0
Ewelina Saszenko: Żyję muzyką!

 jest niebanalną autorką ciekawych projektów muzycznych oraz wokalistką jazzową i szansonistką.

jest niebanalną autorką ciekawych projektów muzycznych oraz wokalistką jazzową i szansonistką.

Po pierwszych dziecięcych krokach Eweliny Saszenko stawianych na konkursach „Dainų dainelė” i „Od przedszkola do Opola” nadszedł czas na jeszcze poważniejsze sceny.
Dziewczyna z muzykującej rodziny z Rudziszek nieopodal Trok ruszyła z impetem w 2011 roku na podbój konkursu piosenki Eurowizji do Duesseldorfu. Dziś jest niebanalną autorką ciekawych projektów muzycznych oraz wokalistką jazzową i szansonistką.

Zanim się umówiłyśmy na ten wywiad, cały tydzień miała już Pani rozpisany. Co to było?

Och tak jak zwykle: różne koncerty i festiwale tu na Litwie. Mam już od 10 lat własny zgrany zespół w stałym składzie. To pianista Paulius Zdanavičius, akordeonista Nerijus Bakula i perkusista Martynas Lukoševičius. Ta drużyna zawsze jest ze mną. Staram się zawsze śpiewać na żywo, z muzykami, bez playbacka.

Zawsze, kiedy widzę utalentowane osoby – czy to dzieci, czy osoby dorosłe – zastanawiam się, jak to jest: czy to talent, iskra Boża, czy jednak 99 procent pracy?

Każdy chyba ma inaczej. Oczywiście, bez ingerencji z góry w moim przypadku się nie obyło. Myślę, że to dar Boży, ale jakieś 50 procent pracy jednak musiałam włożyć. Niemało pracowaliśmy na to, co mam teraz. Ile musiałam się naśpiewać, naćwiczyć, żeby osiągnąć to, co mam teraz!

W dużej mierze swój sukces zawdzięcza chyba Pani swej muzykującej rodzinie?

Jak najbardziej, oboje rodzice bardzo mi pomogli. Bez mamy samozaparcia, wytrwałości, nie byłoby tego. Tata jako muzyk jest takim wolnym ptakiem, mama – nauczycielka matematyki – jest natomiast od myślenia strategicznego, przyszłościowego. Bez pomocy tego duetu nie byłoby tego, co osiągnęłam dzisiaj.

Pierwsze kroki na scenie stawiała Pani już w dzieciństwie. Były konkursy piosenki dziecięcej „Dainų dainelė”, festiwale „Dzūkijos žvaigždutės”. Jak Pani trafiła na konkurs w Polsce „Od przedszkola do Opola”?

Całe dzieciństwo i młodzieńczy okres wspominam jako okres podróży na różne festiwale. Z Opolem to było proste. Napisaliśmy list do producentów tego programu i otrzymaliśmy odpowiedź. Sam reżyser programu Michał Juszczakiewicz był bardzo zaciekawiony śpiewającymi dziewczynami z Litwy. Ja właściwie już byłam za dorosła do tego programu, bardziej pasowała moja młodsza siostra Monika. Musiałyśmy zaśpiewać piosenkę Jerzego Petersburskiego „Odrobinę szczęścia w miłości”. To był strasznie trudny i niezrozumiały utwór dla takiego 3-4 letniego dziecka, jakim była wtedy Monika. Nagrałyśmy tę piosenkę w domu z naszym wspólnym, Moniki i moim, wykonaniem. Wysłałyśmy i otrzymałyśmy propozycję występu. Było super, wszystkim się spodobało, a potem jeszcze otrzymałyśmy zaproszenie do udziału w następnym programie, „100 programów »Od przedszkola do Opola«”. Śpiewało się w nim w duecie z różnymi gwiazdami. Mnie wypadło szczęście wystąpić z Mieczysławem Szcześniakiem, zaśpiewaliśmy „Dumkę na dwa serca”.

Świadomie wybrała Pani studia muzyczne?

Tak do końca nie byłam pewna, że muszę tam iść. Szkołę ukończyłam dobrze, mogłam studiować coś innego. Długo myślałam, mama mi doradzała, spisałyśmy na kartce różne możliwości – w tym studia matematyczne, ekonomię. Pojechałam do Wilna, żeby złożyć papiery na studia i wybrałam jednak studia muzyczne w Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru.

Jednak?

Jednak. Nie żałuję, cieszę się, że tak wyszło, ale teraz mogę powiedzieć, że z tych studiów wyniosłam tylko przyjaciół, ale nie dały mi wiele pod względem warsztatu.

Ale czuje się Pani spełniona w tym, co robi?

Tak. Tak. Często rozmawiam z przyjaciółmi i słyszę coś w stylu „Mam dobrą pracę, dobre pieniądze, ale nie odnalazłem siebie”. Dla mnie jest to nieznane uczucie. To, co robię, jest moje. Bardzo się cieszę, że moja praca poza zarobkiem daje tak wiele satysfakcji. Dziś rano leżąc w łóżku, myślałam sobie: jak to dobrze, że mogę robić w życiu to, co lubię najbardziej – śpiewać! Czasami nawet się zastanawiam, co mogłabym robić poza śpiewem…

I?

Jeszcze nie wymyśliłam.

Co Pani dał udział w Konkursie Piosenki Eurowizji? Czego się Pani nauczyła?

Eurowizja zmieniła moje życie. Przedtem też śpiewałam, miałam koncerty i nieźle mi to szło. Ale Eurowizja przyniosła mi większą sławę tu, na Litwie, w Polsce, częściowo za granicą. Często otrzymuję różne listy: z Australii, niedawno z Hiszpanii i innych krajów. Ludzie słuchają tej mojej muzyki, proszą o nagrania.
Ten występ dał mi więcej wiary w siebie. W ciągu jednego wieczoru praktycznie wyrosłam. To był ten największy plus. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek wyjdę na taką scenę, ale cieszę się, że miałam w swoim życiu takie doświadczenie. Czułam się wtedy gwiazdą.

Czy w trakcie eliminacji do Eurowizji też Pani czuła się gwiazdą?

Nie. Tyle przykrych rzeczy wtedy mnie spotkało, że nie chcę wspominać. Był to trudny okres. Nigdy nie myślałam o wygranej, przez myśl mi nie przeszło, że pojadę gdzieś do Duesseldorfu. W ciągu jednego wieczoru wszystko się przewróciło: otrzymałam szansę, z którą nawet nie wiedziałam co zrobić, co dalej, jak dalej, jedna wielka niewiadoma. Miałam 24 lata. Plus ta ogromna presja ze strony mediów: nigdy tego nie doświadczyłam i wszystko to spadło na mnie w ciągu jednej nocy.

Ewelina Saszenko     Fot. archiwum

Ewelina Saszenko Fot. archiwum

Zarzucano Pani wtedy, że Polka będzie reprezentowała Litwę na Eurowizji…

Właściwie tak, to był mój największy „grzech” i najciekawszy dla dziennikarzy punkt. Nie omawiano tego, jak śpiewam (a śpiewałam bez zarzutu), komuś nie podobała się piosenka, ale największym problemem była moja sukienka i narodowość.

Teraz też jest nerwowa reakcja na Pani narodowość?

Właściwie teraz współpracuję wyłącznie z litewskimi muzykami, moimi słuchaczami są w zasadzie Litwini. Ludzie mnie lubią, niektórzy celowo starają się mówić ze mną po polsku. Co ciekawe, że im głębiej na Litwę jadę, z tym bardziej pozytywnym odbiorem się spotykam. Pierwszym moim słuchaczem jest miasto Kowno. O czymś to chyba świadczy. Po Eurowizji nie spotykałam się już z zarzutami na temat mojej narodowości. Ludzie akceptują to, że jestem Polką, że tego nie ukrywam, nie wstydzę się tego. Chcę też, żeby moje dzieci były Polakami, żeby chodziły do polskiej szkoły.

Dlaczego?

Tak mi chyba wpoili rodzice. Chcę z moimi dziećmi rozmawiać po polsku. Chcę, żeby dzieci po polsku rozmawiały z dziadkami. Sama ukończyłam polską szkołę, wszyscy moi koledzy z klasy ukończyli studia, mają super prace. Mogę nawet powiedzieć, że nasza klasa na maturze wypadła lepiej niż koledzy z litewskiej szkoły.

Jak ocenia Pani to, co się dzieje obecnie w oświacie?

Jestem apolityczna i nie chcę dyskutować na ten temat. Ale to, co się dzieje np. z językiem litewskim oceniam negatywnie. Gdyby dzieci uczyły się języka litewskiego np. od piątej klasy tak jak Litwini, to, moim zdaniem, nie byłoby problemu. Ale na przykładzie mojej siostry, która w ciągu 2 lat musiała przerobić tyle, co Litwini w ciągu 8 lat, wiem, jak to jest niewspółmiernie trudno. Trzeba takie reformy przeprowadzać jakoś logicznie.

Jak pisze Pani swoje nazwisko na afiszach?

Zgodnie z litewską pisownią, ale w korespondencji piszę „w” i „sz”. Moi znajomi też w listach czy SMS-ach piszą „Ewelina” przez „w”.

Czyli nikomu te polskie literki nie przeszkadzają?

Wręcz odwrotnie, mój pewien znajomy mówi, że zna tylko jedną Ewelinę z double W.

Jakiej muzyki się słucha u Pani w domu?

Lubię jazz, tak głośno tego słucham. Lubię pop jazz, Michaela Buble’a, lubię Stinga, lubię posłuchać opery. Uwielbiam śpiewaczkę operową Annę Netrebko – jestem jej wielką „fanką”. W ogóle słucham wszystkiego, różni ludzie mnie otaczają i nie wymagam, żeby coś np. wyłączyli. Wolę nostalgiczną muzyczkę, Fado na przykład.

Projekt z Pani udziałem z Chopinem na jazzowo… Był to Pani pomysł?

Tak, jest to jeden z moich projektów, którym bardzo się szczycę. Ten pomysł powstał wtedy, kiedy kończyłam studia na Akademii Muzycznej i chciałam zrobić coś niestandardowego. Zawsze lubiłam Chopina i pomyślałam sobie: „Trzeba go »zdżezować«”. Zrobiliśmy to z moim nauczycielem, a teraz już przyjacielem pianistą Dmitrijem Gołowanowym. Nuciłam to bez przerwy i marzyło mi się, żeby te utwory miały tekst. Kiedyś na pewnym festiwalu spotkałam Francuzów, którzy wydali książkę, poświęconą Chopinowi. Był tam cykl wierszy poświęcony kompozytorowi autorstwa Cypriana Kamila Norwida, najlepszego przyjaciela Chopina. Później te teksty przeniosłam na swoje utwory.

Śpiewa Pani Norwida po polsku?

Po francusku, ten cykl wierszy był napisany początkowo po francusku, dopiero później był przetłumaczony na polski. Wydaliśmy płytę, potem zaczęłam się zastanawiać nad okładką do płyty. Co ciekawe, przyśnił mi się piękny sen z niebieskimi przylaszczkami. Powiedziałam wydawcom z Francji, że moim marzeniem jest, by na płycie z Chopinem znalazły się przylaszczki. Odparli na to, że były one przecież ulubionymi kwiatami kompozytora. To było niesamowite. Szkoda, że na Litwie ten projekt nie spotkał się z wielkim odzewem, natomiast w internecie zdobywa bardzo wielką popularność. Właściwie wszyscy moi fani piszą do mnie z powodu mego jazzowego Chopina.

Pamiętam też wspólny Pani projekt ze Zbigniewem Lewickim „Alicja w krainie Wilna”. Lubi Pani poezję Alicji Rybałko w sposób szczególny?

Tak, lubię poezję, lubię piosenki, które napisał Zbigniew do tych tekstów. Piękne utwory, piękna muzyka, te przejmujące teksty. To jeden z moich pierwszych poważnych projektów.

Gdzie czerpie Pani inspirację do tworzenia, śpiewania?

Jestem osobą wierzącą, wierzę, że Bóg jest zawsze ze mną i dodaje mi sił. Czasami nie chcesz śpiewać, jesteś pusty od środka po wyczerpującym koncercie, chciałbyś zaszyć się w samotności, a tu trzeba się otworzyć przed ludźmi… Ale wychodzisz na scenę i wszystko jest dobrze, przychodzi energia i nastrój. Myślę, że to przychodzi z góry.

Plany na przyszłość?

Przyznaję, że nie mam pamięci do nazw, dużo jest tych koncertów, wyjazdów…
W styczniu z orkiestrą z Filharmonii odbędzie się ciekawy projekt: w operowym przedstawieniu Alfreda Schnittke zaśpiewają 3 śpiewacy. Dyrygent chciał, żeby wzięła w nim udział także jazzowa wokalistka, więc padło na mnie. Czuję się bardzo zaszczycona i cieszę się tym ciekawym niestandardowym wydarzeniem.

Woli Pani sale kameralne czy duże sceny?

Nie lubię wielkich sal, kiedy nie mam kontaktu z publicznością. Nie lubię czuć się sama na sali, a w tych wielkich arenach to tak się właśnie czuję. Lubię, kiedy słuchacz jest blisko, kiedy widzę jego mimikę, oczy.

Co dla Pani jest największym życiowym sukcesem?

Trudne pytanie. Myślę, że to, że odnalazłam siebie w muzyce. Żyję muzyką, dobrze się razem czujemy.

Print

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.