elblągu, następnie Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Rzeszowie. Obie córki poświęcają się pracy w szkole. Najmłodszy syn Jarosław, prawdziwa „złota rączka”, co to potrafi zrobić dosłownie wszystko własnymi rękoma, skończył agroturystykę. Wybudował obok domu rodziców swój własny dom i razem z żoną dba o to, żeby rodzicom również mieszkało się ładnie, przytulnie i wygodnie.
— Wszyscy na miejscu, w Koleśnikach, nikt nie wyjechał za granicę – cieszy się pani Maria. — Co prawda, Grażyna uczy w Wilnie, ale na święta wszyscy spotykamy się u nas, całą rodziną, w 14 osób, bo rosną też wnukowie.

Na pianinie w domu państwa Sankowskich cała galeria uśmiechniętych i poważnych portretów dziecięcych, zarówno z Pierwszej Komunii, jak i tych z pierwszym ząbkiem: Marek (już student!), Liwia, Kornelia, Radosław oraz najmłodsza pociecha 1,5-roczna Paulina. Wszystkie kochane i wyjątkowe.
Odskocznia: ryby i pszczoły. Po wyjściu na emeryturę trzeba było czymś wypełnić pustkę powstałą po zostawieniu czynnej pracy zawodowej. Pani Maria zafascynowała się… wędkarstwem.
Początkowo hobby było utrzymane w ścisłej tajemnicy: do stawu nieopodal mąż przemycał wędkę, zaś pani Maria spacerkiem szła nad wodę i… łapała karpie. Później zaniechała konspiracji, gdyż na wsi szybko wyszło na jaw, że jest miłośniczką wędkowania.
— A co mi tam, wyczytałam, że nawet Maria Curie-Skłodowska chodziła na ryby, no to ja też mogę – śmieje się pani Maria. — Las, woda, świeże powietrze, spacer – to prawdziwy lek na wszelkie problemy.
Pan Mieczysław z kolei znalazł inne hobby. To pszczelarstwo. Ma 5 uli, to, co prawda, nie to, co miał jego ojciec, który na pasiece miał 40 uli, ale zawsze coś. Tegoroczne zbiory były słabsze z powodu deszczu, ale dla rodzinki wystarczy. Teraz kwitnie lipa, gryka, więc miodu będzie więcej. Bez pracy dzień się dłuży.

Przepis na udane małżeństwo?
— Przebaczać – mówi pani Maria. — Nie będzie udanego małżeństwa z wyrachowania. Nie będzie udanego małżeństwa bez miłości. Po gorszych czasach przychodzą lepsze, a skoro się mówi „tak” przed Panem Bogiem, to trzeba w tym postanowieniu wytrwać.
— Ustąpić sobie nawzajem – mówi pan Mieczysław. – Nie zostawiać gniewu i złości. To tyle. Nie ma tej chatki, żeby nie było zwadki, ale najważniejsze, żeby spory szybko zażegnać.
Patrząc na zgodne i pogodne małżeństwo państwa Sankowskich widzę, że te proste trudne zasady – działają! 50 lat przeżytych wspólnie w zgodzie i w cichym szczęściu są tego dowodem.
Print

 

2 odpowiedzi to Złote gody Sankowskich: 50 lat cichego szczęścia

  1. H.D. mówi:

    Serdecznie pozdrawiam i ciesze sie ze moglem poznac tych zyczliwych ludzi. Piekna droga zyciowa, sluzaca przykladem dla wielu. Udany artykul, abym takich wiecej

  2. Halszka mówi:

    O 50 latach cichego szczęścia trzeba mówić głośno.Piękne życiorysy,ciekawi i szczęśliwi ludzie.Na dalszą drogę życia wszystkiego co najlepsze,najciekawsze i najpiękniejsze życzy Halina Szymańska Polska

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.