0
Dom Samopomocy w Wołczunach: odnaleźć radość życia

Wiązanki przygotowane przez pensjonariuszy zostały złożone na opuszczonych grobach Fot. Marian Paluszkiewicz

Wiązanki przygotowane przez pensjonariuszy zostały złożone na opuszczonych grobach Fot. Marian Paluszkiewicz

„Ci ludzie dostali prezent od losu” — mówi dyrektorka Renata Adamowicz o swoich podopiecznych z Domu Samopomocy w Wołczunach. — Najczęściej mają połamane życie i bardzo trudne doświadczenia za sobą. Niektórzy trafili do nas prosto z ulicy, bo przykładowo stracili wszystko, łącznie z domem i rodziną”.

„Mieszkają tu ludzie przemieleni młynem życia” — mówi pensjonariuszka Alina Fiodorowa.
„Niektórzy musieli od nowa zaczynać żyć. Człowiek miał wszystko, a potem w jednej chwili to stracił. Musieliśmy okazywać wsparcie, żeby odnalazł w sobie poczucie sensu i chęć do życia’ — opowiada Oksana Jermasz, pracownik socjalny.

Jak się przekonuję w Domu Samopomocy w Wołczunach, różne nieszczęścia chodzą po ludziach, ale dla każdego jest tu przysłowiowe miejsce pod słońcem, zwłaszcza że pod tym samym dachem mieści się też Środowiskowe Centrum Usług Socjalnych starostwa czarnoborskiego.

Osoby, które przebywają w centrum i którzy uczą się tutaj życia od nowa, przyjeżdżają wyłącznie na pobyt dzienny.
Siedziba obu placówek pod jednym dachem jest pięknie położona pomiędzy sosnami w nowym budynku przy ulicy Przyjaźni 2 w Wołczunach. Zastaliśmy akurat pensjonariuszy przy układaniu wiązanek z jedliny i kwiatów.

— Wielu już odeszło na zawsze, więc odwiedzamy ich groby. Pamiętamy też o mogiłach zaniedbanych i opuszczonych. Nasze panie uważają, że odwiedzić grób samotnej osoby to przed Bogiem ważny uczynek — tłumaczy dyrektor Renata Adamowicz. — ksiądz Mirosław Balcewicz, który otacza nasze centrum serdeczną opieką i przyjaźnią, odprawił u nas Mszę św. za dusze zmarłych.

Nowe współczesne centrum funkcjonuje od 2006 roku. Ludzie potrzebujący pomocy skierowywani są tu z pobliskich miejscowości: Pogir, Rudomina, Niemieża, Wojdat i Czarnego Boru.
— Kiedy rozpoczynałam pracę, było mi tu źle, ponieważ wszystko przypominało sowieckie koszary — opowiada dyrektorka.
Ostro zabrała się ze współpracownikami do roboty i niebawem stanęła piękna kapliczka z polnych kamieni, gdzie dziś odbywają się nabożeństwa majowe, Msze św., stawiane są znicze.
— Proszę tylko nie mylić naszego ośrodka z domem opieki — mówi kierowniczka. — Nasi pensjonariusze są samowystarczalni. Sami sobie szykują posiłki, sprzątają, prowadzą normalne życie, z naszej strony organizujemy dla nich różnorodne zajęcia.

W statusie placówki nie ma zapisu o świadczeniu usług medycznych czy sprawowaniu całodobowej opieki. Nie ma tu sanitariuszek, pielęgniarek czy lekarzy. Są pracownicy socjalni. Ludzie, którzy mogą pomóc, doradzić, zapisać na wizytę do lekarza i wyłącznie po ludzku pomóc, np. zawieźć do lekarza, na posiedzenie sądowe lub na widzenie do więzienia. Ludzie, którzy tu trafiają, są zaradni, tylko życie ich trochę doświadczyło. Czasami muszą się nauczyć korzystać z łazienki, posprzątać w kabinie prysznicowej, codziennie, a nie od święta, zmienić skarpetki.

Działają tu obecnie dwie grupy: seniorów i niepełnosprawnych. Osoby starsze udzielają się aktywnie w zespole muzycznym „Złota jesień”, którym kieruje zawodowo Mirena Kasperowicz. Działa też zespół „Nostalgia”. Jest artystyczno-teatralna grupa „Arlekin”, w przygotowaniach — przedstawienia na listopadowy Dzień Kapeluszy. Jest to powtórka z przedsięwzięcia, gdyż ubiegłoroczne popisy teatralne wszystkim bardzo przypadły do gustu. Występy zazwyczaj przenoszą się do Domu Kultury w pobliskim Czarnym Borze, gdyż pomieszczenia centrum są stanowczo zbyt ciasne.

— Koncertujemy nie tylko na Litwie, ale i za granicą — opowiada Renata Adamowicz. — W październiku wróciliśmy właśnie z Polski, gdzie byliśmy na „Biesiadach seniorów” w Brodnicy. Mamy własne stroje, repertuar. Wykonujemy piosenki ludowe i religijne, a także patriotyczne. Na 11 listopada pojechaliśmy z koncertem do Podbrzezia do Domu Niepełnosprawnych.
„Nostalgia” wykonuje piosenki po litewsku, jedna z pań sama je układa. Cechuje ją niezwykły talent muzyczny. Zespół ma profesjonalny poziom, dba się o dobór głosów, wszystkie są rozpisane na partie. Natomiast do naszej „Złotej Jesieni” przychodzą wszyscy, komu „w duszy gra” i chcą śpiewać. Nie stawiamy sobie za cel, żeby profesjonalnie do tego podchodzić, lecz żeby ludzie mogli sobie pośpiewać i miło spędzić czas.

Jak się dowiaduję, pensjonariusze Domu Samopomocy spotykają się na festiwalach wszystkich placówek socjalnych z rejonów — wileńskiego, trockiego, solecznickiego — w Czarnym Borze. Już się odbyły 4 takie festiwale, zorganizowane przez Środowiskowe Centrum Usług Socjalnych starostwa czarnoborskiego.

Mieszka tu teraz 15 osób, dochodzi — około 10. Korzystanie z usług ośrodka kosztuje 86 euro miesięcznie. Pensjonariusze płacą za usługi komunalne. Jedzenie i leki przynoszą własne. Posiłki przygotowują jak w domu — sami.

Pensjonariusze mają też zajęcia z gimnastyki Fot. Marian Paluszkiewicz

Pensjonariusze mają też zajęcia z gimnastyki Fot. Marian Paluszkiewicz

— Kuchnia zaopatrzona jest w cztery kuchenki, piecyki, lodówkę, mikrofalówkę. Pensjonariusze sami gotują, sprzątają, piorą — tłumaczy Renata Adamowicz. — Pracownik socjalny nadzoruje, by osoba np. z demencją wyłączyła w porę gaz, a osoba niepełnosprawna umysłowo wcisnęła właściwy guziczek w pralce.

Jak mówi, praca socjalna jest bardzo trudna. Niewdzięczna. Kiedy nie możesz udzielić pomocy, bo nie pozwala na to regulamin, zostajesz wrogiem, bez względu na to, jak bardzo niezliczoną liczbę razy już się pomogło. Pensjonariusze po jakimś czasie pobytu w ośrodku nabywają roszczeniowego podejścia do życia na zasadzie „należy mi się”, choć często wymagania ich są sprzeczne z regulaminem ośrodka.

— Żąda się od nas często rzeczy niemożliwych. Przykładowo — uleczenia z uzależnienia alkoholowego całej rodziny, a my nie możemy fizycznie naprawić całego świata. Czasem się czuję jak śmieciarka, bo tak wiele negatywnych rzeczy przez nas przechodzi. Ale ludzie są otoczone opieką, mają tu dobrze, jest duży sens w istnieniu takiego domu — opowiada kierowniczka.

Czasami pomoc jest przyjmowana z agresją. Alkoholizm, bójki, wyzwiska dla niektórych były codziennością. Zaszczepić dobro takim osobom jest bardzo trudno. To zderzenie dwu światów.

— Myślą o nas, że jesteśmy stuknięci i postrzegamy świat przez różowe okulary. Zresztą dla nich najprostsze rzeczy wyglądają jak z innej planety: umyć nogi, obciąć paznokcie, umyć ręce przed posiłkiem. Wiele jest takich, zdawałoby się, małych rzeczy, których musimy nauczyć, żeby ktoś mógł normalnie funkcjonować w społeczeństwie. To jest taka nasza „praca od podstaw” — mówi.

 Kierowniczka Renata Adamowicz Fot. Marian Paluszkiewicz

Kierowniczka Renata Adamowicz Fot. Marian Paluszkiewicz

Renata Adamowicz jest z natury człowiekiem „pozytywnie zakręconym”. Chciałaby zmienić świat na lepsze. Pracowała w noclegowni z bezdomnymi, jako pracownik socjalny z młodzieżą w szkole, obecnie — ze starszymi niepełnosprawnymi. Ma już spore doświadczenie w tym, co robi. Wybrała ten kierunek na studiach nieprzypadkowo, jako coś odpowiadającego jej wewnętrznym przekonaniom, w okresie, kiedy praca socjalna była jeszcze w powijakach. Pomaganie innym zawsze ją pasjonowało. Ale bez cukierkowego optymizmu dodaje:
— Życie mnie nauczyło, że taka pomoc od państwa czasami psuje ludzi — wolą dostawać zasiłki, niż udać się do pracy. I mają wymagania — mówi.

— Ktoś przychodzi z uczuciem, że jest nikomu niepotrzebny po tym, jak zerwane zostają kontakty z rodziną, zastanawia się, komu jest potrzebny i po co to wszystko. Z czasem przychodzi świadomość, że nieprzypadkowo żyje na tym świecie — opowiada Oksana Jermasz, pracownik socjalny i artystyczna dusza w jednej osobie. To pod jej twórczym kierownictwem powstają piękne prace plastyczne.

Są jeszcze Anna Urban, Ola Isakowa, Dariusz Aszkielaniec — stanowią wszyscy jedną drużynę, wyręczają jeden drugiego. Wtedy pracuje się łatwiej.

Alina Fiodorowa, pensjonariuszka z niedowładem jednej ręki, który pozostał jej po operacji na mózgu mówi, że pracownicy socjalni z ośrodka wykonują tytaniczną pracę.

— Mówi się, że Panu Bogu należy dziękować dobrymi uczynkami — mówi Alina Fiodorowa. — Stefania Stankiewicz dziękowała Mu co chwila.

Pensjonariuszka Alina Fiodorowa Fot. Marian Paluszkiewicz

Pensjonariuszka Alina Fiodorowa Fot. Marian Paluszkiewicz

Stefania Stankiewicz, kierowniczka wydziału opieki socjalnej samorządu rejonu wileńskiego, właśnie przeszła na emeryturę.

— Nigdy nie widziałam na jej twarzy obojętności urzędnika, który patrzy znacząco na zegarek i na drzwi. Nigdy nie spoglądała wieloznacznie na parujący kubek z kawą. W Biblii się mówi: „Kołaczcie, a otworzą wam, wołajcie, a będziecie usłyszani”. Jak to zrobić, kiedy ręka jest bezwładna, a po operacji nie możesz rozmawiać? Stefania potrafiła czytać z oczu… — mówi Alina Fiodorowa.

Lekarze dawali pani Alinie nikłe szanse na życie. A ona dziś zakłada na szyję medale zdobyte na zawodach rejonowych w różnych dyscyplinach: kręglach, warcabach i koszykówce. Będą one służyły bodźcem do zrobienia nowego kolejnego kroku. Jest to szczególnie ważne dla ludzi po wylewie, po operacji, uczących się od nowa chodzenia czy mówienia.
— Cieszę się życiem! — mówi. — Niektórzy mi współczują, że jestem jeszcze taka młoda, a już chodzę o lasce. Ale przecież często człowiek ma ręce, nogi, głowę, ale nie jest szczęśliwy.
Ja jestem potrzebna córce, teściowej, przyjaciołom. Po prostu się cieszę…
Print

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.