0
Recepta Leonilli Łastowskiej: dzielić się szczęściem z innymi

Każde miejsce pamięci narodowej jest dla niej ważne. W roku ubiegłym w Zułowie Fot. archiwum

Każde miejsce pamięci narodowej jest dla niej ważne. W roku ubiegłym w Zułowie Fot. archiwum

Kiedy w Polsce po raz pierwszy zabrzmiała słowno-muzyczna kompozycja „Katyńskie sosny”, mało kto zapewne wiedział, że autorką tych wzruszających słów jest wilnianka Leonilla Teresa Łastowska, jak o sobie mówi — poetka-amatorka — gdyż zawodowo całe życie związana była z medycyną.

Ale poezja w jej życiu była i jest bardzo ważna. Pisana nie dla druku, ale z wielkiej potrzeby serca. Bo do tej pory nie został wydany ani jeden jej zbiorek. Chociaż na pewno na to zasługuje.
Tym niemniej nazwisko Łastowskiej jest znane każdemu, kto kiedykolwiek choć jeden jej wiersz słyszał. Chociażby powyżej wymieniony oprawiony muzyką polskiego kompozytora, organisty Tomasza Glanca, który w roku 2009 gościł w rejonie solecznickim. To tam od starosty Jaszun Zofii Griaznowej dowiedział się, że taki wiersz jest i oprawił go muzyką. Tak powstała płyta kompaktowa. Przepiękne wykonanie przez Różę Frąckiewicz nie pozostawia nikogo obojętnym.

Miała być wykonana w Katyniu w kwietniu roku 2010, dokąd podążała ekipa najwyższych dostojników Polski, na czele z prezydentem, Lechem Kaczynskim by oddać hołd ofiarom pomordowanym tu w roku 1940. Płytę znaleziono wśród szczątków samolotu 10 kwietnia 2010 roku…

Wiersz ten nie jest jedynym w dorobku Leonilli Teresy Łastowskiej. Ma ich prawie dziewięćdziesiąt, starannie spisanych w grubym zeszycie. Są częścią jej życia. Życia, które tak, jak i każdego człowieka, obdarzyło ją różnymi barwami — jasnymi oraz ciemnymi. Jednak zawsze uważała i uważa, że jest szczęśliwa. Nie lubi narzekać, cieszy się tym co jest i dzieli się swym optymizmem i radością z innymi.

Leonilla Teresa Łastowska urodziła się w folwarku Łastaje, który się znajdował w powiecie oszmiańskim, jako jedno z trojga dzieci Józefy (z domu Bogusławskiej) i Jana. Lata dziecięce miała pogodne, jasne, wypełnione miłością rodziców, którzy żyli dostatnio oraz umieli sobie życie umilać.

— Ojciec był naturą artystyczną — przypomina Leonilla. — Lubił się bawić, organizował wszelkiego rodzaju przedstawienia, koncerty, zapraszał do folwarku sąsiadów i sam do nich jeździł z przygotowanymi koncertami. Lubił muzykę, sam pisał teksty. Widocznie to mi po nim zostało

W 1933 roku ojciec przywiózł siedmioletnią Leonillkę do Wilna. Do Żeńskiej Szkoły Powszechnej imienia Królowej Jadwigi przy ulicy Królewskiej. Dziewczynka zamieszkała przy ulicy Bokszto, gdzie żyła rodzina ojca chrzestnego.
Po zakończeniu szkoły chciała naukę kontynuować w gimnazjum. Ale zaskoczyła wojna.

„To, że nasza rodzina nie została wywieziona, to Opatrzność Boga. A że uniknęliśmy takiego strasznego losu, to „zasługa” złodzieja. A było tak. Przed samą wojną nasz folwark ojciec podzielił z rodzeństwem, sam planował, że swą część sprzeda i że wyjedziemy do Ameryki, gdzie mieszkał jego brat. Ale nic z tych planów nie wyszło. A na domiar wszystkiego widocznie ktoś wiedział, że ojciec ma pieniądze — obrabowano nas. Zostaliśmy z niczym” — mówi Leonilla.

Najważniejsze, że zostali żywi. A przecież tak mało brakowało. Podczas wojny ojciec był aresztowany, potem musiał się ukrywać.
Następnie nastały czasy zupełnie odmienne dla wszystkich, w tym dla rodziny Łastowskich, która przeniosła się do Dziewieniszek.
Jana Łastowskiego, szlachcica, jak wykazują dokumenty i drzewo genealogiczne, mającego spokrewnienie z wieloma znanymi rodami polskimi, oczekiwał los szeregowego kołchoźnika. Dawne życie pozostało tylko we własnych wspomnieniach, bo mówić o tym nie mówiono — bano się i nie chciano jątrzyć ran, które bardzo bolały. Na szczęście były dzieci, dla nich trzeba było żyć, im los zapewnić.

W roku 1947 Leonilla po ukończeniu szkoły średniej ze srebrnym medalem pojechała do Leningradu. Marzyła o aktorstwie, ale, jak dziś mówi, „gdzie tam mnie, prostej dziewczynie, było się mierzyć ze znanymi nazwiskami. Doskonale wiedziałam, że żadnej protekcji nie mam, co na owe czasy było bardzo ważne. Zresztą trzeba było myśleć o zawodzie, który by mi dał kawałek chleba”.

Wybrała Instytut Weterynarii. Tu poznała swego przyszłego męża — Jerzego. Po kryjomu chodzili do kościoła w Petersburgu, który się znajdował przy ulicy Kowieńskiej, na wieczory literackie, gdyż Jerzy również bardzo lubił poezję.

Ślub młodej pary odbył się po kryjomu w kościele w Narwiliszkach. A tuż po nim młodzi świeżo upieczeni specjaliści ze skierowaniem uczelni, (którą między innymi oboje ukończyli z wyróżnieniem) wyjechali do pracy do miejscowości Komarycze w obwodzie briańskim. Leonilla zaczęła pracować jako laborantka, potem była kierowniczką laboratorium. Mąż był wziętym weterynarzem. Dobrze im się powodziło, ale swoje strony wołały.

Leonilla Teresa Łastowska — zawsze elegancka, zadbana, na każde spotkanie stara się dobrać odpowiedni strój Fot. archiwum

Leonilla Teresa Łastowska — zawsze elegancka, zadbana, na każde spotkanie stara się dobrać odpowiedni strój Fot. archiwum

Po śmierci Stalina Jerzy zdecydował najpierw sam przyjechać na Litwę i tam się „zaczepić”. Udało mu się znaleźć pracę w rejonie solecznickim, więc za nim z jakże wielką radością do swych stron wróciła Leonilla.
Rejon ten został dla nich przystanią faktycznie prawie na całe życie. Tu przeszły ich najlepsze lata, lata radości, lata narodzin synów.
Paweł, urodzony w 1959 roku, pracuje jako anestezjolog w szpitalu w Szawlach. Jan również ukończył medycynę, ale trzy lata później z niej zrezygnował.

O Solecznikach Leonilla mogłaby śmiało książki wspomnień pisać. Książki przesiąknięte miłością do tego miasteczka, do ludzi tu poznanych.
Najdłużej pracowała jako lekarka laborantka w Solecznickim Szpitalu Rejonowym, który początkowo mieścił się w Pałacu Wagnerów, potem w nowo zbudowanym szpitalu. 18 lat była kierowniczką laboratorium diagnostyki klinicznej i bakteriologicznej, członkiem rady rejonowej lekarzy laborantów.
A jak już zaczęliśmy tę wyliczankę, to do niej dołączyć trzeba jakże czynną pracę społeczną.
Sama żartuje: „Byłam i widocznie pozostałam wrodzoną, aktywistką, wszędzie mnie było pełno”.

No i prawda, dodać w tym miejscu trzeba takie chociażby fakty. Cztery lata była członkiem Rady Związków Zawodowych Litwy, członkiem Republikańskiego Komitetu Pracowników Medycyny, siedem lat przewodniczącą Solecznickiego Rejonowego Komitetu Związków Zawodowych, członkiem, a później przewodniczącą Rejonowej Rady Kobiet, członkiem towarzystwa „Wiedza”.
Od samej wyliczanki aż w głowie wiruje.

Jak z tym wszystkim radziła: wychowanie dzieci, dom, praca zawodowa, społeczna?

— Oczywiście, sama nie dałabym rady. Zawsze miałam pomoc od męża. Kiedy dzieci były małe, wyręczała Fela, której mama w folwarku u moich rodziców kiedyś pracowała. Pomagała też moja mama” — mówi Leonilla.
Uśmiecha się i dodaje: „Najwięcej pomagała młodość”.
Jak mówi, lat stara się nie liczyć, ale przecież za kilka dni — 18 listopada — obchodzić będzie 90. urodziny!
Jak zawsze optymistyczna, elegancka, zadbana, no i nadal aktywna. Wszędzie musi zdążyć…

„No, bo jak nie pojechać do Zułowa, by oddać hołd Marszałkowi. Jak nie uczestniczyć w Światowym Kongresie Medycznym, jaki miał miejsce kilka miesięcy temu w Wilnie. Byłam też uczestniczką poprzednich, pierwszego i czwartego, z czego jestem niezmiernie dumna” — dodaje.

Dumna jest też z jedynej wnuczki Julii Wiktorii, która studiuje w Akademii Sztuk Pięknych Litwy. Obecnie jest na praktyce w Japonii.
W tej tak szerokiej kronice o życiu Leonilli Teresy Łastowskiej o mało nam nie umknęła jakże ważna karta — udział w zespole „Solczanie”, z którym związana była piętnaście lat. Nie tylko w nim śpiewała, ale pisała też wiersze okazyjne, którymi przedstawiała zespół podczas występów gościnnych w Polsce.
Zaangażowałam nawet mego męża” — mówi Leonilla.
Męża już 23 lata jak nie ma…
Dzieci, jak te ptaki, rozleciały się w różne strony. Paweł mieszka w Szawlach, Jan w Rudominie.
Leonilla mieszka sama. Ale nie jest samotna. Nie umie żyć samotnie, lubi otaczać się ludźmi, dzielić się z nimi radością dnia codziennego. Jest odwiedzana przez koleżanki.
***
Między innymi to lekarka Krystyna Rotkiewicz nam myśl o tym spotkaniu z Leonillą Teresą Lastowską podsunęła. Za co jej bardzo dziękujemy. Bo Leonilla jest człowiekiem wyjątkowym, zasługuje na niejeden artykuł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.